W kwiatach i w płomieniach

W kwiatach i w płomieniach

Niektórzy twierdzą, że głównym celem naszego  przybycia na Ziemię jest  – nauczyć się kochać. Czy psychologia, psychoanalityka potrafi coś w tej „materii” uczynić?

Słówko o „inkarnacj” i  „prawie karmy” – o prawie Stwórcy, Ewolucji, Kosmosu:

Otóż, gdy w poprzednich żywotach mieliśmy problemy – wracamy na Ziemię by znaleźć dla nich rozwiązania. Po ich rozwiazaniu mozemy przejść w rozwoju do „następnej  klasy Stwórcy”. Na przykład  rozwinąć zmysły astralne i mentalne – dające nam większy wgląd w Rzeczywistość. Za każdym powrotem na Ziemię Podświadomość, pod kierownictwem naszej Wyższej Świadomości, pokieruje nami tak byśmy wykonywali  odpowiedni „zawód” (praca, zainteresowania,hobby) , i skieruje nas, najczęściej  bez udziału świadomosci,  do osób w towarzystwie których problemy karmiczne będziemy mogli najskuteczniej rozwiązać. Mozna przyjąć, ze nasi najbliżsi (rodzina, przyjaciele) są z nami zwiazani „mocną” karmą.

Prawo karmy w materialnym świecie to bardzo proste prawo mechaniki (prawo przyczyn i skutków): jeżeli uderzysz ręką w stół to  zaboli i to błyskawicznie. Jest przyczyna i jest skutek w łańcuchu kolejnych zdarzeń.  W swiatach: uczuciowym i myślowym (astralnym, mentalnym) jest podobnie: „uderzysz” siebie lub inną istotę złym uczuciem, złą myślą –  oberwiesz – ale nie od razu. Na odpowiedz i ” bolesny rewanż” muszą w tych swiatach powstać odpowiednie okolicznosci – podobne do źródłowej sytuacje i najbardziej skuteczne dla rozwoju.  Dlatego też rezultaty prawa karmy w tych wyższych swiatach są  trudne do przewidzenia i skojarzenia – przyczyn ze skutkami.

Prawa Stwórcy, Ewolucji, Kosmosu – dają nam szansę na rozwój!

Musimy spotkać się z osobami, którym należy się nasze zadośćuczynienie za (błędy) krzywdy im wyrządzone przez nas i osobami od których  należy się nam zadośćuczynienie za krzywdy wyrządzone nam.  Znajdziemy się też w podobnych życiowych sytuacjach, po raz którys, by znależć najlepsze rozwiązania problemów dla wszystkich zainteresowanych i dla siebie.

Nic więc nie zdarza się przypadkiem! Chociaż swiadomość nasza moze uważać, że jest inaczej.

 

 

Swoimi problemami możemy pomóc lub pomieszać w głowach innym – Bogu Ducha winnym

Psycholog, psychoanalityk może być znakomitym „narzędziem prawa karmy”. Może działać swoimi myślami (radami) – wzmocnionymi „teoriami” naukowców. Może działać na podobieństwo antybiotyku na pacjenta, rodzinę, partnera, sąsiada „w aurze wiedzy naukowej” –  aplikująć pacjentowi „wirusa myślowego” (diagnozę a raczej hipotezę choroby)  a często wzmacniając ten wirus pastylką  –  jako remedium. To nie materia pigułki leczy . Do zdrowia przywraca myśl, że owa pigułka znakomicie nas uzdrowi.  Wierzymy, ze wrócimy do zdrowia i jest to sygnał dla Podświadomosci, która uruchamia procedury leczenia w naszym organiźmie.

I dobrze. Niech pacjent cierpi, płaci za pigułki i niech się nieborak  w końcu „obudzi” ze snu, z  bierności i bezmyślnosci, i niech zapragnie żyć szczęśliwie, radośnie i w zdrowiu, i stanie się własnym życia kowalem ,  i niech w końcu weźmie własny los we własne ręce i przejdzie w rozwoju do następnej klasy. Ujrzy wtedy świat w pięknych i delikatnych kolorach a istoty w ich prawdziwym duchowym wymiarze a nie tylko ich „cienie” – osobowości.

 

Psycholodzy! Psychoanalitycy! Uzdrawiacze!

Tak czyńcie, pomagajcie nieborakom rozdając „wirusy” lub „clean’ery” na lewo i na prawo – myśli i pastylki uspakajające. Oszczędzajcie, na Miły Bóg, ludzi rozsądnych… jeśli ich spotkacie. Dajcie im najprostrzą i najskuteczniejszą receptę:  masz  problem –  więc zmień się a problem zniknie. Zmień swoje uczucia i myślenie a choroba odejdzie nie proszona.

A najważniejsze – przed leczeniem, spróbujcie rozwiązać wszystkie własne problemy uczuciowe i mentalne. W przeciwnym razie będziecie wśród pacjentów siali niepokój zamiast spokoju, smutek zamiast radości, złość zamiast przebaczenia i miłości, chorobę zamiast zdrowia.

Rolą mędrca, nauczyciela, opiekuna, lekarza jest obudzenie w chorym (pogubionym we własnych uczuciach i myślach) mocy samo uleczenia zarówno w chorobach ciała jak i psychiki. We wszelkie „lekarstwa” materialne i „psychiczne” każdy z nas od urodzenia jest znakomicie wyposażony. Organizm jest najwspanialszą apteką. Przecież nosimy też w sobie „iskierkę” – boskiego pochodzenia – księgę natychmiastowych uzdrowień. Warto nauczyc się ja czytac.

Impuls budzący do samo rozwoju, samo uleczenia jest  nie materialny. Przebudzenie odbywa się w sferze duchowej a nie w materialnej. Oczywiście może taki akt być poprzedzony remedium materialnym lub werbalnym – lekarstwem, czy też pomocną radą. Osobiście uważam. ze za  pomoc  w tego typu „przebudzeniu” błędem jest pobieranie wynagrodzenia. W takich przypadkach , spontanicznej pomocy, zadoścuczynienie objawia się w zupełnie niespodziewany sposób mile zaskakując dobroczyńce. O takie rozwiązanie dba również prawo karmy – przyśpiesza rozwój i obdarowuje mądrością.

 

—————————————————–

„Nie wiodła tędy żadna droga. Musiałeś zostawić w dole samochód i pójść ścieżką usłaną sosnowymi igłami.

Sójka ostrzegła wszystkich, że nadchodzi człowiek, widać skutecznie, albowiem odnosiło się wrażenie, iż zwierzęta zamarły w bezruchu i uważnie patrzą. Promienie słońca prawie tu nie przenikały . Panował niemal dotykalny spokój.

Dwie czerwone wiewiórki, o długich, gęstych ogonach, zeszły z sosny, popiskując i chrobocząc pazurkami. Goniły się wokół pnia, w dół i w górę, oszalałe z radości. Panowało między nimi szczególne napięcie, jakby połączenie zabawy. seksu i figli. Naprawdę radowały się sobą. Ta na górze nagle się zatrzymała i spojrzała na drugą. która nadal biegła, a wtedy i ona zatrzymała się. Patrzyły na siebie, unosząc ogony w górę. kierując zmarszczone noski ku sobie. Ich bystre oczka śledziły siebie nawzajem i każde poruszenie wokół. Fuknęły na siedzącego pod drzewem obserwatora i natychmiast o nim zapomniały. Były zaabsorbowane sobą, niemal czuć było ogromną rozkosz, którą czerpią z bycia razem. Ich gniazdo zapewne znajdowało się gdzieś wysoko. Wreszcie wiewiórki zmęczyły się; jedna wdrapała się na górę, a druga pobiegła po ziemi i zniknęła za pniem innego drzewa.

Sójka, czujna i ciekawska, przyglądała się wiewiórkom i człowiekowi siedzącemu pod drzewem, wreszcie i ona odfrunęła, głośno krzycząc. Pojawiły się chmury. Zapewne za godzinę lub dwie miała nadejść burza.

Pracowała jako psychoanalityk w dużej klinice, miała stopień naukowy. Była młoda, modnie ubrana. Sprawiała wrażenie bardzo napiętej, widać było, że jest ogromnie zdenerwowana. Przy stole wciąż bez potrzeby coś mówiła, wypowiadając w kategorycznej formie swoje opinie, a chyba ani razu nie spojrzała na kwiaty, na podmuchy powietrza wśród liści i na wysoki, potężny dąb. Jadła co popadło, nie interesując się zbytnio stojącymi na stole potrawami. Siedząc wieczorem przy ognisku powiedziała:


My, psychoanalitycy, pomagamy chorym ludziom przystosować się do społeczeństwa, które staje się chore coraz bardziej. Czasem, choć bardzo rzadko, to się nam udaje. Ale faktycznie każdy sukces jest dziełem samej natury. Przebadałam wielu ludzi. Nie lubię tego co robię, ale muszę zarabiać na życie, a tylu ludzi jest chorych. Nie wierzę, że można im wiele pomóc, choć oczywiście wciąż sięgamy po nowe leki, metody i teorie. Ale, nie mówiąc już o chorych, ja sama usiłuję być inna niż zwykli, przeciętni ludzie.

A czy w samej tej walce o własną odmienność nie jest pani podobna do innych? I czemu ma ona służyć?

Jeśli nie będę walczyć, nie będę się starać, to stanę się zwykłą, drobnomieszczańską żoną. Chcę być inna i dlatego nie chcę wychodzić za mąż. Ale naprawdę jestem bardzo samotna i ta moja samotność właśnie skłoniła mnie do podjęcia takiej pracy.

Tak więc samotność wiedzie panią. krok za krokiem, do samobójstwa, prawda?

Kiwnęła głową; była bliska łez.

Czyż wszystkie poruszenia świadomości nie prowadzą do izolacji, do lęku i do tej nieustannej walki o własną inność? Wszystko to stanowi część owego dążenia do tego, by czegoś dokonać, by utożsamić się z czymś innym lub z tym, czym się jest. Większość psychoanalityków postępuje zgodnie z teoriami swych nauczycieli lub wpływowych szkół, modyfikując je jedynie lub dodając nowe akcenty.

Należę do nowej szkoły; obywamy się bez symboli i faktycznie stajemy twarzą w twarz z rzeczywistością. Odrzuciliśmy dawnych mistrzów i ich symbole, i widzimy człowieka takim. jakim jest. Ale to wszystko znów przeobraża się w nowego rodzaju szkołę, ja zaś nie przyszłam tu po to, aby omawiać te wszystkie typy szkół, teorii i mistrzów, ale raczej by pomówić o sobie. Nie wiem, co robić?

Czy nie jest pani równie chora jak pacjenci, których próbuje pani leczyć? Czy nie należy pani do społeczeństwa, które jest może jeszcze bardziej chore, które znajduje się w stanie jeszcze większego zamętu niż pani? A zatem chodzi o kwestię o wiele bardziej podstawową, prawda?
Jest pani wytworem ogromnej społecznej presji, kultury i religii społeczeństwa. w którym pani żyje i to ono panią kieruje, zarówno pod względem ekonomicznym, jak i duchowym. Musi pani albo pogodzić się ze społeczeństwem, czyli żyć w nim, akceptując jego choroby, albo całkowicie odrzucić je i znaleźć nowy sposób życia. Jednak niemożliwe jest odnalezienie nowego sposobu bez porzucenia starego.


Tym, czego pani faktycznie pragnie, jest bezpieczeństwo, prawda? Oto czego poszukuje myśl – być innym, sprytniejszym, bardziej bystrym i pomysłowym. Czyż w trakcie tego procesu nie próbuje pani znaleźć trwałego bezpieczeństwa? Ale czy coś takiego w ogóle istnieje? Nie można pogodzić bezpieczeństwa i ładu. Bezpieczeństwa nie sposób znaleźć we wzajemnych związkach, w wierze, w działaniach, a ponieważ go wciąż poszukujemy, wywołujemy chaos. Bezpieczeństwo rodzi nieład, a gdy stwierdzamy, że w nas on wciąż narasta, chcemy z tym wszystkim skończyć. W obszarze świadomości, w obrębie jej zewnętrznych i wewnętrznych granic, myśl nieustannie próbuje znaleźć bezpieczne miejsce. A zatem myśl stwarza chaos; ład nie jest wynikiem myślenia. Ład nastaje. gdy chaos niknie. Miłości nie ma w regionach dostępnych dla myśli. Tak jak piękna, miłości nie odda pędzel artysty. Musimy porzucić cały swój wewnętrzny chaos.

Umilkła, zamknęła się w sobie. Nie mogła powstrzymać łez, które płynęły jej po policzkach.”

Autor opowiadania : J.Krishnamurti

W kwiatach i w płomieniach

Dla Noemi

——————————————–

 

Reklamy

About Sznajder Marcin

Certain man chose several books in the library. He asked the librarian near their receipt how many time would take him reading all. The librarian burst out laughing and said that the gathering counted the thousands of books and the hundred of lives it was enough not on reading all. That man gave up the ones several who he chose, and said then. Some different way has to exist. Marcin - Stuntman and the consultant, the operator of under-water pictures and II the director of films. Graduate of The department Electronics Engineering college of Varsovian.

Posted on 10 grudnia 2011, in Uncategorized. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: