Myśli niewidzialnych Istot

Przytaczam opowieści chłopca o imieniu Purcio. Urodził się podczas II wojny światowej. Gdy miał kilka lat, łowiąc ryby z balkonu pierwszego piętra,  wypuścił wędkę i skoczył po nią. Opiekunka zastała go siedzącego na kamieniu i uśmiechniętego. Seplenił o Aniołach. Opiekunka pomyślała, że to o niej opowiada. Gdy miał dużo więcej lat obudził się w londyńskim szpitalu po wycięciu wyrostka i zobaczył diabła. Okazało się, że nachylała się nad nim czarna pielęgniarka.  Od dziecka widział różne dziwne istoty. Długo myślał, że widzi je każdy. Doszedł do wniosku, że komuś kto widział piekło i niebo juz  nic nie zagraża na Ziemi. Bardzo się pomylil…

Przekazuje fragmenty opowiadanek Purcia ku przestrodze tym, którzy chcieliby pójść jego śladami.

Życia nie mierzy się ilością oddechów tylko ilością chwil, które nam zapierają dech w piersi.

Posłusznie sięgam po nóż. Spoglądam ku górze i widzę słońce jako rozmytą plamę. Tracę przytomność. Ogarnia mnie błogość. Cichnie umysł. Z tej cichości, z sennego wymiaru, spoza ziemskiego czasu i przestrzeni budzi się nadzieja. Błyska w oddali światełko. Wchodzę w jasność tunelu wewnętrznego słońca. Objawia się

duchowa strona istnienia. Moja najwyższa istotność uaktywnia dawno zapomniane zmysły, włącza do tej pory nieznane świadomości programy. Ktoś, kto jest naprawdę mną emigruje poza ciało. Unosząc się swobodnie Ja – duch obserwuje siebie – ciało. Czuję, myślę i przenikam materie jasnym widzeniem. Przeżywam dramat i jednocześnie obiektywnie obserwuje go bez emocji. Świetlistą drogą nadciąga pełna jasności postać. Wola tej istoty nakazuje dłoniom otwierać kolejne klamry pasków mocujących nurkowy sprzęt do mego ciała. Jestem wolny. Wplątany w linę sprzęt pozostaje we wnętrzu jachtu. Wynurzam się bezwładnie z czeluści jachtu. Żeby wypłynąć na powierzchnię wystarczy zrzucić ołowiany pas balastowy. Dłoń zaciska się na klamrze pasa.
Świetlana postać swymi myślami przenika mnie, ogarnia współczuciem, wszystko wybaczającą miłością. Dociera do mnie pytanie.
“ Zostajesz? Wypływasz?”
Ku własnemu zdziwieniu nie śpieszę się z odpowiedzią. W tym niezwykłym stanie, nie czuję żadnego zagrożenia, czas jakby przestał istnieć, więc mam go bez liku. Ogarnia mnie ciekawość dziecka, radość odkrywcy. Jestem otwarty na wszelkie zdarzenia, wszelkie pytania i odpowiedzi. Objawia mi się zarówno
względność jak i ukryty sens przeszłych pomyłek, porażek, błędów, grzechów. Z radością wybaczam sobie, wybaczam wszystkim. Ten proces nie wymaga ode mnie żadnego wysiłku. Teraz wiem, że tu na Ziemi przejawiłem się wraz z innymi w wiecznej szkole życia. W szkole w której jest się zarówno uczniem jak
i własnym nauczycielem. W Szkole Kosmicznej, w klasie Ziemia, w której wszyscy uczą się przebaczania i miłości. Nie powstrzymuje ciekawości, i pytam świetlaną postać:
“Jak to jest? Czy to wyuczone treningiem ruchy ratują mi życie? Czy też może, niewidzialny dla normalnego stanu zmysłów świat istnieje realnie, i właśnie tu i teraz w sytuacji pozornie bez wyjścia, mogę poznać Ciebie, realną istotę z nie  mojego świata, która pomaga mi z nieznanych mi pobudek? Kim jesteś? Zjawą generowaną przez przerażony mózg w którym procesowi śmierci, samo-eutanazji towarzyszy podświadoma projekcja znieczulająca cierpienie. Odpowiedz, proszę! Czy wyłącznie jesteś narkotycznym widziadłem zafundowanym mi przez mój mózg jak chce większość naukowców, czy też realnym bytem z którym mogę wejść w związek podobny do ludzkich?”
“ Masz wolną wolę. Sam pytasz, sam odpowiadasz, sam podejmujesz decyzje. Nie lękaj się. Jesteś wieczny.” – przenika mnie myśl.
“Czy ten strumień pojawiających się i odchodzących myśli, pytań i odpowiedzi, to jedynie wspomnienia utartych frazesów, strzępów przeczytanych książek, zasłyszanych opinii, czy też realny z Tobą dialog?- pytam dalej z uporem.
“Gdy uczeń jest gotowy, mistrz zawsze jest gotowy.”- przenika mnie myśl.
“Jesteś więc moim Mistrzem? – pytam.
“Ja Jestem. W “Ja” zawarta jest wieczność, w “Jestem” jedność z całym Istnieniem. W stanie świadomości, w którym się znalazłeś ja jestem tobą a ty jesteś mną. Czas i przestrzeń tak naprawdę to kategorie naszego poznania. Istnieje jedynie chwila obecna. Czas jest czynnością liczenia zdarzeń, kolejnością poznawania, a przestrzeń jest czynnością wskazywania, kierunkiem postrzegania w sieci przeglądanych zdarzeń.”- przenika mnie myśl.
Znika Jasna Postać. Odchodzi Mistrz . Rozpływa się moja Narkotyczna Wizja. Czuję się wolny bez krępującego ruchy podwodnego sprzętu i szczęśliwy bez ciała ograniczającego swobodę poruszania się. Moje myśli uwolnione z fizycznej struktury mózgu nabierają jasności. Jestem w sieci nieskończonej ilości zdarzeń. W ezoterycznym Matrix. W węźle – centrum, z którego rozbiegają się drogi. Widzę je, gdy kieruję na nie uwagę. Skupiam się na najbliższych zdarzeniach. Mogę to z łatwością uczynić. W stanie umysłu w którym się znalazłem jestem jasnowidzem. Ze swobodą poruszam się po łańcuchach zdarzeń. Przewijam swoją przeszłość zdarzenie po zdarzeniu jak taśmę filmową klatka po klatce, aż docieram do chwili obecnej. Mocą woli analizuję zdarzenie najbliższe z możliwych, i oto śledzę jak: zrzucam ołowiany pas, wynurzam się i jestem wśród przyjaciół…
——————————————

Mów ludziom, których kochasz, ze ich kochasz – przy każdej okazji.
Zasypiając przenikam przez źrenice szeroko otwartych kocich oczu i jestem w ezoterycznej sieci wiecznego życia.
„Czyżbym odnalazł bramę do spokojniejszego świata? Gdzie naprawdę jest mój dom, bo przecież nie na tym rozhuśtanym falami jeziorze? Czy kobieta, którą kocham, na pewno przybędzie na spotkanie?” – w świat snu wysyłam pytania.
Krótki błysk światła i suchy wystrzał pioruna przywracają mi świadomość. Wyciągam kota spod koszuli. Wbił się pazurkami w moje ciało. Jego pomarańczowe oczy żarzą się nieprzytomnym lękiem. Słyszę łomot skrzydeł, wielki plusk, i pojękiwania podobne podniesionemu, wściekłemu, starczemu gderaniu. Wystawiam głowę z zejściówki mesy. Na zewnątrz panuje upiorna ciemność. Po oczach zacina deszcz. Twarz oblepiają mokre liście. Obrywam w głowę skrzydłem. W świetle błyskawicy spostrzegam ptaka, przypominającego kształtem dzioba sępa. Obok trzepoczą inne.
„Harpie!” – błyska w głowie.
„Zgadza się, to Hades!”- ironicznie chichocze Intelekt.
Umysł uwikłany w senne wizje znajduje w końcu racjonalne wyjaśnienie. Na jacht zwaliła się wysoka, nachylona nad wodą brzoza z siedzącym na niej stadem kormoranów. Słyszę uderzenia o wodę skrzydeł startujących do lotu ptaków. Spycham drzewo za burtę. W błysku pioruna widzę nisko pędzące chmury. Dookoła pobłyskują białą pianą jeziorne grzywacze. Burza przetacza swe cielsko nad jeziorem. Jest groźna, ale i piękna w swej bezwzględności.
„Na zimne dmuchaj” a i „Licho nie śpi” – mówią ludowe przysłowia.
Nie lękam się burzy i bardzo się mylę. Marząc o kobiecie, domu, nie odczytałem ostrzeżenia, przegapiłem „pajęczynowy sygnał”. Przegapiłem go omamiony myślą o czekających mnie przyjemnościach. Straciłem jasność osądu, wolność wyboru, przestałem być kowalem swego losu.
Wracam do kajuty , wciskam się w ciepłą koję i szybko zasypiam.
Śni mi się:
Zakładam na siebie suchy nurkowy skafander. Kota otulam wełnianym kocem. A on zaczyna mruczando – pełną tajemnej mocy kołysankę, wymyśloną zapewne przez jego egipskich przodków i nieustannie tworzoną i doskonaloną przez wszystkie koty świata. To mruczando jest kluczem do ezoterycznego świata. Przekręcam klucz i otwieram bramę do snu w śnie. Na pokładzie zakładam resztę nurkowego wyposażenia i skaczę do wody. Dopływam do pomarańczowej boi wskazującej miejsce zanurzonego pod nią podwodnego pomostu. Trzymając się boi, przez szkło maski i zacinający deszcz, ledwo dostrzegam zapalone światła w kabinie jachtu. Rozglądam się dookoła. To co widzę zapiera dech w piersiach. Tak mogłoby wyglądać piekło; Hades – szaleństwo natury, omamy narkotycznej wyobraźni. Żywioły zwarły się w śmiertelnym uścisku.
„Co na dole to na górze. – Żart!?”
Na górze: czarne strzępy porozrywanych wichurą chmur gnają bezrozumnie ku zderzeniu i zagładzie.
Na dole: chaotyczne, uderzenia porywistego wiatru wściekłe smagają wypiętrzone grzywacze.
„A w Niebie tak jak i na Ziemi. – Żart!?”.
W Niebie: chmury pełne krwistej czerwieni i zimnego fioletu rozżarzane od wewnątrz przez przerażające fajerwerki splątanych z sobą błyskawic.
Na Ziemi: grzywacze upiornie migoczące srebrem, wzbijane ku niebu porywami wiatru i splątane pasmami piany poskręcanymi w warkocze.
Zapalam lampę. Po chwili opadam na podwodny pomost i siadam wygodnie w fotelu. Ogarnia mnie cisza i spokój. Mam nadzieję, że w głębinie odnajdę odpoczynek, przeczekam atak burzy, uwolnię umysł od chaosu myśli, poczuje istotną samotność, odkryję i odnajdę siebie. W tym podwodnym domu czuję się bezpieczny. Otwieram wieko skrzyni i odnajduje pudełko z szachami. Rozstawiam pionki i figury i zaczynam grę.
Gdzieś nade mną gromowładną rapsodią straszy burza -Monstrum. A tu w głębinie, oddzielony kilkunastometrową warstwą wody, odczuwam kosmiczną ciszę i błogi spokój. Wygaszam w sobie emocje. Odprężam ciało. Kładę zapaloną lampę na stole oświetlając szachowe figury. W półcieniu, w fotelu na wprost mnie, zasiada Jasna Postać – Intuicja. Gra w szachy to gra wyobraźni. Intelekt docieka, przewiduje, stawia hipotezy, weryfikuje je, wraca do źródeł, przegląda, sprawdza, modeluje, stymuluje, symuluje. A Intuicja zna prawdę – posiada dar bezpośredniego poznania. Trafne wybory dokonuje bez wahania.
Gramy.
Intelekt: Czy warto z samym sobą grać? W świecie prawości, harmonii i jedności nie ma sensu ani wygrana, ani przegrana.
Intuicja: To, czego faktycznie pragniesz, to bezpieczeństwa, prawda? Dlatego chcesz być innym, sprytniejszym, bardziej bystrym i pomysłowym. Ale dlaczego zależy ci właśnie na trwałym bezpieczeństwie? Czy coś takiego w ogóle istnieje? Otóż, bezpieczeństwa nie znajdziesz we wzajemnych związkach, w wierze, w działaniach , ale ponieważ go wciąż szukasz, tak jak inni – wywołujesz w świecie chaos. Uwierz! To myśli stwarzają chaos na Ziemi. Zauważ, że każda myśl dzieli! Ład nie jest wynikiem myślenia. Ład nastaje, gdy chaos zanika. To w ciszy rozkwita kwiat, to w ciszy słyszy się podszept Boga.
Intelekt: Braciszku. Swoje dociekania stawiam wyżej od twego bezpośredniego poznania. Wiesz przecież, że jest tak od zarania:  Ewolucja wymaga, żeby silniejszy zniewolił słabszego, żeby zwycięzca wziął wszystko. Trzeba myśleć, żeby wygrywać. Patrz jak to się robi! Ucz się! Atakuję skoczkiem twoją białą królową.
Intuicja: Przyjacielu. Prawo przyczynowości, tak jak prawo grawitacji, jest boskim prawem. Zasiałeś niepokój, zbierzesz gromy. Atakując moją królową narażasz na niebezpieczeństwo własną. Kto pod kim dołki kopie ten sam w nie wpada, znasz to przysłowie? Popatrz , proszę.
Wyobraźnia przenosi mnie do wnętrza samochodu którym jedzie do mnie ukochana kobieta. Na głowie ma czapkę z napisem: KOCHAJ MNIE. Za ścianą deszczu migoczą światła. Z przeciwka nadjeżdża ciężarowy samochód. Z ręki jego kierowcy wypada tlący się papieros. Kierowca nie patrząc na drogę schyla się i nieświadomie pokręca kierownicą.
„Ratuj ją! Ratuj!” – budząc się ze snu, wrzeszczę nie wiadomo do kogo.
Przerażony kot jednym susem przeskakuje z koi na nawigacyjny stolik. Przysiadam na stołku przy stoliku. Z głupim wyrazem twarzy spoglądam na kota. Przez szybę okna wpadają promienie wschodzącego słońca układając się na wodzie w roziskrzoną gwiazdami konstelacje. Odsuwam klapę zejściówki i oddycham głęboko rześkim rannym powietrzem. Lekki powiew wiatru wpada do kabiny i przegania nocne, senne koszmary. Przymykam oczy i żarliwie modlę się:
„Boże! Jesteś Wszechmocny. Nie mam pojęcia co się stało, ale uratuj ją. Jest taka młoda i piękna. Zrobię dla niej wszystko. Oddam życie”
“Ahoj!”- słyszę głos nawołujący z brzegu.
Wyskakuje na pokład. Wsiadam do pontonu, uruchamiam silnik i ruszam pełnym gazem. Ukochana macha do mnie. Ponton zderza się z dryfującym drzewem. Wylatuję jak z procy w powietrze. Wpadam do wody i uderzam głową o konar. Tracę przytomność. Słyszę nieznośny chichot i docierają do mnie słowa.
„Jej Los wziąłeś w swoje ręce, ale w Ostateczności wszystko musi się zgadzać.”
Kim jesteś?- śle w ciemność pytanie.
„Niebawem się dowiesz. Szach i mat. Stawiam ci mata Królu” – naigrywa się głos.
Ogarnia mnie przerażająca Cisza, otacza bezdenna Ciemność, osacza bez nadziei Samotność. Ale jak zwykle w tym pełnym zagadek wewnętrznym świecie, to jeszcze nie koniec utrapień. Z Ciszy – wydobywają się słowa radosnej kołysanki. Z Ciemności – napływają tęczowych kolorów obrazy. Nie jestem już sam. Na kładce przerzuconej przez rzeczkę siedzi Wróżka w słomkowym kapeluszu i kwiecistej powiewnej sukni. Moczy nogi w bystrym strumieniu. Obok niej, na kładce, leżą sandały uplecione z rzemyków. Do wartko płynącej wody opadają kolejne listki zrywane z brzozowej gałązki.
„Kocha, lubi, szanuje. Nie chce, nie dba, żartuje.” – i pac! – palec Wróżki trafia we mnie.
„Ty jesteś Odys!”
Lubię podróże – jąkam się zaskoczony.
” Twoją żoną będzie ta kobieta i będziecie mieli córkę!”
Nie jestem pewien czy chcę… – zaczynam, ale ona przerywa.
„Bez żadnego ale! Weź się w garść. Nic już nie kombinuj bo zginiesz marnie. To dar od Ateny.”
Wraca mi świadomość. Czuje jak jakaś ręka brutalnie łapie mnie za włosy i ciągnie na powierzchnię. Przez warstwę wody widzę ukochaną twarz i napis na czapce KOCHAJ MNIE. Gdy już mam usta nad powierzchnią wody wrzeszczę:
“Kochanie! Wyjdziesz za mnie!?”

bo… przed nią bieży baranek a nad nią fruwa motylek…
————————-
Otaczaj się tym co kochasz. Czy to rodzina, zwierzątka, przedmioty, zainteresowania, muzyka, rośliny – nie ma znaczenia co to jest. Twój dom jest twoim schronieniem

Czuję jak moje ciało rozkłada się na komórki. Szybuję w tęczowym tunelu. Barwy wirują z oszalałą prędkością. Jestem w jakiejś gigantycznej pępowinie. Dokąd ona prowadzi? Czy Delfin jest przy mnie? We mnie? Stapiam się z nim? Gdzie ja jestem? Chryste! Razem wpadamy w jasność pulsującą złotem. Stapiamy się w jedność. Nasze komórki wchłania gigantyczny wir. Zapada ciemność. Tracę przytomność. Budzę się czując nieznaną mi błogość i lekkość. Leżę na powierzchni wody. Widzę odległy brzeg. Chcę koniecznie dopłynąć do brzegu. Próbuję ruszyć rękami, potem nogami. Nie mogę. Nie mam ich. Obok wybucha radosny ludzki śmiech. Przede mną pojawia się człowiek. Przyglądam mu się uważnie. Podpływam do niego. Na miły Bóg ! Przecież TO JESTEM JA SAM. Na wprost mnie nurkuje MOJE CIAŁO, a gość zamieszkujący w nim uśmiecha się do mnie radośnie. Powoli kojarzę, przypuszczam, dociera do mnie, już wiem. Nastąpiła wymiana ciał.
JESTEM w CIELE DELFINA!
Siup, chlup i jeszcze raz! Skok, obrót ,plusk, i jeszcze raz! O rany!! I w dół, i w górę, i do słońca, i trzask bokiem o wodę, i mach, mach płetwami i pach, pach ogonem. Wolny! Wolny! Szczęśliwy! Beztroski! Ha! Ha! i duży wydech i pac w górę i w dół strumieniem wody.
Podpływam do swojego ludzkiego ciała, a ten ktoś w nim znów się uśmiecha. Klepie mnie po delfiniej twarzy. Łbie? Pokazuje OK! Oczekiwałem właśnie takiego zachowania! Nie jestem zaskoczony. Zdaję sobie sprawę, że wiem dokładnie co któryś z nas zrobi i powie za chwilę.
“ Ktoś ty?” – pytam.
“ Ja to ty, a ty to ja.” – odpowiada on, czyli ja.
Chryste! – myślę. Moja jaźń się rozdwoiła. Piękny kąsek dla psychiatrii. Mnie – człowieka zamkną u czubków, mnie – delfina złapią w sieć.
“ Jacquez! Ty cholerny żartownisiu! Gdzie jesteś?” – wołam.
I nagle w mojej głowie, i ludzkiej, i delfiniej pojawia się On – Mayol. Prawdziwy z dziada, pradziada Grek. Smukła sylwetka, gęste siwe włosy zaczesane do tyłu i siwy wąs. Śmiech Zorby i błyski w oczach.
“ Mam cię!” – mówi wyraźnie rozbawiony. “Umówmy się. Zawrzyjmy układ…” – dodaje.
Puf! Uff! Zdążyłem. Jestem przy brzegu. Instruktorzy znoszą sprzęt z polany i układają na pomoście. Są w specjalnych suchych skafandrach koloru pomarańczowego. Wyglądają kosmicznie. Za nimi po schodkach nadchodzą w czarnych piankowych skafandrach ich uczniowie. Delfinie serce mi zamiera. Schowany w krzakach z niepokojem obserwuję jak na pomoście Jacquez w MOIM CIELE przyjacielsko klepie po ramionach adeptów z korporacji. Słyszę jak mówi:
“Kochani! To takie łatwe! Cud i odlot! Zanurkujcie, a świat zmieni się na lepszy”.
Jestem przerażony. Co on kombinuje? Czy zamieni ich w delfiny?
I nagle jasne światło błyska w mojej głowie. I widzę stado delfinów skaczących po falach oceanu. Widzę jak z radością wyskakują wysoko ponad powierzchnię. A może i ponad przeciętność? – przychodzi mi do głowy. Duży Biały Delfin , widocznie przywódca stada, podpływa do mnie i śmieje się.
“Kochany! Nie miej żadnych złudzeń! Jacques zrobi z nich gatunek HOMO DOLPHINUS!”
Ma racje. Po chwili otacza mnie stado delfinów. Wyskakuje nad powierzchnię i płynę w kierunku Tajemniczej Wyspy jako przewodnik stada, rzecz jasna. Słyszę chóralne , śpiewne popiskiwanie:
Przyjacielu – człowieku
Nie zabijaj delfina nawet we śnie.
Słońce nie zajdzie – ty nie zaśniesz.
Nie zabijaj!
Trzepot płetw huragan zrodzi.
Oś Ziemi zmieni.
Słońce nie zajdzie – ty nie zaśniesz.
Nie zabijaj!

———————————————————————

Nie żyj z poczuciem winy. Nie pielęgnuj tego uczucia w sobie.

Resztki szowinizmu męskiego, zwane często odwagą, dają znać o sobie więc żeby dodać trochę tego eliksiru młodości podśpiewuję.
„Duchy Czerwonych Bagien! Przybywajcie!”
Śpiewając podryguje wesoło w rytm krakowiaka, bo wiem, że nic mi nie grozi na tym pustkowiu.
Kładę się na trawie. Zamykam oczy. Zgodnie z zaleceniami mojego guru, uwalniam napięcia każdej części ciała i powtarzam w rytmie karabinu maszynowego:
Ja – jestem spokojny i radosny. Ja tu i teraz – jestem zdrów na ciele i umyśle. Ale… na wszelki wypadek dodaje. Ja – uwalniam umysł od denerwujących i natrętnych myśli i otwieram się na zdrowie. Po chwili monotonie cicho gaworzę: Przybywaj zdrowie! Przybywajcie myśli pełne przebaczenia, miłości, szczęścia, radości, spokoju, mądrości.
Nagle słyszę głośne, choć niewyraźne:„Jestem twoja. Och!”
Przez przymrużone oczy obserwuję, nie bez lęku, jak obok z gęstej mgły wyłania się istota o ludzkim kształcie. Jest ulepiona z kropel mgły. Od środka rozświetla ją wielobarwne, lekko pulsujące światło.
“Duch? Zjawa? Omam? Rusałka? Elf? Coś?”
Ciało tej Istoty tworzą kłęby świecącej mgły i to jedynie odróżnia ją od szarego mglistego otoczenia. O przynależności do jakiegoś gatunku ziemskiego mógłby przemawiać fakt, że posiada oczy. Są owalne, pomarańczowe z trójkątną czarną źrenicą w środku. Oczy te ciągle zmieniają położenie, wielkość i rozstawienie. A rozszerzające się źrenice zdają się wchłaniać wszystko co pojawia się w ich polu widzenia. Teraz wchłaniają mnie.
Mgła, która wchłania!? Czy mgła to czy z krwi i kości kobieta? Masz okazję jak nikt na świecie. Weź ją!.- z uporem maniaka mąci myśli głowa, przerywając rytm medytacji.
Istota wlepia we mnie te swoje tańcujące oczy i mówi:
„Jestem twoja. Weź mnie!”.
Na litość Boska! Ona czyta moje myśli!
“OK!”. – odpowiadam spontanicznie.
Liczę na to, co dyktuje zdrowy rozsądek, że mglista zjawa, nie skrzywdzi mnie seksualnie lub też w żaden inny sposób bo jest jedynie wymysłem mojej trawionej gorączką głowy. Ale Zjawa w odpowiedzi na moją zgodę krztusi się z radości i bulgocząc mokrym:
“Tak! Tak!” – drga podniecająco swoimi kłębami ciała, chichocze, podryguje zalotnie i namiętnie szepcze:
“Jesteś mój! Mój!.” – i rzuca się na mnie, otacza mnie, wnika, wtapia się we mnie, zniewala rozkoszną wibracją delikatnego dotyku, i omamia chwilowymi impulsami ciepła wschodzącego właśnie słońca. Czuje jakbym wylądował w ciepłym łóżeczku a ktoś kochający karmił mnie podtykając do ust łyżeczka za łyżeczką syrop pachnący sosnowym lasem. Otwieram szeroko oczy i widzę wszystkie kobiety z przeszłości. Owe kobiety kolejno wynurzają się z wibrującego delikatnym tęczowym światłem ciała Zjawy, wtapiają się we mnie biorąc mnie w posiadanie. Przerażony rychłą klęską wynikającą z mnogości wyzwań ciała i ducha krzyczę :
A Kysz! A kysz! – i zaczynam strzelać palcami stosując powszechnie znaną i osobiście wypróbowaną, i skuteczną metodę na uwalnianie się od duchów. W sferze mentalnej podejmuje równocześnie błagalną medytacje: “Protestuję w imię Stwórcy. A kysz zjawy! A ty Zjawo Czerwonych Bagien kimkolwiek jesteś zlituj się i oddal swoje służki. A kysz! A kysz! Znikajcie! Mam grypę. Przecież widzicie. Nie jestem już taki młody i jurny jak kiedyś.”
Na to one zawłaszczając moim ciałem odpowiadają chórem, raz to gaworząc jak niemowlęta, chichocząc jak nastolatki, śmiejąc się dziewczęco, nucąc jak staruszki:
“Znasz nas przecież dobrze. Pieściłeś każdą naszą cząsteczkę, znasz każdy pieprzyk, każdą naszą słodkość. Nie lękaj się. Kochaj się z nami wszystkimi. W świecie mgieł czas nie istnieje. Tu moce masz nieograniczone. Ciała przecież mamy z mgły. Nie ma tu grawitacji. Nie ma śmierci. Jest tylko życie, radość, szczęście, rozkosz.”
Szamoczę się. Próbuję się uwolnić i krzyczę: “ Wypuście mnie na litość Boską! Chcę do łóżka. Mam katar. Kicham. A to może być niezdrowe dla waszej mglistej urody.”
Ale one nie dają za wygraną. Drżę, drżę całym ciąłem. Mam gęsią skórkę. Szczekam zębami. Zimno mi i już nie wiem czy to uniesienie, czy zwykłe zapalenie płuc. A tuląca mnie mgła gęstnieje, staje się groźna i namiętna. A w niej coraz więcej kobiecych mgielnych ciał.
Koszmar! O co tu chodzi? O bezwstydną prokreację czy wieczna miłość w jedności?
A one odpowiadają: O obie. O biedaku najdroższy! Jesteś potrzebny. Na chwilkę. Niezbędny na jeden moment. Wolność wyboru jest dla mądrych. Ty go nie masz. Wybacz, ale sam widzisz , że w mgle kobiet jesteś ślepcem. I teraz, i tu, i z tobą… chociaż nie stworzyliśmy nowego życia to jednak uratowałyśmy piękne istotki, uchroniliśmy je przed tobą, przed bezsensowną zagładą. Ale ty nic nie zauważyłeś.
„Ale ty nic z tego nie rozumiesz.”
Miały racje. Kiedy tak leżałem w trawie opodal żwirowej drogi, słonce nieśmiałymi promyczkami przebiło się w końcu przez kłęby mgły. I wtedy Zjawa zamilkła. Pomogła mi się podnieść. A gdy minęliśmy przód samochodu pokazała mi tuż przed kołami rodzinkę bawiących się jeżyków. Rodzinkę stanowiły, o ile się znam na jeżach, mama i dwa maluchy. Maluchy zabawiały się beztrosko. Ich błyszczące oczka mówiły to samo co wszystkie oczka dzieciaków.
“Kochamy się bawić. Kochamy życie. To nasz świat i nic nam tu nie grozi. Bo mama jest przy nas. Mama, mamusia, maminka, matuś. Ochroni, nakarmi, nauczy, ogrzeje, pocieszy, rozbawi.”
A tata? Gdzie ich tata? – zapytałem Zjawę.
“ Odszedł. Nie był już potrzebny. Nic nie kapujesz? Czy zadałeś sobie trud, zajęty myślami o sobie, o swojej grypie, tęsknocie za łóżkiem, by pojąć dlaczego wrzasnęłam do ciebie: „Weź mnie ?” Chciałaś mieć przyjemność? – zapytałem. Ale ona nagle stała się nieprzyjemnie mokra. “Głupcze!” – powiedziała z uśmiechem przenikniętym odwieczną mądrością wiedźm, wróżek, rusałek, nimf i kobiet.
“Mój kochany głuptasie!” – poprawiła się.
“Gdybyśmy się nie kochali, jak znam życie, wsiadłbyś do samochodu i rozjechał rodzinę jeżyków.” A po chwili dodała:
“W mgle i w miłości wy ludzie bywacie ślepi. A wy mężczyźni przodujecie w tej ślepocie.”
I kiedy to rzekła, rozpłynęła się. Nie od razu. Zrobiła to powolutku. Ciągle się uśmiechając tym tęczowym uśmiechem. A jej oczy? Tez się rozpłynęły w czerwono – pomarańczowym świcie i tylko sobie znanym tajemniczym sposobem nie uległy budzącemu się dniu. Połączyły się ze swoim Bóstwem – wtopiły się w Słońce

Jedyną osobą, która jest z nami przez całe życie jesteśmy my sami. Żyj póki żyjesz

Śmiej się często, długo i głośno. Śmiej się do utraty tchu.

Ciesz się z najdrobniejszych rzeczy

Nie pozwól umysłowi na nudę i bezczynność. Leniwy umysł to pracownia diabła.

Miej tylko radosnych przyjaciół. Marudy wpędzą cię w depresję.


Czy Purcio żyje według długowiecznych uwag Georga Carlina? 

Kto to wie?


Reklamy

About Sznajder Marcin

Certain man chose several books in the library. He asked the librarian near their receipt how many time would take him reading all. The librarian burst out laughing and said that the gathering counted the thousands of books and the hundred of lives it was enough not on reading all. That man gave up the ones several who he chose, and said then. Some different way has to exist. Marcin - Stuntman and the consultant, the operator of under-water pictures and II the director of films. Graduate of The department Electronics Engineering college of Varsovian.

Posted on 10 grudnia 2011, in Uncategorized. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: