Monthly Archives: Listopad 2011

Życie na włosku

 

Dziwne, ale w sytuacjach zagrożenia własna głowa  płata najczęściej figle. Najpierw umiera się ze strachu by po chwili śmiać się z siebie, do siebie, do przyjaciół, do całego świata. Może to ta najwyższa w człowieku istota znająca przyszłość „wewnetrznie”  uśmiecha się do  nieszczęśnika? Moze w sytuacjach zagrożenia, w przyśpieszonym tępie nasza osobowość  uczy się cierpliwości, ufności do Stwórcy? Może uczy się miłości?

Na czterdziestu metrach głębokości dziewczynie  zabrakło powietrza. Wpadła w panikę. Rzuciła się na mnie  strącając mi maskę z twarzy. Podałem jej własny ustnik automatu oddechowego ale ona juz straciła przytomność. Nie bez trudności wydostałem ją i siebie na powierzchnię. Takie dramatyczne zdarzenia mocno wpływaja na naszą psychikę.

Tej nocy śniło mi się, ze jakąś kobieta przemawia do mnie. Mówiła wolno, wyraźnie – ciepłym i pełnym miłości głosem.

Mówiła:

warto pomagać, kochać, bo to wzmacnia obie strony i promieniuje na zewnątrz, naprawia i wzbogaca nasze relacje z innymi, daje siłę do wykonania tego, co jest niekoniecznie miłe, ale jest konieczne do zrobienia, no i daje zachętę do aktywności –  nas rozwijającej.

Warto kochać, bo „nigdy nic nie wiadomo”, bo „wszystko może się  zdarzyć”.

Warto kochać niezależnie od tego ile mamy lat i w jakim punkcie życia jesteśmy. Przeświadczenie, że  „nigdy nic nie wiadomo” lub „wszystko moze sie zdarzyć” wzmacnia wewnętrzne przekonanie, że warto nie ustawać w pracy nad sobą, nad swoją psychiką, duszą i ciałem, nad tym, żeby pokonać w sobie wewnętrznego lenia – destruktora, który pojawia się wtedy, gdy uznajemy, że zawsze już będzie to samo i tak samo, albo i gorzej….a więc, że nie warto się starać. Miłość i wynikajaca z niej wiara  w „nigdy nic nie wiadomo” lub „wszystko moze sie zdarzyć”  nie tylko ubogaca tu i teraz, ale utrzymuje duszę w stanie mlodości..

Mój kochany – mówiła dalej ta kobieta – A więc niech żyje miłość. Popatrz na mnie. Robię to dla ciebie. Przeistaczam się w postać pięknej, młodej, wrażliwej kobietki, która wie o twoim ukrywanym marzeniu. Od zawsze chciałeś być kapłanem- pustelnikmiem, prawda? Nic przede mną nie ukryjesz. Nosisz mnie w sobie przez całe życie.

Chce ci wyznać, tu w tych zdumiewających dla ciebie okolicznościach i w chwili głębokiego snu: uwierz mi, że ta podwodna przygoda nie była przypadkowa, tak jak wszystko w twoim życiu. Od lat ciebie obserwuje.  Zastanawiam się czy wesprzeć cię w twojej decyzji poświecenia się Bogu i ludziom przez służbę w zakonie. Domyślasz się o jakim zakonie mówie?

Śpij najmilszy. Na wszystko w życiu przychodzi odpowiedni czas – na właściwe odpowiedzi też.

Więc wysłuchaj mnie uważnie. Śnij a ja tymczasem opowiem ci o sobie.

Uwierz, pokonam z łatwością, jako wymarzona przez ciebie kobietka, lęk i nieśmiałość i zacznę sama odkrywać przed tobą nie opowiadane nikomu dotąd aspekty swojego życia, swoje tajemnice, niepewności, słabości. Liczę na to, że i ty odpowiesz mi tym samym. Maski muszą opaść, musi objawić się prawda i piękno.
Zrozum, już nic nie będzie takie same, jak przedtem, a ta relacja, spotkanie ze mną stanie się dla ciebie ważniejsze, niż inne sprawy, którymi żyłeś dotąd. Zastanawiasz się do czego doprowadzi ciebie i mnie ta droga? To zrozumiała ciekawość. Ale najmilszy na litość boską nie próbuj mnie namówić do wstąpienia do zakonu żeńskiego. Sprawisz mi tym ból. Domyślasz się już kim jestem?
Nie odpowiadaj. Słuchaj. Pamiętasz?

Kiedyś zniknąłeś i nikt nie wiedział, co się zdarzyło. A ona, ta kobieta, która tak bardzo cię kochała umierała z niepewności, z lęku o ciebie. Przyznaj się, uciekałeś przed nią, czy przed sobą? Przypomnij sobie swoją wybrankę. Zdradzę ci teraz jej myślenie.
Otóż, jak to zwykle z kobietkami bywa, uważała, ze to przez nią zniknąłeś na długie lata, że może cos nie tak powiedziała, cos nie tak zrobiła, że ją karzesz bo nie potrafiła się wznieść tak jak ty, albo dlatego, że odczytałeś jej uczucia. Ale ty, wiesz przecież, że rzeczywistość była zupełnie inna. Mroczna tajemnica twojego życia, jedyna, o której jej nie powiedziałeś, upomniała się o ciebie.
Wiesz już o jakiej tajemnicy mówię?

To nie jej najmilszy, a mnie jesteś przeznaczony. To do mnie się modliłeś o wybaczenie. To ja jestem twoją Królową.  Tu czekam na ciebie. Nie oddam cię już żadnej śmiertelniczce. Jesteś mój. Tylko mój. To mnie przez całe życie służyłeś i teraz służysz na klęczkach i w moim zakonie obiecuje ci będziesz leżał latami plackiem i prosił o powrót do normalnego życia.

Obudziłem się zlany potem. Co stało się w rzeczywistosci na tych czterdziestu metrach głębokosci? Jak te dramatyczne chwile zmieniły mnie? Kim jest ta kobieta tak wyraźna w moim śnie?

Musiałem to sprawdzić by zrozumiec.  Musiałem wrócic do źródła. Popłynąłem łodzią do miejsca zdarzenia.  Światło księzyca roziskrzało tafle wody. Czułem, że w łodzi nie jestem sam. Że ona płynie ze mną. Po linie zejsciowej spłynąłem  na dno. Otoczyła mnie nieprzenikniona ciemność.

Po chwili usłyszałem znów ten sam głos – kobiecy głos. Ale tym razem zabrzmiała w nim  nutka ironii.

Witam cię, mój najmilszy i znów jesteś w moich objęciach. Ciepło ci, prawda? Bezpiecznie? Wyjaśnię ci teraz co masz uczynić dla kobiety, która porzuciła cię przed laty.  Czy chcesz pójść do niej w mroczny jej astralny świat? .

Jestem Królową Życia i Śmierci. Mogę was połączyć lub rozdzielić na wieki.

Czułem, jak wstrząsa mną płacz. Płacz trudny do opanowania, głęboki: w rozpaczy, w poczuciu winy i bezsilności. Czułem, że już dawno wybrałem, że pragnąłem się z nią połączyć, że pragnąłem ją zobaczyć, wytłumaczyć, poprosić o przebaczenie, wtulić się w nią jak dawniej.

Samotne życie – znów usłyszałem kobiecy głos – skupione na sobie, oświetlone radością przebywania na łonie przyrody, ma swój ciemny aspekt – halucynacje.
Pamiętasz? Pojawiły się u ciebie pewnej nocy. Siedziałeś przed świecą, wykonując to samo ćwiczenie co zwykle. Miało ono na celu uspokojenie umysłu i beznamiętne obserwowanie myśli w całkowitej ciszy. Nagle usłyszałeś głos. I nie był to głos kogoś, kogo znałeś, a głos, który nie dochodził z żadnego konkretnego miejsca, a który powiedział:

„ Zostaniesz moim uczniem. Powiem ci co to jest prawda, pokażę ci piękno” – Pamiętasz?

Nie poruszyłem się. Czekałem, aż kobieta jeszcze coś powie, ale mój umysł już się rozkojarzył. Uśmiechnąłem się. Przecież święci słyszą głos Pana, natomiast opętani głos Diabła. Nie wydawało mi się, by w moim przypadku chodziło o Pana. Nie był to też głos wewnętrznej najwyższej mojej istoty ponieważ tamten nie mówił; tamten pozwalał tylko słyszeć.
Postanowiłem rozważyć sprawę dokładnie i bez pośpiechu. Otóż, ów głos – pomyślałem – oczywiście musiał wynikać z sytuacji, w jakiej się znalazłem.

Wczesnym rankiem obudziłem  dziewczynę i zaproponowałem jej wspólny powrót na czterdzieści metrów głębokości.  Po raz którys udało nam się wrócić do normalności. Głos kobiety w moich snach zamilkł. Trochę szkoda – mam tak wiele do niej pytań. Byc moze kiedyś spotkam ją  na ulicy , tuż za rogiem. Moze na rozstajach dróg? Kto to wie?

 

Samotność wytwarza pustkę, która w sensie psychologicznym przyprawia o zawroty głowy. Pozbawiony dodatkowych bodźców umysł koncentruje się, staje się szkłem powiększającym, w którym małe rzeczy ogromnieją. Umysł ma wówczas wrażenie, że wszystko rozumie, że widzi wszystko jaśniej i doświadcza czegoś, co normalnie pozostaje poza doświadczeniem.

Istnieje zewnętrzny świat, który odbieramy naszymi zmysłami. Ale co z tym wewnętrznym – uczuć i myśli?

Być może kiedyś ten nasz świat wewnętrzny – mysli i uczuć – stanie się dla nas  –  zewnętrznym. Warto juz rozwijać odpowiednie zmysły.  W jakich wtedy będziemy ciałach? Warto już umieć poznawać i  „żyć”

w obu światach – świadomie…

 

The life is beautiful

Lake, forest, meadow

 Wiele lat temu…

Wiele lat temu, kiedy z młodzieńczą arogancją paplałem trzy po trzy na temat autentyczności życiorysu Chrystusa, Kanonik spojrzał na mnie surowo i powiedział:

„Mój drogi. Jeśli chodzi o Boga, to ma się Go w sercu przebudzonego, albo On w sercu śpi.”

Zamilkłem i poczułem się najbiedniejszym człowiekiem na świecie.
Długo przeszukiwałem własne serce. Znalazłem tam i groźne pouczenie:

„Zanim dusza stanie przed Nauczycielem obmyć się musi we krwi swojego serca.”

i cudowną opowieść o tym jak magowie pragnąc ukryć szczęście przed ludzką zachłannością, ukryli je w ludzkich sercach, mądrze przewidując, że ludzie kojarząc raczej szczęście z władzą, sławą i pieniędzmi łatwo nie odnajdą takiej kryjówki – w zakamarkach własnych serc.

A zdarzyło to się pewnego upalnego dnia:

Późne popołudnie zastaje mnie siedzącego na pomoście i wpatrzonego w drobne fale jednostajnie i niezmordowanie atakujące piaszczysty brzeg. Intensywny zapach róż z proboszczowego kwietnika budzi we mnie nostalgiczne refleksje.
Wpatrzony w wodę widzę odbicia falujących i przesuwających się chmur. Obserwuje myśli pojawiające się i zanikających w moim umyśli: o róży Małego Księcia, o sensie życia, przemijaniu i przeznaczeniu, o rozwoju, łańcuchach przyczyn i skutków, o mocy i głębi marzeń, o olśnieniu, zauroczeniu, spełnieniu i Aniołach.
Z zadumy wyrywa mnie odgłos grzmotu. Nad jezioro, z zachodu, wtaczają się groźnie wyglądające chmury. Chmury te płoną ciemnoczerwonym żarem, a kilka z nich sprawia wrażenie jakby jarzyły się od wewnątrz. Tak jak przepływające przez umysł myśli nie są istotnością bo są zapożyczeniem, chmury nie tworzą przestrzeni, one w niej istnieją. Chmury jak i myśli sprawiają wrażenie, że ciągną się od wieczności w wieczność. Odbicie w wodzie przyjmuje kształt tornada.

Nie czekając na pierwsze krople deszczu skrywam się w oszklonej werandzie plebani.
W wiklinowym bujanym fotelu drzemie proboszcz, wystawiając twarz do padających przez szybę promieni zachodzącego słońca.

„Nie za zimno panu pod tą wodą? Podziwiam, że panu jeszcze się chce nurkować. Nie szkoda to zdrowia?”- proboszcz z rozbawieniem zerka na mnie spod krzaczastych, siwiutkich brwi.

W głębinach można spotkać Anioły. To one mnie pociągają. Lubię z nimi pogadać.”- odpowiadam ze śmiechem.

” Bądź ostrożny mój drogi. Anioły to eteryczne istoty. Inaczej czują i myślą niż my. Pomagają nam, ale nie są na naszych usługach. Z Biblii dowie się pan więcej o Anielskich zwyczajach.” – odpowiada sięgając po Biblię.

Bezpieczni, osłonięci przed deszczem i wiatrem przez okna werandy obserwujemy burzę.
Nadciąga czerwono – krwistym kowadłem. Gna przed sobą skłębione, czarne i poszarpane chmury. Jezioro zmusza do wrzenia. Swą mocą podrywa wodę. Pianą przybiela grzywy stromych fal. Czarne cienie chmur wbija w głębinę. Grozą gasi słońce. Wypiętrzonym w niebo zachłannym kowadłem wchłania jeziorną wilgoć, i po chwili pionowym kołowrotem wichrów przemienić ją w lodowe odłamki, i z pasją zrzucić strumieniami zmarzlin na jezioro. Bębni gradem po dachu plebani. Spadającym z nieba wichrem przeoruje powierzchnię wody pasmami białej piany. W górę unosi jęzory zawiesiny wodnej, tworzy zaczątki wirujących pępowin tornad, i po chwili w szalonej rotacji łączy otchłań jeziora z opuszczającą się podstawą chmur. Błyskami, grzmotami, gradem i wyciem wiatru atakuje przycupniętą na brzegu wioskę.

„Jak sens ma ten gniew Natury, składający się ze swoistego łańcucha burzliwych zdarzeń? Czy ten nieokiełznany wybuch żywiołów ma służyć oczyszczeniu, skrusze człowieczej? Jest karą? Kto tu zawinił i kto tu kogo i za co karze?” – myślę.

I nagle, czy to dla otuchy, czy też z pychy, w kościółku odzywają się dzwony zwołując wiernych na wieczorną mszę.

„Lepiej by było, żeby z mszą zaczekać jak skończy się burza. ” -mówię.

Ale księdza już na werandzie nie ma. Docieram do kościółka w strugach deszczu, w zgiełku piorunów, w scenerii rozgniewanego nieba co chwila rozdartego błyskawicami. Kierowany niezrozumiałym impulsem, zamiast wejść do przytulnego, skąpanego w świetle zapalonych świec wnętrza kościółka i w skupieniu i spokoju wysłuchać kazania proboszcza, omijam kościółek i idę dalej  brzozową alejką w kierunku kaplicy Matki Boskiej.

Przysiadam nad wodą obok kamiennej figurki św. Jana Nepomucena.

„Strzeż nas od nie sławy w życiu i wieczności”

– przekrzykując burzę czytam na głos słowa wyryte na postumencie.

Nagle, czuję jak włosy na głowie stają mi dęba, i widzę jak figurka świętego pokrywa się siecią fioletowych iskierek. Obok mnie, w drzewo, uderza piorun. Błysk i grzmot zlewają się w jedność Olśnienia. Przestrzeń i czas rozrywają się. Wpadam w nicość. Odchodzę coraz dalej, i dalej.
Opadam w głębinę. Otacza mnie światłość, otula uczucie bezpieczeństwa. Czuję delikatne, pełne miłości dotknięcie. Ze środka wirującej tęczowymi kolorami spirali wypływa jasna postać. Wpatrując się we mnie z rozbawieniem.

„Znam cie całą wieczność. Jam twój Anioł Stróż.”- przenika mnie myśl.

Obejmujemy się czule, wtulamy w siebie i stajemy się jednością. Delikatnie wirując schodzimy coraz głębiej, i głębiej w tęczowy wir światłości.

Opowiem ci o życiu po życiu – słyszę szept.

Słucham uważnie…

———————-

Posąg Naszego Papieża, który odwiedził Studzieniczną

To był tylko dotyk…

Rainbow and sunny day

Klinem w Osobowość

Nocą, nad jeziorem, przetaczał się potężny „zimny front”. Wbijał się klinem w zastygłe od kilku dni gorące powietrze. Trzy burze, jedna po drugiej, nie dały mi zasnąć. W obliczu burzy; z jej gwałtownością, piorunami, podmuchami, ulewą, gradem, błyskawicami poczułem się malutką, bezbronną istotką –  marnym prochem.  Nocowałem wtedy w przyczepie kempingowej pod ogromnymi lipami. Mój umysł stał się podatny na niepokój. W proteście, postanowiłem, na podobieństwo pogody, wbić klinem w umysł „burzowe” myśli, zaczerpnięte z otchłani pamięci. Oto one: 

„Aby osiągnąć zaspokojenie we wszystkim,
pragnij posiąść zaspokojenie w niczym.
Aby posiąść wszystko,
pragnij nic nie posiadać.”
(Tao)
I nagle, przy potężnym uderzeniu pioruna w pobliskie drzewo, do mojej głowy wdarła się taka oto myśl:
„ Artysta pracujący z miłości do swojej sztuki idzie drogą pewniejszą niż naukowiec , który sądzi, że jego zainteresowanie odeszło od jego własnego „Ja”, a który  w rzeczywistości rozszerzył tylko zakres doświadczeń, i swoich pożądań, i przeniósł swoje zainteresowanie na przedmioty odpowiadające wyższej mierze życia.”
Nawałnice przeszły gdy już świtało. Pomyślałem o tym, że to dobry czas aby zmienić własną osobowość. Wyrzucić do „kosza” wszystko to co zagnieździło się we mnie podczas studiów politechnicznych i podczas pracy na uczelni. Pożegnać się z „logicznym myśleniem” , precz odrzucić idee , że nauka rozwiąże problemy naszej egzystencji i odpowie na nurtujące nas pytania. Poszukać po prostu  innej drogi rozwoju. Zachęcały tez do takiej zmiany osobowości słowa piosenki: 
„…na rozstajach dróg stoi dobry Bóg…”, które, mam nadzieje, że zupełnie nie przypadkowo wyśpiewał głos z radia.

Otóż to. Zdecydowałem – ZOSTANĘ ARTYSTĄ!!

Pomyślałem – czy zostać  malarzem czy też raczej pisarzem? Bo to byłaby kontynuacja talentów moich rodziców?  Może będzie łatwiej iść ich drogą?

Bo to Rodzicei zawsze stoją na rozstajach dróg przy boku Boga.
Oszołomiony  wizją zmiany osobowości wyszedłem z mrocznej przyczepy na słońce by boso pochodzić po zmoczonej deszczem trawie. I wtedy przypomniałem sobie o Mistrzu – malarzu, i o wierszu do kobiety, którą pokochałem dawno, dawno temu. Przyjaźń z Mistrzem i miłość do kobiety – potężne to wsparcie dla artysty.
Oto opowiadanie .
Ona była Aniołem i chciałem od zawsze z nią być – pod jej skrzydłami, rzecz jasna. Zapragnąłem by była moją uroczą muzą, oddaną  modelką i żarliwą kochanką. Napisałem swój pierwszy w życiu wiersz i wysłałem  z całuskami i kwiatuszkami. Całuski – telepatycznie, kwiatuszki z wizytówką.
A ona?
Przeczytała kilka linijek wiersza;
Na estradach Świata
w domowym zaciszu
w wirach zmysłów
myśli masz – miszu
gdy nucimy
śpiewamy, krzyczymy
nie od razu, powolutku
nie śpiesz się.
są też inni, z nimi tańczę
zmysły tracę…
 Zmięła liścik i wsadziła do kieszeni. Podśpiewując:
„Nie kombinuj miły, nie kombinuj
Nie taki z ciebie chwat…”
Spakowała plecak, wzięła ze sobą wędrowne kijaszki i udała się na stacje kolejową. Wsiadła do pociągu „byle jakiego”, zatłoczonego i niepośpiesznego. Stojąc na jednej nodze i nudząc się, wyjęła zmięty liścik, nie bez trudności, bo jakiś grubas dociskał ją w korytarzu do okna. Przeczytała następne linijki wiersza.
Po oklaskach i po gwizdach
Kiedy już tak posprawdzamy
Inne, innych; pójdźmy razem
W drogę jasną i świetlistą
W miłość mądrą i rozsądną
W pięknym domku zamieszkajmy
Nad zatoką fal spokojnych
I tam sobie przy kominku
A ona? Zanuciła: .. nie od razu miły nie od razu… i mogła już spokojnie postawić drugą nogę na podłodze, bo Grubas odsunął się spojrzawszy na nią ze zrozumieniem. Była filigranowa.
W miasteczku, u stóp wysokich gór, do których dotarła po wielu przygodach, dołączyła do grupy wędrowców. Po naradzie, zdecydowano się na wspinaczkę na niebotyczną górę – na szczyt szczytów. Ostatnie pionowe ściany i bezdenne urwiska grupa pokonała z przewodnikiem – pustelnikiem, którego nieoczekiwanie spotkała po drodze. Pustelnik siedział na występie skalnym, nad przepaścią, i malował obraz. Zgodził się poprowadzić grupę. Kamienny jego domek stał na szczycie szczytów i od wielu już dni pustelnik pusto miał w spiżarence.
Korzystając z chwili odpoczynku,  „moja miłość” odnalazła w kieszeni liścik, i przeczytała następnych kilka linijek wiersza:
Patrząc w ogień pogadajmy
O tej pustce, strachach, lękach
O alchemii życia w mękach
I przekażę Ci bez słów
Że ja z Tobą tak z miłości
Tak w radości i w jedności
Wśród złocistych łanów pójdę
Na bosaka i za ręce
Tak w milczeniu i w powadze
W oczy jasno Ci popatrzę
I zobaczę promień złoty
I tęczową kroplę łzy…
„Kochana moja” z trudnością odrzuciła wizję ciepła i złocistych łanów. Mroźne powietrze przenikało przez jej ubranie. Skalne urwiska, połacie śnieżnych pól z podstępnymi szczelinami czekały na nią przed szczytem szczytów. Zebrała się w sobie, i szczekając zębami z zimna zanuciła:
„Nie dokazuj miły… nie dokazuj.”
Usłyszał to nucenie przewodnik i uśmiechnął się promiennie do niej.
Zrobiło się jej troszkę cieplej i nowy duch wstąpił w nią, a razem z nim zapał do dalszej wspinaczki.
Teraz było ich razem z przewodnikiem trzynaścioro. Gdy szczęśliwie dotarli do domku na szczycie szczytów, padli ze zmęczenia na podłogę. Pustelnik otulił ich grubymi kocami i rozpalił ogień w kominku.
Przed zaśnięciem „kochanie moje” przeczytało do końca wiersz:
I zaproszę Cię na zawsze
W siedem Światów w siedem Sfer
Gdzie Magowie i Prorocy
Z Aniołami i Elfami
Od prawieków spory wiodą
Nie są pewni
Czy być razem, tak z miłości
Tak w jedności, dla radości
Przeznaczeniem jest czy snem.
I cóż? Ona wybrała sen i zasnęła. Ale przeznaczenie nie zapominało o niej. Następnego dnia już wszyscy wyspani i wypoczęci zjedli skromne śniadanie. Postanowili podzielić się swoimi zapasami z pustelnikiem. Pustelnik zniknął. Grupa rozeszła się po szczycie szczytów by w samotności kontemplować przepiękne widoki. Kiedy moja pani zeszła w dół po zboczu, zauważyła pustelnika. Kusiło ją żeby porozmawiać z nim. Zrezygnowała widząc w jakim skupieniu maluje obraz. Nurtowały ją dziwne zdarzenia, które zaszły podczas wspinaczki, Otóż, przewodnik milczał całą drogę. Za każdym razem gdy wskazywał im drogę i zachęcał do marszu, na grupę spadał mocny pomocny podmuch – aż świstało w uszach. Ten charakterystyczny świst wszyscy słyszeli. Pomocny podmuch błogosławili bo ich popychał w kierunku szczytu. Ale w żaden sposób nie mogli sobie jego pochodzenia logicznie wytłumaczyć.
Wieczorem zebrali się w kamiennym domku. Siedli przy dużym kamiennym stole na którym pustelnik postawił trzynaście kamiennych czarek. Gdy zapadło milczenie pustelnik wstał i powiedział:
„Kołacze się nasza Dusza w świątyni ciała pijąc ze zmysłami brudzia na uczcie życia.”
Ku zaskoczeniu siedzących, kamienne czarki same wypełniły się złocistym płynem. Wtedy pustelnik dodał:
„Wypijmy za Dusze. To nasza Pierwsza Wieczerza”
Po wypiciu złocistego płynu wszyscy poczuli się szczęśliwi. Bardzo szczęśliwi ale też bardzo senni. Zasnęli „kamiennym” snem.
Następnego ranka wstali rześcy i wypoczęci. Pustelnik wręczył każdemu obraz – „Pierwsza Wieczerza”- na pamiątkę spotkania.
Na obrazie przedstawiającym wspólną wieczerze przy kamiennym stole, po prawej stronie pustelnika siedziała ta osoba, która obraz otrzymywała. Widocznie gdy wszyscy spali, pustelnik namalował dwanaście różniących się obrazów.
Moje uwielbienie spytało go: „Mistrzu! Czego ty uczysz?”
Mistrz Świstak z rozbrajającym uśmiechem odpowiedział:
Milczenia.
Po odprowadzeniu grupy w bezpieczne miejsce pustelnik wrócił do swojego kamiennego domku. Na podłodze znalazł zmięty liścik z wierszem. Przeczytał go. Skojarzył kto mógł go zgubić. Przypomniał sobie filigranową moją panią i radośnie krzyknął.
” Małe Tao to też Tao.” i tym sposobem rozwiązał trudny koan o kobietach.
A ona – kochanie, moja pani, anioł?  Szczęśliwie wróciła do domu. Obraz pustelnika powiesiła na ścianie swojej sypialni w prawym rogu koło drzwi – znała Feng Shui. Po chwili po obrazie zaczął spływać „miodzik”. Taki sam miodzik spływał po wszystkich dwunastu obrazach. Smakował wybornie i znakomicie ułatwiał zasypianie. Spało się kamiennym snem a po obudzeniu pamiętało się niezwykle kolorowe i radosne krainy w których żyły szlachetne, pełne dobroci i mądre istoty.
————–
No cóż, drogi czytelniku. Namalowałem już kilka obrazów siedzac na skalnym występie.  Czekam jak z nich będzie spływał miodzik. Jak nie spłynie – zmienie osobowość. A co mi tam!
Moja babcia i dziadek mieli niezwykłe talenty…