Wiele lat temu…

Wiele lat temu, kiedy z młodzieńczą arogancją paplałem trzy po trzy na temat autentyczności życiorysu Chrystusa, Kanonik spojrzał na mnie surowo i powiedział:

„Mój drogi. Jeśli chodzi o Boga, to ma się Go w sercu przebudzonego, albo On w sercu śpi.”

Zamilkłem i poczułem się najbiedniejszym człowiekiem na świecie.
Długo przeszukiwałem własne serce. Znalazłem tam i groźne pouczenie:

„Zanim dusza stanie przed Nauczycielem obmyć się musi we krwi swojego serca.”

i cudowną opowieść o tym jak magowie pragnąc ukryć szczęście przed ludzką zachłannością, ukryli je w ludzkich sercach, mądrze przewidując, że ludzie kojarząc raczej szczęście z władzą, sławą i pieniędzmi łatwo nie odnajdą takiej kryjówki – w zakamarkach własnych serc.

A zdarzyło to się pewnego upalnego dnia:

Późne popołudnie zastaje mnie siedzącego na pomoście i wpatrzonego w drobne fale jednostajnie i niezmordowanie atakujące piaszczysty brzeg. Intensywny zapach róż z proboszczowego kwietnika budzi we mnie nostalgiczne refleksje.
Wpatrzony w wodę widzę odbicia falujących i przesuwających się chmur. Obserwuje myśli pojawiające się i zanikających w moim umyśli: o róży Małego Księcia, o sensie życia, przemijaniu i przeznaczeniu, o rozwoju, łańcuchach przyczyn i skutków, o mocy i głębi marzeń, o olśnieniu, zauroczeniu, spełnieniu i Aniołach.
Z zadumy wyrywa mnie odgłos grzmotu. Nad jezioro, z zachodu, wtaczają się groźnie wyglądające chmury. Chmury te płoną ciemnoczerwonym żarem, a kilka z nich sprawia wrażenie jakby jarzyły się od wewnątrz. Tak jak przepływające przez umysł myśli nie są istotnością bo są zapożyczeniem, chmury nie tworzą przestrzeni, one w niej istnieją. Chmury jak i myśli sprawiają wrażenie, że ciągną się od wieczności w wieczność. Odbicie w wodzie przyjmuje kształt tornada.

Nie czekając na pierwsze krople deszczu skrywam się w oszklonej werandzie plebani.
W wiklinowym bujanym fotelu drzemie proboszcz, wystawiając twarz do padających przez szybę promieni zachodzącego słońca.

„Nie za zimno panu pod tą wodą? Podziwiam, że panu jeszcze się chce nurkować. Nie szkoda to zdrowia?”- proboszcz z rozbawieniem zerka na mnie spod krzaczastych, siwiutkich brwi.

W głębinach można spotkać Anioły. To one mnie pociągają. Lubię z nimi pogadać.”- odpowiadam ze śmiechem.

” Bądź ostrożny mój drogi. Anioły to eteryczne istoty. Inaczej czują i myślą niż my. Pomagają nam, ale nie są na naszych usługach. Z Biblii dowie się pan więcej o Anielskich zwyczajach.” – odpowiada sięgając po Biblię.

Bezpieczni, osłonięci przed deszczem i wiatrem przez okna werandy obserwujemy burzę.
Nadciąga czerwono – krwistym kowadłem. Gna przed sobą skłębione, czarne i poszarpane chmury. Jezioro zmusza do wrzenia. Swą mocą podrywa wodę. Pianą przybiela grzywy stromych fal. Czarne cienie chmur wbija w głębinę. Grozą gasi słońce. Wypiętrzonym w niebo zachłannym kowadłem wchłania jeziorną wilgoć, i po chwili pionowym kołowrotem wichrów przemienić ją w lodowe odłamki, i z pasją zrzucić strumieniami zmarzlin na jezioro. Bębni gradem po dachu plebani. Spadającym z nieba wichrem przeoruje powierzchnię wody pasmami białej piany. W górę unosi jęzory zawiesiny wodnej, tworzy zaczątki wirujących pępowin tornad, i po chwili w szalonej rotacji łączy otchłań jeziora z opuszczającą się podstawą chmur. Błyskami, grzmotami, gradem i wyciem wiatru atakuje przycupniętą na brzegu wioskę.

„Jak sens ma ten gniew Natury, składający się ze swoistego łańcucha burzliwych zdarzeń? Czy ten nieokiełznany wybuch żywiołów ma służyć oczyszczeniu, skrusze człowieczej? Jest karą? Kto tu zawinił i kto tu kogo i za co karze?” – myślę.

I nagle, czy to dla otuchy, czy też z pychy, w kościółku odzywają się dzwony zwołując wiernych na wieczorną mszę.

„Lepiej by było, żeby z mszą zaczekać jak skończy się burza. ” -mówię.

Ale księdza już na werandzie nie ma. Docieram do kościółka w strugach deszczu, w zgiełku piorunów, w scenerii rozgniewanego nieba co chwila rozdartego błyskawicami. Kierowany niezrozumiałym impulsem, zamiast wejść do przytulnego, skąpanego w świetle zapalonych świec wnętrza kościółka i w skupieniu i spokoju wysłuchać kazania proboszcza, omijam kościółek i idę dalej  brzozową alejką w kierunku kaplicy Matki Boskiej.

Przysiadam nad wodą obok kamiennej figurki św. Jana Nepomucena.

„Strzeż nas od nie sławy w życiu i wieczności”

– przekrzykując burzę czytam na głos słowa wyryte na postumencie.

Nagle, czuję jak włosy na głowie stają mi dęba, i widzę jak figurka świętego pokrywa się siecią fioletowych iskierek. Obok mnie, w drzewo, uderza piorun. Błysk i grzmot zlewają się w jedność Olśnienia. Przestrzeń i czas rozrywają się. Wpadam w nicość. Odchodzę coraz dalej, i dalej.
Opadam w głębinę. Otacza mnie światłość, otula uczucie bezpieczeństwa. Czuję delikatne, pełne miłości dotknięcie. Ze środka wirującej tęczowymi kolorami spirali wypływa jasna postać. Wpatrując się we mnie z rozbawieniem.

„Znam cie całą wieczność. Jam twój Anioł Stróż.”- przenika mnie myśl.

Obejmujemy się czule, wtulamy w siebie i stajemy się jednością. Delikatnie wirując schodzimy coraz głębiej, i głębiej w tęczowy wir światłości.

Opowiem ci o życiu po życiu – słyszę szept.

Słucham uważnie…

———————-

Posąg Naszego Papieża, który odwiedził Studzieniczną

To był tylko dotyk…

Reklamy

Posted on 22 listopada 2011, in Uncategorized and tagged , , . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: