Klinem w Osobowość

Nocą, nad jeziorem, przetaczał się potężny „zimny front”. Wbijał się klinem w zastygłe od kilku dni gorące powietrze. Trzy burze, jedna po drugiej, nie dały mi zasnąć. W obliczu burzy; z jej gwałtownością, piorunami, podmuchami, ulewą, gradem, błyskawicami poczułem się malutką, bezbronną istotką –  marnym prochem.  Nocowałem wtedy w przyczepie kempingowej pod ogromnymi lipami. Mój umysł stał się podatny na niepokój. W proteście, postanowiłem, na podobieństwo pogody, wbić klinem w umysł „burzowe” myśli, zaczerpnięte z otchłani pamięci. Oto one: 

„Aby osiągnąć zaspokojenie we wszystkim,
pragnij posiąść zaspokojenie w niczym.
Aby posiąść wszystko,
pragnij nic nie posiadać.”
(Tao)
I nagle, przy potężnym uderzeniu pioruna w pobliskie drzewo, do mojej głowy wdarła się taka oto myśl:
„ Artysta pracujący z miłości do swojej sztuki idzie drogą pewniejszą niż naukowiec , który sądzi, że jego zainteresowanie odeszło od jego własnego „Ja”, a który  w rzeczywistości rozszerzył tylko zakres doświadczeń, i swoich pożądań, i przeniósł swoje zainteresowanie na przedmioty odpowiadające wyższej mierze życia.”
Nawałnice przeszły gdy już świtało. Pomyślałem o tym, że to dobry czas aby zmienić własną osobowość. Wyrzucić do „kosza” wszystko to co zagnieździło się we mnie podczas studiów politechnicznych i podczas pracy na uczelni. Pożegnać się z „logicznym myśleniem” , precz odrzucić idee , że nauka rozwiąże problemy naszej egzystencji i odpowie na nurtujące nas pytania. Poszukać po prostu  innej drogi rozwoju. Zachęcały tez do takiej zmiany osobowości słowa piosenki: 
„…na rozstajach dróg stoi dobry Bóg…”, które, mam nadzieje, że zupełnie nie przypadkowo wyśpiewał głos z radia.

Otóż to. Zdecydowałem – ZOSTANĘ ARTYSTĄ!!

Pomyślałem – czy zostać  malarzem czy też raczej pisarzem? Bo to byłaby kontynuacja talentów moich rodziców?  Może będzie łatwiej iść ich drogą?

Bo to Rodzicei zawsze stoją na rozstajach dróg przy boku Boga.
Oszołomiony  wizją zmiany osobowości wyszedłem z mrocznej przyczepy na słońce by boso pochodzić po zmoczonej deszczem trawie. I wtedy przypomniałem sobie o Mistrzu – malarzu, i o wierszu do kobiety, którą pokochałem dawno, dawno temu. Przyjaźń z Mistrzem i miłość do kobiety – potężne to wsparcie dla artysty.
Oto opowiadanie .
Ona była Aniołem i chciałem od zawsze z nią być – pod jej skrzydłami, rzecz jasna. Zapragnąłem by była moją uroczą muzą, oddaną  modelką i żarliwą kochanką. Napisałem swój pierwszy w życiu wiersz i wysłałem  z całuskami i kwiatuszkami. Całuski – telepatycznie, kwiatuszki z wizytówką.
A ona?
Przeczytała kilka linijek wiersza;
Na estradach Świata
w domowym zaciszu
w wirach zmysłów
myśli masz – miszu
gdy nucimy
śpiewamy, krzyczymy
nie od razu, powolutku
nie śpiesz się.
są też inni, z nimi tańczę
zmysły tracę…
 Zmięła liścik i wsadziła do kieszeni. Podśpiewując:
„Nie kombinuj miły, nie kombinuj
Nie taki z ciebie chwat…”
Spakowała plecak, wzięła ze sobą wędrowne kijaszki i udała się na stacje kolejową. Wsiadła do pociągu „byle jakiego”, zatłoczonego i niepośpiesznego. Stojąc na jednej nodze i nudząc się, wyjęła zmięty liścik, nie bez trudności, bo jakiś grubas dociskał ją w korytarzu do okna. Przeczytała następne linijki wiersza.
Po oklaskach i po gwizdach
Kiedy już tak posprawdzamy
Inne, innych; pójdźmy razem
W drogę jasną i świetlistą
W miłość mądrą i rozsądną
W pięknym domku zamieszkajmy
Nad zatoką fal spokojnych
I tam sobie przy kominku
A ona? Zanuciła: .. nie od razu miły nie od razu… i mogła już spokojnie postawić drugą nogę na podłodze, bo Grubas odsunął się spojrzawszy na nią ze zrozumieniem. Była filigranowa.
W miasteczku, u stóp wysokich gór, do których dotarła po wielu przygodach, dołączyła do grupy wędrowców. Po naradzie, zdecydowano się na wspinaczkę na niebotyczną górę – na szczyt szczytów. Ostatnie pionowe ściany i bezdenne urwiska grupa pokonała z przewodnikiem – pustelnikiem, którego nieoczekiwanie spotkała po drodze. Pustelnik siedział na występie skalnym, nad przepaścią, i malował obraz. Zgodził się poprowadzić grupę. Kamienny jego domek stał na szczycie szczytów i od wielu już dni pustelnik pusto miał w spiżarence.
Korzystając z chwili odpoczynku,  „moja miłość” odnalazła w kieszeni liścik, i przeczytała następnych kilka linijek wiersza:
Patrząc w ogień pogadajmy
O tej pustce, strachach, lękach
O alchemii życia w mękach
I przekażę Ci bez słów
Że ja z Tobą tak z miłości
Tak w radości i w jedności
Wśród złocistych łanów pójdę
Na bosaka i za ręce
Tak w milczeniu i w powadze
W oczy jasno Ci popatrzę
I zobaczę promień złoty
I tęczową kroplę łzy…
„Kochana moja” z trudnością odrzuciła wizję ciepła i złocistych łanów. Mroźne powietrze przenikało przez jej ubranie. Skalne urwiska, połacie śnieżnych pól z podstępnymi szczelinami czekały na nią przed szczytem szczytów. Zebrała się w sobie, i szczekając zębami z zimna zanuciła:
„Nie dokazuj miły… nie dokazuj.”
Usłyszał to nucenie przewodnik i uśmiechnął się promiennie do niej.
Zrobiło się jej troszkę cieplej i nowy duch wstąpił w nią, a razem z nim zapał do dalszej wspinaczki.
Teraz było ich razem z przewodnikiem trzynaścioro. Gdy szczęśliwie dotarli do domku na szczycie szczytów, padli ze zmęczenia na podłogę. Pustelnik otulił ich grubymi kocami i rozpalił ogień w kominku.
Przed zaśnięciem „kochanie moje” przeczytało do końca wiersz:
I zaproszę Cię na zawsze
W siedem Światów w siedem Sfer
Gdzie Magowie i Prorocy
Z Aniołami i Elfami
Od prawieków spory wiodą
Nie są pewni
Czy być razem, tak z miłości
Tak w jedności, dla radości
Przeznaczeniem jest czy snem.
I cóż? Ona wybrała sen i zasnęła. Ale przeznaczenie nie zapominało o niej. Następnego dnia już wszyscy wyspani i wypoczęci zjedli skromne śniadanie. Postanowili podzielić się swoimi zapasami z pustelnikiem. Pustelnik zniknął. Grupa rozeszła się po szczycie szczytów by w samotności kontemplować przepiękne widoki. Kiedy moja pani zeszła w dół po zboczu, zauważyła pustelnika. Kusiło ją żeby porozmawiać z nim. Zrezygnowała widząc w jakim skupieniu maluje obraz. Nurtowały ją dziwne zdarzenia, które zaszły podczas wspinaczki, Otóż, przewodnik milczał całą drogę. Za każdym razem gdy wskazywał im drogę i zachęcał do marszu, na grupę spadał mocny pomocny podmuch – aż świstało w uszach. Ten charakterystyczny świst wszyscy słyszeli. Pomocny podmuch błogosławili bo ich popychał w kierunku szczytu. Ale w żaden sposób nie mogli sobie jego pochodzenia logicznie wytłumaczyć.
Wieczorem zebrali się w kamiennym domku. Siedli przy dużym kamiennym stole na którym pustelnik postawił trzynaście kamiennych czarek. Gdy zapadło milczenie pustelnik wstał i powiedział:
„Kołacze się nasza Dusza w świątyni ciała pijąc ze zmysłami brudzia na uczcie życia.”
Ku zaskoczeniu siedzących, kamienne czarki same wypełniły się złocistym płynem. Wtedy pustelnik dodał:
„Wypijmy za Dusze. To nasza Pierwsza Wieczerza”
Po wypiciu złocistego płynu wszyscy poczuli się szczęśliwi. Bardzo szczęśliwi ale też bardzo senni. Zasnęli „kamiennym” snem.
Następnego ranka wstali rześcy i wypoczęci. Pustelnik wręczył każdemu obraz – „Pierwsza Wieczerza”- na pamiątkę spotkania.
Na obrazie przedstawiającym wspólną wieczerze przy kamiennym stole, po prawej stronie pustelnika siedziała ta osoba, która obraz otrzymywała. Widocznie gdy wszyscy spali, pustelnik namalował dwanaście różniących się obrazów.
Moje uwielbienie spytało go: „Mistrzu! Czego ty uczysz?”
Mistrz Świstak z rozbrajającym uśmiechem odpowiedział:
Milczenia.
Po odprowadzeniu grupy w bezpieczne miejsce pustelnik wrócił do swojego kamiennego domku. Na podłodze znalazł zmięty liścik z wierszem. Przeczytał go. Skojarzył kto mógł go zgubić. Przypomniał sobie filigranową moją panią i radośnie krzyknął.
” Małe Tao to też Tao.” i tym sposobem rozwiązał trudny koan o kobietach.
A ona – kochanie, moja pani, anioł?  Szczęśliwie wróciła do domu. Obraz pustelnika powiesiła na ścianie swojej sypialni w prawym rogu koło drzwi – znała Feng Shui. Po chwili po obrazie zaczął spływać „miodzik”. Taki sam miodzik spływał po wszystkich dwunastu obrazach. Smakował wybornie i znakomicie ułatwiał zasypianie. Spało się kamiennym snem a po obudzeniu pamiętało się niezwykle kolorowe i radosne krainy w których żyły szlachetne, pełne dobroci i mądre istoty.
————–
No cóż, drogi czytelniku. Namalowałem już kilka obrazów siedzac na skalnym występie.  Czekam jak z nich będzie spływał miodzik. Jak nie spłynie – zmienie osobowość. A co mi tam!
Moja babcia i dziadek mieli niezwykłe talenty… 


Reklamy

About Sznajder Marcin

Certain man chose several books in the library. He asked the librarian near their receipt how many time would take him reading all. The librarian burst out laughing and said that the gathering counted the thousands of books and the hundred of lives it was enough not on reading all. That man gave up the ones several who he chose, and said then. Some different way has to exist. Marcin - Stuntman and the consultant, the operator of under-water pictures and II the director of films. Graduate of The department Electronics Engineering college of Varsovian.

Posted on 21 listopada 2011, in Uncategorized and tagged , , . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: