Monthly Archives: Styczeń 2012

Ona i Życie – Prolog

——————-

“W zderzeniu z niebezpieczeństwem poszerza się nasza świadomość. Odmienność fizycznych warunków podwodnej głębi zmusza nasze zmysły do intensywnej pracy. Nasze ciało i psychika, po niewielkim treningu, znakomicie radzą sobie pod wodą z nieważkością, odmiennością w widzeniu, dotykaniu i słyszeniu. Taka elastyczność – nas ludzi; czy to nie jest jeden z dowodów, że jesteśmy w głębi swego jestestwa kosmitami i podróżujemy po całym nieboskłonie odwiedzając to tu, to tam ciekawe planety? Może jest tak, jak twierdzą delfiny, że przybyliśmy razem z nimi na Ziemię z gwiazdozbioru Syriusza? Oddychanie sprężonym powietrzem, zmieniając parametry życiodajnej krwi, wywołuje niecodzienne stany umysłu. Z podświadomości, w głębinach wód, w kosmosie, w niezwykłych fizycznych i psychicznych warunkach, jak z worka Pandory, wynurzają się lęki, i wtedy przejmują władze nad nami przerażające senne straszydła. Po powrocie do domu uważajcie na swoje sny kochani.” – pół serio pół żartem powiedziałem na pożegnanie.
“Lubię przyglądać się burzy. Odwiozę ich i wrócę. Opiekuj się kotem!” – szepcze do mnie żona, kiedy całuję ją w policzek i odprowadzam do czekających w samochodzie uczestników nurkowego kursu.
Nad jeziorem i okolicznymi terenami zalegają ciemne, zwaliste, burzowe chmury. Zachodzi słońce. Robię kilka pożegnalnych zdjęć. Skończyło się szkolenie nurkowe. Macham ręką na pożegnanie. Zostaje sam na leśnej polanie. Schodząc po schodach do przystani zauważam pajęczynę rozwieszoną pomiędzy konarem sosny a wyschniętą gałęzią. Obchodzę drzewo kilka razy by znaleźć dobrą pozycję do wykonania zdjęcia. W kroplach deszczu, tkwiących w śmiercionośnej sieci, udaje mi się odnaleźć tęczowe odbicie zachodzącego słońca. Podczas krzątaniny wielki pająk zajmujący centralne miejsce w sieci zastyga w bezruchu.


“Na ofiarę czekasz? Czekasz na tylko sobie znane drgnięcie?” – mówię na glos lekko naciskając palcem delikatną sieć. Ustawiam kadr i robię zdjęcie. Wsiadam do pontonu. Już w strugach deszczu cumuje do burty jachtu. Szarość wieczoru przechodzi w ciemność nocy. Jachtem rzuca na fali. Wiatr wzmaga się. W kajucie wita mnie szary perski kot Peri. Mruczy i wtula się w moją szyję kiedy kładę się w koi. Obaj przeczuwamy zbliżającą się nawałnicę.
“Na rubieżach zanikają utarte drogi, a na krańcach poznania myślenie zawodzi.” – jak na ekranie komputera pojawia się napis w mojej wyobraźni.
Przenikam przez pomarańczowe źrenice szeroko otwartych kocich oczu i jestem w ezoterycznej sieci wiecznego życia – w Matrix.
“Czyżbym odnalazł bramę do spokojniejszego świata? Gdzie naprawdę jest mój dom, bo przecież nie na tym rozhuśtanym falami jeziorze? Duchu jeziora! Oświeć mnie. Odpowiedz, proszę, kim jestem i co tu robię. Chcę znać prawdę. Gubię się. ” – zasypiając, w świat snu, wysyłam pytania.
„Wdarłeś się oczami kota do świata snu. Kot ci wszystko wyjaśni po swojemu.” – słyszę szept.
Usypiając czuje ciepło kociego ciałka. Peri wtula się w moją szyję i tak do mnie cichutko mruczy:
„Posłuchaj człowieku o ludziach i ich lękach i bezsensownych działaniach w poszukiwaniu Prawdy.
Otóż, diabeł szedł ze swym przyjacielem ulicą. Ujrzeli przed sobą człowieka, który zatrzymał się, podniósł coś z ziemi, obejrzał i włożył do kieszeni. Przyjaciel zapytał: Cóż człowiek ten podniósł? Diabeł odparł: Podniósł odrobinę Prawdy. To chyba bardzo dla ciebie niekorzystne – rzekł przyjaciel. Ależ nie – odparł diabeł – pozwolę mu ją teraz zinstytucjonalizować.
Człowieku! Prawda jest krainą bez dróg i że nie można zbliżyć się do niej po żadnej drodze, nie zbliża do niej żadna religia, żadna sekta. Prawda, będąc nie ograniczoną, nie uwarunkowaną, nieosiągalną na jakiejkolwiek drodze, nie może zostać zinstytucjonalizowana. Tworzenie organizacji, która by wiodła, czy siłą prowadziła ludzi po pewnej drodze – jest skazane na niepowodzenie i wyrządza wielu ludziom krzywdę.

Kocie! Chce wierzyć tak jak wielu ludzi…
Człowieku! Puchu marny! Wierzysz, że w proch się obrócisz? Wierzysz w zbawienie zbawiciela? Wierzysz, że jesteś jedynie chwilowym kaprysem Stwórcy?

 Mój drogi! Wiara jest sprawą czysto osobistą. Jeśli się ją zinstytucjonalizuje to umiera ona i ulega stagnacji. Staje się wyznaniem, sektą, religią, którą narzuca się innym. Tak czynią wybrane , przez samych siebie a nie przez Stwórcę ,  grupy oświeconych zbawicieli na całym świecie. Zawężaja  oni prawdę i czynią z niej zabawkę dla ludzi słabych, dla tych, którzy są chwilowo niezadowoleni. Prawdy nie da się sprowadzić w dół, to raczej jednostka zdobyć się musi na wysiłek, by się do niej wznieść. Nie można sprowadzić szczytu góry w dolinę. Jeśli chce się zdobyć szczyt góry, trzeba przejść przez dolinę i wspiąć się na zbocza nie lękając się niebezpiecznych przepaści.
Wybacz człowieku! Prawdy nie można obniżyć. To przede wszystkim organizacje podtrzymują zainteresowanie ideami, ale organizacje te budzą jedynie zainteresowanie zewnętrzne. Zainteresowanie, które nie jest zrodzone z miłości do Prawdy dla niej samej, a jedynie wzbudzone przez organizację, jest bezwartościowe. Organizacja staje się szkieletem, do którego jej członkowie mogą się wygodnie dopasować. Oni nie pożądają już Prawdy, czy szczytu góry, ale raczej wyszukują sobie wygodne miejsce lub pozwalają, by umieściła ich tam organizacja i uważają, że organizacja ta będzie w ten sposób wiodła ich do Prawdy.

I najważniejsze!

To nie my znajdujemy Prawdę. To Prawda znajduje nas. Musimy się tylko przygotować. Czy można zaprosić gościa, którego się nie zna? Nie. Ale można wysprzątać dom tak, że kiedy ten przyjdzie, będziemy gotowi przyjąć go i poznać.
Gdy się jest cierpliwym dostrzega się Prawdę – przez chwilę gdy przemawia Głos. Ale owa chwila wystarcza, aby mieć pewność, że nie pochodziła ona z wiary, a z doświadczenia. Nie z doświadczenia innych, a własnego. To owa pewność podtrzymuje poszukiwania i rozwój.
Człowieku. Tam ci kilka rad. Przede wszystkim trzeba uspokoić umysł. Rozluźnić wszystkie mięśnie tak jak to my koty potrafimy. Tylko wtedy będziesz mógł słuchać Głosu, który jest w każdej stworzonej istocie. Nie można być niecierpliwym, gdyż intuicja, która otwiera świadomość, przychodzi rzadko. Może to być tylko kropla, ale kiedy się pojawia, jest jak ocean. Głos, który wtedy przemówi do ciebie, to głos wewnętrznego Człowieka, Człowieka Kosmicznego, głos Ja. Nazwać go można dowolnie Umiłowanym, jak czynią to sufiowie; kamieniem fi-lozoficznym, jak alchemicy; Bogiem, Buddą; nazwać go można On albo Ona. Ale ten Głos, istnieje. Jest Tym prawdziwym, ponieważ Ty i To nie jesteście osobno. Ty jesteś Tym. Jesteś w relacji ze Stwórca jak promień ze Słońcem.”

Krótki błysk światła i suchy wystrzał pioruna przywracają mi świadomość. Głęboko oddycham. Wyciągam kota spod koszuli. Wbił się pazurkami w moje ciało. Jego pomarańczowe oczy żarzą się. Słyszę łomot skrzydeł, wielki plusk, i pojękiwania podobne podniesionemu, wściekłemu, starczemu gderaniu. Wystawiam głowę z zejściówki mesy. Na zewnątrz panuje upiorna ciemność. Po oczach zacina deszcz. Twarz oblepiają mokre liście. Obrywam w głowę skrzydłem. W świetle błyskawicy spostrzegam ptaka, przypominającego kształtem dzioba sępa. Obok trzepoczą inne. “Harpie!” – błyska w głowie. “Zgadza się, to Hades!”- ironicznie chichocze Intelekt. Umysł uwikłany w senne wizje znajduje w końcu racjonalne wyjaśnienie. Na jacht zwaliła się wysoka, nachylona nad wodą brzoza z siedzącym na niej stadem kormoranów. Słyszę uderzenia o wodę skrzydeł startujących do lotu ptaków. Spycham drzewo za burtę. W błysku pioruna widzę nisko pędzące chmury. Dookoła pobłyskują białą pianą jeziorne grzywacze. Burza przetacza swe cielsko nad jeziorem. Jest groźna, ale i piękna. “Na zimne dmuchaj” a i “Licho nie śpi” – mówią ludowe przysłowia. Nie lękam się burzy  i bardzo się mylę. Myśląc o żonie, tęczy, domu, nie odczytałem ostrzeżenia, przegapiłem pajęczynowy sygnał. Przegapiłem go omamiony myślą o czekających mnie przyjemnościach nowożeńca. Straciłem jasność osądu, wolność wyboru, przestałem być kowalem swego losu, i niepomny przestrodze:
“Nie podlegaj gwiazdom, sam układaj je w szczęśliwe konstelacje” –
niebezpiecznie zbliżyłem się do nieznanych mi węzłów w sieci zdarzeń – w pajęczynie życia. Uderzenia fal o burtę jachtu nie dają mi zasnąć. Mam dość hałasów.
“Przed spotkaniem z małzonką przyda mi się chwila spokoju.” – myślę.
W kajucie odnajduję i zakładam na siebie suchy nurkowy skafander. Wciskam kota głęboko w koję i otulam wełnianym kocem. Na chwilę kładę się przy nim. A on zaczyna mruczando – pełną tajemnej mocy kołysankę, wymyśloną zapewne przez jego egipskich przodków i nieustannie tworzoną i poprawianą przez wszystkie koty świata. To mruczando jest kluczem do ezoterycznego świata. Potulnie przekręcam klucz i otwieram Bramę Wyobraźni.
Na pokładzie zakładam resztę nurkowego wyposażenia. Otwieram zawory butli, napełniam kamizelkę powietrzem, ustnik oddechowego automatu zaciskam w zębach, naciągam maskę na twarz, przytraczam podwodną lampę do przegubu ręki i skaczę do wody. Dopływam do pomarańczowej boi wskazującej miejsce zanurzonego pod nią podwodnego pomostu. Trzymając się boi, przez szkło maski i zacinający deszcz, ledwo dostrzegam zapalone światła w kabinie jachtu. Rozglądam się dookoła. To co widzę zapiera dech w piersiach. Tak mogłoby wyglądać piekło; Hades – szaleństwo natury, omamy narkotycznej wyobraźni. Żywioły zwarły się w śmiertelnym uścisku.
“Co na dole to na górze… Żarty?”
Na górze: czarne strzępy porozrywanych wichurą chmur gnają bezrozumnie ku zderzeniu i zagładzie. Na dole: chaotyczne, uderzenia porywistego wiatru wściekłe smagają wypiętrzone grzywacze.
“A w Niebie tak jak i na Ziemi… Żarty?”.
W Niebie: chmury pełne krwistej czerwieni i zimnego fioletu rozżarzane od wewnątrz przez przerażające fajerwerki splątanych z sobą błyskawic. A na Ziemi: grzywacze upiornie migoczące srebrem, wzbijane ku niebu porywami wiatru i splątane pasmami piany poskręcanymi w warkocze.
Mam dość tego widoku. Zapalam lampę. Wypuszczam unoszące mnie na powierzchni powietrze z kamizelki i zanurzam się. Nurkuje wzdłuż liny kotwiczącej boje. Po chwili opadam na podwodny pomost i siadam wygodnie w fotelu.

Ogarnia mnie cisza i spokój. Mam nadzieję, że jak zwykle, w Głębi, odnajdę odpoczynek, przeczekam atak burzy, uwolnię umysł od chaosu myśli, poczuje istotną samotność, odkryje i odnajdę siebie. W tym podwodnym Domu czuję się bezpieczny. Pomost zakotwiczony jest w toni, na piętnastu metrach głębokości. Umieszczony na nim jest stolik, cztery fotele oraz skrzynia do chowania przeróżnych przyborów do ćwiczeń. Otwieram wieko skrzyni i odnajduje pudełko z szachami. Rozstawiam pionki i figury i zaczynam grę.
Gdzieś nade mną gromowładną rapsodią straszy Monstrum z otchłani snu. A tu w głębinie, oddzielony kilkunasto metrową warstwą wody, odczuwam kosmiczną ciszę i błogi spokój. Wygaszam w sobie emocje. Odprężam ciało. Kładę zapaloną lampę na stole oświetlając szachowe figury. W półcieniu, w fotelu na wprost mnie, zasiada Jasna Postać – Intuicja. Gra w szachy to gra wyobraźni. Intelekt docieka, przewiduje, stawia hipotezy, weryfikuje je, wraca do źródeł, przegląda, sprawdza, modeluje, stymuluje, symuluje. A Intuicja zna prawdę – posiada dar bezpośredniego poznania. Trafne wybory dokonuje bez wahania.
Gramy. Jak obłoki płyną myśli: Czy warto z samym sobą grać? W świecie prawości, harmonii i jedności nie ma sensu ani wygrana, ani przegrana.

Co na to Intuicja?: To, czego faktycznie pragniesz, to bezpieczeństwa, prawda? Dlatego więc chcesz być innym, sprytniejszym, bardziej bystrym i pomysłowym. Dlaczego zależy ci właśnie na trwałym bezpieczeństwie? Czy coś takiego w ogóle istnieje? Otóż, bezpieczeństwa nie znajdziesz we wzajemnych związkach, w wierze, w działaniach , ale ponieważ go wciąż szukasz, tak jak inni – wywołujesz w świecie chaos. Uwierz! To myśli stwarzają chaos na Ziemi. Zauważ, że każda myśl dzieli! Ład nie jest wynikiem myślenia. Ład nastaje, gdy chaos zanika. To w ciszy rozkwita kwiat, to w ciszy słyszy się podszept Boga.

A Intelekt? Intelekt swoje dociekanie stawia wyżej od bezpośredniego poznania. Teraz z natarczywością godną mistrzów reklamy odpowiada: Wiem. Jest tak od zarania: “Najlepszy wygrywa a zwycięzca bierze wszystko.”- I nagle skoczkiem atakuje białą królową.
A co na to Intuicja: Prawo przyczynowości, tak jak prawo grawitacji, jest boskim prawem. Zasiałeś niepokój, zbierzesz gromy. Atakując czyjąś królowa narażasz na niebezpieczeństwo własną…. Kto pod kim dołki kopie ten sam w nie wpada, znasz to przysłowie?
Przed moim wewnętrznym wzrokiem wyświetla się krótki film:
Unoszę się ponad lasem. Zawisam nad skrzyżowaniem szosy z leśną drogą prowadzącą do bazy nurkowej. Deszcz przemienia się w ulewę. Przenoszę się do wnętrza samochodu którym wraca żona. Właśnie, wypatrując zjazdu w leśną drogę, przybliża głowę do przedniej szyby. Za ścianą deszczu migoczą światła. Przenoszę się do nadjeżdżającego z przeciwka ciężarowego samochodu. Na podłogę kabiny, z ręki kierowcy, wypada kaseta magnetofonowa. Kierowca nie patrząc na drogę schyla się i nieświadomie pokręca kierownicą. Na głowie ma czapkę z daszkiem i napisem: “KOCHAJCIE MNIE” . Dwa samochody, nieubłaganie, zbliżają się do siebie. Ciężarowy zjeżdża ze swego pasa…
“Ratuj ją! Ratuj!” – wrzeszczę nie wiadomo do kogo.
Przerażony kot jednym susem przeskakuje z koi na nawigacyjny stolik. Mój wzrok pada na umieszczony tam radiotelefon. Włączam go i krzyczę: “ Tu baza. Odezwij się!”
W głośniku – cisza. Przysiadam na stołku przy stoliku. Jestem w nurkowym skafandrze. Przespałem w nim całą noc. Z głupim wyrazem twarzy spoglądam na kota. Nastaje nowy dzień. Przez szybę okna wpadają promienie wschodzącego słońca układając się na wodzie w roziskrzoną gwiazdami konstelacje. Zdejmuję skafander, odsuwam klapę zejściówki i oddycham głęboko rześkim rannym powietrzem. Lekki powiew wiatru wpada do kabiny i przegania nocne, senne koszmary. Przymykam oczy i żarliwie modlę się:
“Boże! Jesteś Wszechmocny. Nie mam pojęcia co się stało, ale uratuj ją. Jest taka młoda i piękna. Wysyłam jej miłość, radość, szczęście i oddaje jej wszystko co we mnie najcenniejsze, najlepsze. Uratuj ją. Proszę”.

“Hej tam na jachcie! –  grzmi kobiecy głos.
Wyskakuje na pokład. Wsiadam do pontonu, uruchamiam silnik i ruszam pełnym gazem. Kobieta macha do mnie z pomostu. Kiedy jestem już blisko pomostu zauważam, że w dłoni kobieta  trzyma czapkę z daszkiem. Znam tę czapkę!- błyska mi myśl. “KOCHAJCIE MNIE”- ta sama co… u….
Ponton nagle hamuje. Kątem oka zauważam, że zderzył się z dryfującym drzewem. Wylatuję jak z procy w powietrze. Wpadam do wody. Uderzam głową o konar. Tracę przytomność. Znów ląduje  w jakimś dziwnym i nieznanym mi wewnętrznym świecie. Słyszę nieznośny chichot i docierają do mnie słowa – nie z tego świata:
“Jej Los wziąłeś w swoje ręce, ale w Ostateczności wszystko musi się zgadzać.”
Kim jesteś?– śle w ciemność pytanie.
“Niebawem się dowiesz. Szach i mat. Stawiam ci mata Królu” – naigrywa się głos.
Ogarnia mnie przerażająca Cisza, otacza bezdenna Ciemność, osacza bez nadziei Samotność. Ale jak zwykle w tym pełnym zagadek wewnętrznym świecie, to jeszcze nie koniec utrapień. Z Ciszy – wydobywają się słowa radosnej kołysanki. Z Ciemności – napływają tęczowych kolorów obrazy. Nie jestem już sam. Na kładce przerzuconej przez rzeczkę siedzi Wróżka w słomkowym kapeluszu i kwiecistej powiewnej sukni. Moczy nogi w bystrym strumieniu. Obok niej, na kładce, leżą sandały uplecione z rzemyków. Znam dobrze to miejsce. To rzeczka płynąca niedaleko jeziora. Do wartko płynącej wody opadają kolejne listki zrywane z brzozowej gałązki. “Kocha, lubi, szanuje. Nie chce, nie dba, żartuje.” – i pac! – palec Wróżki trafia we mnie.
– Ty jesteś Odys!
– Tak trochę, lubię podróżować – jąkam się zaskoczony.
– Twoją żoną będzie Penelopa!
– Mam już żonę – wyjaśniam.
– Mylisz się. Będziesz miał drugą!
– Ale, nie jestem pewien czy chce – zaczynam, ale ona przerywa.
– Bez żadnego ale.
Wraca mi świadomość. Czuje jak jakaś ręka brutalnie łapie mnie za włosy i ciągnie na powierzchnie . Patrzę w ciemną twarz kobiety ze snu. Mówi coś do mnie. Nie rozpoznaje słów. Wiem, że….

Ciąg dalszy nastąpi…

Ona i życie cz.4

Pod oknami domu rosły malwy. Wnętrze było przestronne i zalane strumieniami światła – padającego z dużych, otwartych okien. Meble jadalni były masywne – dębowe. Rzucał się w oczy ogromny stół nakryty białym obrusem i wielki oszklony kredens. Wszędzie w doniczkach rosły, a w wazonach stały, leśne kwiaty. Ale dominującym zapachem jadalni był zapach poziomek. Szklany dzban pełen poziomek stał na wysuniętym blacie kredensu.

Marze o takim deserze! O dużej misce poziomek z bitą śmietaną! – pomyślałem i poczułem wielki głód i pragnienie.

Obmyliśmy ręce i siedliśmy do stołu. Potrawy były proste i wybornie smakowały – biały ser, masło, miód, pomidory, ciemny chleb. Ale zaczęliśmy ucztę od jajecznicy usmażonej na cebulce i posypanej drobno pokrajanym szczypiorkiem. Jedliśmy z apetytem i w milczeniu – popijając delikatną nalewką z poziomek. Jeden tylko moment tego przyjęcia był dla mnie zaskakujący; piękność, która siedziała na wprost mnie, nagle, dotknęła mojej stopy swoją bosą stopą i patrząc zalotnie w moje oczy przesunęła stopę ku górze. Pomyślałem o poziomkowym deserze i uśmiechnąłem się do niej przyzwalająco.

Po śniadaniu siedliśmy przed domem w przewiewnej pergoli – w cieniu lisci winogron obrastających jej ściany i sufit . Starzec przyniósł ze sobą dzban nalewki. Gdy rozsiedliśmy się wygodnie w wiklinowych fotelach, piękność przyniosła nam w filiżankach aromatyczną kawę i w dzbanuszku śmietankę do niej. Dookoła pergoli rosły różowe firletki.

Jeżeli staniesz się ekspertem znającym się na firletkach, zrozumiesz świat – powiedział starzec – widocznie zauważajac, że piękno pola firletek zrobiło na mnie duże wrażenie.

Jeżeli oddajesz się temu, co robisz, z poświęceniem i miłością, i godzinami skupiasz się niezależnie od tego nad czym, w końcu zrozumiesz świat – kontynułował zapalając fajkę –  Możesz zobaczyć świat w ziarnku piasku, a wieczność w mgnieniu oka. Możesz też ujrzeć koniec naszej cywilizacji jesli bardzo się postarasz. Opowiem panu moją wizję.

Córka starca przyniosła poduszkę i ułożyła ją pod jego plecami. Siadła obok mnie na fotelu i położyła rekę tak, ze dotykała mojej. I znów z wielkim pragnieniem, wręcz żądzą, pomyślałem o misce pelnej poziomek i bitej śmietany.

Starzec wypuscił z ust kilka kółek dymu i zaczął opowieść.

Kazda cywilizacja musi upaść i rozpłynąć się w nicość jak te fajkowe kółka na wietrze. Wszystko według boskiego prawa musi umrzeć by zacząć życie od nowa. Opowiem panu historię Mistrza Noego a to dlatego, ze pewne przyzwyczajenie łączy mnie z nim – tak uparcie twierdzi moja córka. Starzec mówiąc to zaśmiał się i nalał mi nalewkę do szklanki – do pełna. Sam pociągnął  tęgi łyk prosto z dzbanka

 Otóż, Noe mieszkał samotnie  na maleńkiej wysepce, która była ostoją dzikiej zwierzyny. Pieczołowicie jej doglądał, znał bowiem wszystkie stworzenia i rośliny. Obdarzony wielką mocą magiczną, obeznany był z wszelkimi niemal formami życia, albowiem przeniknął tajemny język przyrody i przestrzegał jej zasad.
Choć nie tęsknił za ludzkim towarzystwem, pozwolił trzem swoim synom wraz z żonami osiedlić się po przeciwnej stronie wyspy, ale rzadko u nich bywał. Pogodzili się oni z jego samotniczym trybem życia i darzyli go za to wielką czcią, a jego wizyty zawsze sprawiały im ogromną przyjemność.

Żona Noego była czarodziejskim widziadłem, kobietą-duchem, i dawno już odeszła do innych światów, a on został sam. Za dnia zajmował się licznymi podopiecznymi, noce zaś spędzał w małej chatce oddając się starożytnej sztuce czarowania i prorokowania przez sen.
Noe żywił szczególną słabość do sfermentowanego soku winogron i co wieczór wychylał szklanicę wieszczego napoju, po czym rozsiadał się wygodnie, by oglądać wizje, jakie podsuwało mu jego wewnętrzne oko.

Pewnego razu, kiedy ułożył się wygodnie na poduszkach i pociągnął zdrowy łyk nektaru, ukazało mu się zjawa i poleciła mu czym prędzej pobudować arkę, zgromadzić po jednej parze wszelkiego stworzenia, żyjącego na lądzie i w przestworzach, i zabrać też ze sobą trzech swoich synów wraz z żonami. Czekała ich długa podróż po wodach, albowiem wkrótce zmyta zostanie z powierzchni ziemi cała jej przeszłość; pełna wojen, nienawisci , rozpaczy i cierpień. Otrzeźwiały nagle Noe nie miał innego wyboru, jak postąpić tak, jak mu nakazano.

W czasie kiedy starzec opowiadal o poczatkach biblijnego Potopu, z trudem  powstrzymywałem ziewnięcia i opadanie powiek. Działała widocznie poziomkowa nalewka.

 Nagle, zaszło słońce i zrobilo się ciemniej. Niebo zaciągnęlo się burzowymi chmurami. Gdzieś za lasem zagrzmialo. Zerwal się silny wiatr i gdy spadły pierwsze krople deszczu przenieśliśmy się do wnętrza domu.

Starzec ziewnął potężnie i przeprosił nas mówiąc, że skończy opowieść przy następnym spotkaniu ale teraz musi odpocząć po nocnej pracy w lesie. Podziękowałem mu z całego serca za gościnę i zapytałem, czy  pozwoli odwiedzić jeszcze raz jego dom w najblizszym czasie. Zgodził się na to z wielką radością i siegnął po dzban z nalewką. Teraz dopiero zauważyłem ze zdziwieniem, że dzban jest znów pełen. Starzec nalal mi pełną szklankę trunku mówiąć:

 Dawno nie rozmawiałem z kimś tak miłym, z kimś kto umie tak cierpliwie słuchać.

Gdy wypiliśmy i starzec odszedł, piękność uśmiechnęła się do mnie:

Przyjechałam tu wczoraj z Paryża, po wielu latach nieobecności. Tata zdziwaczał po odejściu mojej mamy i trudno było z nim wytrzymać. Długie lata topił smutki popijając nalewki. Teraz jest uznanym w okolicy jasnowidzem i uzdrowicielem. Wiele lat żył tu jako pustelnik. Kiedy nadużyje swojego ulubionego trunku, nalewki z winogron, poziomek i z róznych innych owoców.  Wydaje mu się, ze jest potomkiem Noego. Czeka na znak z nieba o mającym nastąpić kataklizmie. Często wieczorami wychodzi do lasu i wraca dopiero rano. Zwołuje tam oswojone przez siebie zwierzęta i ptaki. Rrozmawia z nimi ich językiem. Zbudował  sterowiec w kształcie arki i trzyma go w stodole – na wypadek powtórki Potopu…

Nie dziwię się – przerwałem jej wybuchajac smiechem – Wszystko co było lubi się powtarzać, chociaż w zmienionej formie. Czy jesteśmy na wyspie?  Przechodziliśmy przez mostek…

Ależ tak.  Dom otaczają  dwa jeziora, rzeczka i sztuczny kanał. Miejsce to nazwano Swobodą.

Swobodą? – powtórzyłem nazwę i chciałem coś mądrego dodać o wolności i mądrości ale nagle domem zatrząsł potężny podmuch wiatru a szyby zadźwięczały od uderzeń strumieni gradu.

Dobrze, że pan tu jest. Boję się burzy. Burze są takie nieobliczalne. Pójdę pozmywać po śniadaniu. Proszę, niech pan zostanie aż skończy się zawierucha – powiedziała piękność podchodząc do mnie blisko i zarzucając ręce na moje ramiona. Poczułem intensywny zapach poziomek i zawładnęła mną żądza ich zdobycia. Zerknąłem przez ramie kobiety w stronę kredensu. Dzbanek z poziomkami zniknął.

Kiedy piękność odeszła, przysiadłem na skórzanej kozetce – w alkowie. Było tu przytulnie, kolorowo i pachniało wszelkimi odmianami kwiatów wyrastających z dużych donic ustawionych pod ścianami. Zza jednej z nich dobiegało regularne pochrapywanie starca, a z jadalni – stłumione odgłosy burzy. Ułożyłem się wygodnie i natychmiast zapadłem w głęboki sen.

Śnił mi się Wielki Kataklizm na planecie Ziemia:

Zobaczyłem jak niszczycielskie huragany, tornada, wichury i nawałnice sunęły razem ławą. Widok tych ciemnych, rozszalałych mocy przyrody był przerażający. Posępnie wyjąca ściana wody przetaczała się wraz z huraganami przez wszystkie kraje świata. Wzburzona uderzeniami wichrów i zatapiająca wszystko po swojej drodze powódź, nie dosięgała tylko tych szczytów, które tajemnymi siłami planety wypychane w górę były szybciej niż podnosił się poziom wody. Ale i te szczyty atakowały wściekle gigantyczne fale.

Podczas snu usłyszałem głos przepowiedni :

Pozostaną tylko te istoty, które maja czyste serca i żyją w harmonii z boskimi prawami. Będą przez czterdzieści dni i nocy mieszkać na nie zatopionych szczytach. Potem woda opadnie i odsłoni Raj na Ziemi.

Po chwili, gdy tubalny głos zamilkł razem z odgłosami straszliwego kataklizmu, usłyszałem miauczenie kota:

Mój drogi Marcinie. Przyczyną tego Kataklizmu nie będzie gniew Boga. On przecież jest Miłością. Spowoduje go, jak to często bywało ze światowymi wojnami, globalna ludzka niegodziwość.

Poczułem szarpnięcie za ramię.

Kocie! No tego już za dużo! – wyszeptałem i próbowałem bezskutecznie otworzyc oczy.  Usłyszałem jak przez mgłę:

Odebrał pan w śnie mój przekaz o katakliźmie, prawda? Ten rudy kot, który objawiał się od wielu dni w pana snach jest na moich usługach. Miał pana tu do mnie przyprowadzić. Opierał się pan więc wysłałem po pana moją piękną córkę. Jest pan bardzo dobrym medium. Mamy duzo do nadrobienia. Kiedy doliczę do trzech obudzi się pan i nie będzie pamiętał to co przed chwilą pan usłyszał …

Ciąg dalszy nastąpi..

Ona i życie cz.3

Gdy z zachwytem patrzyłem na piękną kobietę zbierającą poziomki, usłyszałem za sobą kroki, i wibrującym, tubalnym ale i radosnym głosem wypowiedziane przywitanie:

Witam! Witam! Piękną córeczkę! I witam pana – wędrowcze.

Poczułem mocne klepnięcie po plecach i gdy obróciłem się stanąłem twarz w twarz z roześmianym, potężnym starcem – z siwą brodą i krzaczastymi siwymi brwiami, wesołymi niebieskimi oczami, w kapelusiku z piórkiem na głowie, z przewieszoną skórzaną torbą przez jedno ramię, a przez drugie flintą.


A cóż to pana sprowadziło w tę ostoję leśną? – zapytał ze śmiechem starzec i dłonią wielką jak bochen chleba, uścisnął moją rękę, instynktownie wyciągniętą w obronnym geście – tak silnie, że aż przykucnąłem.
Gdy starzec dowiedział się, że fotografuje przyrodę i przed chwilą zepsuł mi się samochód, uśmiechnął się i powiedział zwracając się do córki:

Sama widzisz kochanie! Nic nie zdarza się przypadkiem. To takie zadziwiające i zastanawiające, kiedy to trzy osoby spotykają się nieoczekiwanie o świcie w lesie. Biegnij, kochanie do domu i przygotuj śniadanie. A my tymczasem wolniutko przespacerujemy się i porozmawiamy.

Gdy poziomkowa piękność znikła za zakrętem dróżki, leśniczy objął mnie ramieniem i zapytał:
Źle się tam pan czuł… tak jak kiedyś i ja. Porzucił pan miasto, prawda?

Ma pan racje. Jakiś czas pracowałem naukowo. Czułem zamęt; a choć nie jestem już młody, ogarnęło mnie zniechęcenie. Widziałem wokół siebie własne pokolenie, ludzi zdesperowanych, zgorzkniałych, wdziałem okrucieństwo, hipokryzję, kompromisy, asekuranctwo. To pokolenie niczego nie ma do zaoferowania i niczego od nich nie chcę. Zapragnąłem żyć życiem bogatym, pełnym treści. Z pewnością nic chcę pracować w biurze i utrzymywać zdobytą pozycję, wiodąc tą bezkształtną, bezsensowną egzystencję. Czasem płaczę nad samotnością i pięknem odległych gwiazd.

Przysiedliśmy na konarze zwalonego drzewa. Zapachniało żywicą. Czas jakiś siedzieliśmy w ciszy, a powiew wiatru poruszał sosnami. Po rannej mgle nie pozostało śladu.

Poszukujesz więc prawdy? Chcesz żyć pełnią życia? Drogi chłopcze. Lot skowronka i orła nie pozostawia śladów; naukowiec, podobnie jak każdy specjalista, ślad pozostawia. Można iść za naukowcem krok za krokiem i dodać kolejne kroki do tego, co on odkrył i zgromadzili. Wiadomo, lepiej lub gorzej, dokąd to wszystko prowadzi. Ale prawda to coś zupełnie innego; ona rzeczywiście jest krainą bez dróg; być może leży na następnym zakręcie tej ścieżki, a może tysiące kilometrów stąd. Musisz iść nieprzerwanie, a wówczas znajdziesz ją tuż obok. Jeśli jednak zatrzymasz się, by wytyczyć drogę dla siebie lub innych lub po to, by zaplanować tą własną drogę życia, to prawda nigdy się do ciebie nie zbliży.

Więc co w życiu jest warte zachodu? Więc w co uwierzyć?

Uwierzyć? Jeśli przyniesiesz do domu patyk, położysz go na półce i będziesz co dzień kładł przed nim kwiat, to po paru dniach nabierze on dla ciebie ogromnego znaczenia. Tak tworzy się wiara a z niej miedzy innymi religia. Umysł może nadać sens wszystkiemu, ale sens, jaki on nadaje, jest sensu pozbawiony.

Więc żyć nie określając celu, żyć bez celu?

Mój drogi, pytanie o cel życia jest niczym oddawanie czci patykowi.

Tragedia polega na tym, że umysł wciąż wymyśla nowe cele, nowe sensy, nowe radości i ciągle je niszczy. Nigdy się nie uspokaja. Ale umysł, który ma w sobie bogactwo ciszy, nigdy nie szuka czegoś poza tym, co jest.

Więc co można uczynić by choć trochę mieć radości z życia?

Trzeba być jednocześnie orłem i naukowcem, wiedząc, że jeden z drugim nigdy się nie spotkają. To nie znaczy, że żyją w różnych światach. Obaj są niezbędni. Ale gdy naukowiec chce stać się orłem, a orzeł pozostawia odciski pazurów, świat pogrąża się w niedoli. Zachowuj zawsze swą czystość i związaną z nią bezbronność. To jest jedyny skarb, który człowiek mieć może i musi.

Bezbronność? Czy jest to jedyny bezcenny klejnot, który można znaleźć?

Nie ma bezbronności bez czystości. Choćbyś miał tysiące doznań, tysiące razy się uśmiechał i wylał tysiące łez, to jakże umysł może być czysty, jeśli nie umrzesz i tego wszystkiego się nie wyzbędziesz? Tylko czysty umysł pomimo tysięcy swych doznań – może ujrzeć prawdę.
A jedynie prawda czyni umysł bezbronnym, czyli wolnym.

Powiada pan, że nie można ujrzeć prawdy, nic będąc czystym, a nie można być czystym, nie ujrzawszy prawdy. Czy to nie jest błędne koło?

Czystość może zaistnieć tylko wtedy, gdy umiera dzień wczorajszy. Ale my nigdy nie umieramy, nie wyzbywamy się przeszłości. Zawsze pozostaje nam jakaś resztka, strzęp dnia wczorajszego. Właśnie to sprawia, że umysł pozostaje więzieniem czasu. A zatem czas jest wrogiem czystości. Człowiek musi każdego dnia umierać, wyzbywać się wszystkiego, co umysł pochwycił i czego się trzyma. W przeciwnym razie nie ma wolności. Gdy istnieje wolność, istnieje bezbronność. One nie następują po sobie — to wszystko stanowi jeden ruch, zarówno pojawianie się, jak i przemijanie.
Naprawdę czysta jest pełnia serca.

Zamyśliłem się. Leśniczy wstał:
Chodźmy. Śniadanie już pewnie na nas czeka i czeka moja córka, którą pan spotkał. Założę się, że nie przypadkowo – powiedział zerkając na mnie i uśmiechając się porozumiewawczo. Po chwili zapytał:

Wierzy pan w miłość od pierwszego spojrzenia?

Nie odpowiedziałem. Poczułem jak Poziomkowa Piękność wypełnia moje serce. Czy aby to moje serce jest czyste? – pomyślałem

Szliśmy jakiś czas w milczeniu wsłuchując się  w odgłosy lasu. Po chwili marszu usłyszałem szum spadającej wody. Weszliśmy na mostek będący równocześnie jazem dla rzeczki wypływającej z niewielkiego jeziorka. Za mostkiem, na niewielkim wzniesieniu, stał drewniany dom. Zapachniało pieczonym chlebem – poczułem głód . Ten zwyczajny i ten uczuciowy – miłości.

Ciąg dalszy nastąpi…

Ona i życie cz.2

Świat mi zawirował przed oczami. Las połączył się z mgłą , poziomki z piękną kobietą, którą tak często widziałem w śnie. Wszystko to zawirowało -początkowo powoli, a potem coraz szybciej, zlewając się w jakiś tęczowy lej, który pochłonął mnie i wrzucił w ciemną błogość.

Usłyszałem znane mi miauczenie: „Ostrzegam cię  Marcinie. Jeśli pójdziesz dalej w las za swoją wyśnioną panią możesz narobić wielkiego bigosu w świecie w którym jesteś.”

„Kocie! Spadaj! Marzyłem o niej więc chce to przeżyć co wyśniłem i to do końca” – odpowiadam i nie otwieram przezornie oczu. Nie chce widzieć tych kocich, pomarańczowych, drwiących oczu, które ciągle mnie zniewalają i które nawet nie wiem do kogo tak naprawdę należą.
Ale kot nie zechciał  ustąpić.  Oto co zapamiętałem z jego miałkliwych wywodów:

Jest dosyć łatwo wejść świadomie w swój sen i kreować go według swojego uznania. Czy można w ten sposób wpływać na własne życie na jawie?
Niestety, kochamy mózgiem, nie sercem. Intelekt może się zmieniać i dopasowywać, ale nie miłość. Intelekt może stać się nieprzystępny i niewrażliwy na cierpienie, ale miłość tego nie zdoła; intelekt potrafił zawsze wycofać się i zabezpieczyć; może być wyłączny, zaborczy, osobisty, lub bez osobisty. A miłości nie można do niczego przystosować, nie da się jej zamknąć w żadne opłotki i niczym zabezpieczyć. Smutek naszego życia polega na tym że nazywamy miłością to, co właściwie należy do intelektu. Przepełniamy serce tym, co pochodzi z dziedziny myśli więc serca nasze są wciąż puste i głodne.

To intelekt rodzi zaborczość i zazdrość, to on chwyta, trzyma, zagarnia, i on też niszczy i pustoszy. Życiem naszym rządzą intelekt i nerwy. Pragniemy wciąż aby nas kochano; a nie znamy miłości która niczego nie żąda; dajemy tylko po to, aby coś w zamian otrzymać, a to jest hojnością typowo intelektualną, nic z sercem nie mającą wspólnego. Myśl wciąż szuka pewności i zabezpieczenia się, a czyż można upewnić się myślą w miłości? Czy może intelekt, którego podłożem jest pamięć, jest czas, pochwycić miłość która jest sama w sobie wiecznością?

Myśl, z całą swą emocjonalną zawartością, to nie miłość. Myśl nieodmiennie miłości zaprzecza, gdyż podstawą jej jest pamięć, a miłość nie ma nic z pamięcią wspólnego. Gdy myślimy o kimś kochanym, owa myśl nie jest miłością. Możemy sobie przypominać przyzwyczajenia, ruchy, sposób bycia, upodobania czy antypatie przyjaciela, i myśleć o miłych lub smutnych chwilach czy zdarzeniach w naszym wzajemnym stosunku, ale obrazy, które nam pamięć podsuwa, to nie miłość. Myśl z samej swej natury zawsze dzieli i wyodrębnia. Poczucie czasu i przestrzeni, rozłąki i bólu rodzę się wszystkie z myślowego procesu, a miłość może istnieć tylko tam, gdzie len proces ustaje.

Rozwijanie, wyrabianie czegoś nie jest nigdy twórcze. Odnowienie twórcze dokonuje się samo, gdy nie ma z naszej strony żadnego wysiłku, gdy dobrowolnie odrzucamy wszelki impuls do gromadzenia, zdobywania i spichlerzowania doświadczeń, jako środków do zbierania coraz to nowych i wspinania się coraz wyżej. Właśnie ten zaborczy i samoobrony impuls stwarza rozpiętość czasu i uniemożliwia twórcze odnowienie.

Świadomość taka jaka znamy, działa zawsze w czasie, notuje i gromadzi doświadczenia na różnych swych poziomach; i wszystko, co się w tej świadomości odbywa jest jej własną projekcją, posiada właściwe sobie cechy i jest całkiem wymierne. Podczas snu ta świadomość albo zostaje zasilona, albo też zachodzi coś zgoła innego.

U większości z nas sen wzmacnia nasze dotychczasowe przeżycia, jest także procesem notowania i gromadzenia, w ciągu którego dokonuje się ekspansja, ale nie odnowienie. Rozszerzanie swego „ja” – proces ekspansji – daje nam uczucie podniosłego podniecenia, zachwytu własnym osiągnięciem, jest dokonaniem – jak się nam zdaje – czegoś wielkiego, ale to wszystko nie jest bynajmniej twórczym odnowieniem. Cały ten proces stawania się i zdobywania musi skończyć się, ale nie po to, by nam ułatwić nowe doświadczenia; musi po prostu samorzutnie się skończyć.

Nieraz podczas snu, a niekiedy i za dnia, gdy troska o własne stawanie się całkowicie znika, gdy skutki jakiejś przyczyny przestają działać, rodzi się to, co jest poza czasem, poza obrębem wymiernej przyczynowości.

Dlatego uważaj Marcinie. Kobieta, którą wymarzyłeś a teraz spotkałes, nie jest dziełem Stwórcy. Zmaterializowałeś ją uparcie o niej myśląc. Ale twoje myślenie może okazać się powierzchowne. Stworzyłeś jej ponętną postać zewnętrzną. Ale powiedz mi szczerze: Co wiesz o jej uczuciach – o jej wnętrzu?

Gdy kot skończył, otworzyłem oczy. Pod drzewem, zerkając na mnie z rozbawieniem, wyśniona piękność zbierała poziomki i wkładała je do szklanego dzbanka. Gdy dzbanek zapełnił się poziomkami – podeszła do mnie, przytuliła się, pocałowała w policzek i szepnęła:

„Podążaj za mną bez obaw nie pożałujesz. Nie słuchaj tego napuszonego madrością kota”

Oniemiałem. Wtuliła się we mnie bez żenady. Całe jej ciało pachniało  poziomkami.

Ciąg dalszy nastąpi…

W ODSŁONACH – POZIOMKOWA PIĘKNOŚĆ – Ona i życie cz.1

Prolog

„Sądzę, że jeśli chcemy poznać, jak wygląda mapa naszych wyższych poziomów, musimy sami skontaktować się z tymi wielowymiarowymi płaszczyznami w nocnych podróżach naszych snów i rozpoznać swój własny, niepowtarzalny język snów i nauczyć się je interpretować. Ja od dziecka miewam niezwykle sny, takie doświadczenia z pogranicza jawy i snu. Natomiast Zygmunt Freud uważał, że sny wykorzystują symbole, które nie budzą niepokoju — pozwalają one nieuświadomionym uczuciom wyłonić się pod inną postacią. Alfred Adler sądził, że sny odzwierciedlają pragnienie władzy przez jednostkę. Według Carla Junga, źródłem snów jest nieświadomość indywidualna oraz nieświadomość zbiorowa (kolektywna). Fritz Perls twierdził, że wszystko w naszych snach jest projekcją nas samych. W jednym ze źródeł Jung pisał: „To prawda, że istnieją sny, które są odzwierciedleniem wypartych pragnień i obaw, jednakże czy jest coś poza tym, czego sen nie może przy tej okazji odzwierciedlać? Sny mogą być wyrazem nieuchronnych [nieuniknionych] prawd, filozoficznych teorii, iluzji, dzikich fantazji…, oczekiwań, irracjonalnych doświadczeń, nawet telepatycznych wizji i kto wie, czego jeszcze”. Wskazują również drogę do samo-urzeczywistnienia.

(inspiracja – komentarz Alicji z Górskiej Krainy Czarów)

——————-

„Weż to serce , wyjdz na drogę i nie pytaj się dlaczego”

ONA I ŻYCIE

cz. 1

Późnym wieczorem, gdy już układałem się do snu, zapukała do mnie wróżka z Augustowa. Powiedziała, ze przeprasza, że jest lekko wstawiona i bardzo wesoła, ze opuściła towarzystwo, że musiała przyjść bo to co jutro rano ma mi się przydarzyć objawiło jej się nagle i będzie dla mnie ważne.

„Jutro o świcie spotka cię to o czym marzysz” – powiedziała, ucałowała mnie w czółko na dobranoc i zaprosiła na śniadanie o dziewiątej.

„Musisz mi po tym spotkaniu z nią  i o niej  koniecznie opowiedzieć” – dodała tajemniczo.

O czwartej rano byłem już na nogach. Zaparzyłem kawę, tak jak lubie – pod przykryciem i na blasze, przegryzłem garstką pestek słonecznikowych, zabrałem aparat fotograficzny i wsiadłem do samochodu. Dookoła panowała mgła

.

Postanowiłem objechać dookoła jezioro. Oczywiście w duchu śmiałem się z przepowiedni wróżki – bo ta „mała była wstawiona” – zaśpiewałem, uchyliłem okno i pstryknąłem pierwsze zdjęcie nie wychodząc z samochodu.

Tafla jezioro była ledwo widoczna.

Za Przewięzią skręciłem na Płaską i po kilkuset metrach w prawo w leśna dróżkę.

 Słońce wschodziło i mgła ustępowała. Promienie przepędzały mrok.

Stawałem co chwila i pstrykałem zdjęcia. W jakimś momencie zauważyłem krzak róż rosnący przy skrzyżowaniu dróg.

Odebrałem to jako znak i skręciłem w zupełnie mi nie znaną dróżkę.
„Hi wróżko. Sprawdzam cię – więc czym mnie dziś zaskoczysz? – pomyślałemł

Gdy przejechałem dróżką kilkaset metrów nagle zgasł silnik w samochodzie i nie chciał zapalić.

Zapadłem w krótką drzemkę:

Zrezygnowany, postanowiłem pójść dalej na piechotę. Po kilkunastu metrach zauważyłem dziwnie rozjaśniony konar sosny i pod nią leżącą postać. Kobieta: w strumieniu światła, w powiewnej sukience, leżała wśród krzaczków poziomek – spała.

Gdy podszedłem do niej; otworzyła oczy, usiadła opierając się o konar i powiedziała wpatrując się we mnie z rozbawieniem.

„Czekam tu na ciebie i czekam. Nie spieszyłeś się. Oj nie ładnie, nie ładnie” . Stanąłem jak wryty i zaniemówiłem. Ona była z moich snów.


Ciąg dalszy nastąpi

PARADYGMAT

Aby osiągnąć zaspokojenie we wszystkim, pragnij posiąść zaspokojenie w niczym.
Aby posiąść wszystko, pragnij nic nie posiadać.
Aby stać się wszystkim, pragnij być niczym.

Nasze Królestwo, nasz Prawdziwy Dom, gdzie przebywamy w szczęśliwości, mądrości i radości to Niebo. Na Ziemię, na piękną ale trudna do egzystencji planetę, wpadamy tylko na chwilę i tylko po to by sprawdzić na ile jesteśmy doskonali. Wyobraźmy sobie, że pobyt na Ziemi to pobyt w Szkole Stwórcy. W szkole idealnie pomyślanej bo mającej sprawiedliwe i uczciwe reguły przechodzenia z klasy do klasy. Kto nas uczy i promuje? My sami. W innych istotach możemy się przeglądać jak w lustrze. Kto nas osądza i nagradza? My sami. Jesteśmy kowalami swego losu – co zasiejemy to zbierzemy. Jaki jest najdoskonalszy sposób na życie w tej szkole i główny powód przybycia do niej z własnej woli? Rozwój osobisty – przez pomaganie sobie i innym. Jaka jest prosta reguła rozwoju? To co ci się nie podoba w innych – nosisz w sobie. Zmień na Ziemi to co nie godne będzie w Niebie – pozbądź się kiepskich uczuć i głupawych myśli. Zapytaj się kim jesteś i znajdz odpowiedz. Nie jesteś tylko ciałem bo przecież co chwila ono się zmienia. Nie jesteś zbiorem uczuć ani myśli bo możesz sam je zmieniać. Kto jest tym, który to wszystko czyni w tobie? Odpowiedz sobie. Jesteś monadą boską, połączoną tak ze Stwórcą jak promień ze Słońcem.

Jaki ma sens zbieranie dóbr materialnych ponad własne potrzeby? Jaki ma sens sława władcy, wojownika, bogacza? Podręczniki historii, czasopisma, książki, filmy, TV aż roją się od nazwisk tych wojujacych nieszczęśników – tyranów, którzy zapragnęli coś po sobie zostawić na Ziemi. Wyryć swoje nazwisko w kartach historii, wcisnąć rękę w zastygający beton. Ale co próbowali zabrać do swego prawdziwego Domu? Zazdrość, niechęć, niezrozumienie innych, niezrozumienie siebie?
Bogactwo, sława, władza? Ktokolwiek o zdrowych zmysłach i w cokolwiek by nie wierzył, w Boga, Absolut, Ewolucje, Nieodgadnione musi dojść w końcu do wniosku, że wszystkie materialne rzeczy, krzywdzące innych i siebie uczucia, chaotyczne i kiepskie myśli, złe przeczucia nie mają żadnego sensu w świecie do którego każdy chciałby trafić – w świecie o którym każdy z nas po cichu marzy.

Co na górze to na dole – to co w Niebie może być na Ziemi – ma taką szansę. Uczucia i myśli – na Ziemi kiepskie – przemieniają się w Niebie w autyzm! Istoty, które nie zadbają tu na Ziemi o swój rozwój ukierunkowany na zdrowie, miłość i mądrość trafiają do Nieba jako autystyczne istotki – pod opiekę innych – oświeconych duszyczek.

Wybacz ten wątek o Atlantydach. Może  Twój Problem do nich należy?

Cywilizacja Atlantydów upadla, bo ich wielka władza zignorowała odpowiedzialność. Atlantydzi nie myśleli, posługiwali się za to znakomitą pamięcią. Ten był mędrcem, który długo żył, dużo doświadczał więc wiele sytuacji zapamiętał i wiedział jak w konkretnej sytuacji działać skutecznie. Atlantydzi nie przewidywali co może się zdarzyć. Podejmowali tylko sprawdzone rozwiązania – to ich zgubiło. Człowiek nie myślący, o ograniczonej tylko do pamięci świadomości, wybiera jedynie rozwiązania dające PRZYJEMNOŚĆ i ZYSK OSOBISTY. Do zguby doprowadziły Atlantydów żądze władzy, sławy, bogactwa, obżarstwa, seksu, używek. Nie myśląć, nie przewidując niebezpieczeństw przy preferowaniu w życiu żądz człowiek marnieje. Pogardzono boską mądrością o dyscyplinie, pokorze, umiarze. No cóż, zdrowy rozsądek i myślenie nie były dostępne dla Atlantydów. Boskie Prawo przyczyn i skutków dopełniło zagłady. Zatrzęsła się ziemia. Kontynent zapadł się w otchłani oceanu Atlantyckiego – w żarze lawy wybuchających wulkanów.

Stwórco wybacz Obecnym Atlantydom – tym z polityki, z mediów, z banków, z urzędów bo nie wiedzą co czynią. Deklarują zmianę świata „szarych” ludzi na lepszy równocześnie dbając z nienasyconą żądzą o swój mały, egoistyczny świat – o dobrobyt ponad miarę, o władzę absolutną. Oszukują sami siebie. Zmiany muszą zaczynać się od wewnątrz, od siebie. Tak głoszą ciągle i niestrudzenie wszyscy mędrcy świata tego widzialnego i niewidzialnego. Zmień się sam a świat stanie się piękniejszy. Nie czekaj. Oświetl swoim duchem swoje ciało a będzie zdrowsze. Oświetl nim rodzinę a uzyskasz harmonie. Świeć dalej niezmordowanie a oświetlisz naród i będzie spokój. Nie ustawaj dzień po dniu a oświetlisz Ziemię i zapanuje Pokój.

„Młodzi ludzie myślą, że jeśli ktoś podniesie kamień i rzuci nim, a on trafi lub chybi celu, to ów czyn na tym się kończy. Ale tak nie jest, czy to rozumiesz? Gdy kamień zostanie podniesiony, ziemia stanie się lżejsza, a ręka, która go unosi cięższa. Kiedy się go rzuci, jego ruch wpłynie na obroty gwiazd, a tam gdzie uderzy i spadnie, zmieni się wszechświat. Od każdego czynu zależy równowaga całości. Wiatry i morza, wszystkie przejawy działania sił wody, ziemi, światła, wszystko to co czynią zwierzęta i rośliny, jest słuszne i właściwe. Wszystkie te czyny stanowią część równowagi. Od huraganów, przez głosy wielkich wielorybów pluskających w morzu, do upadku suchego liścia i lotu komara, wszystko to zawiera się w harmonii całości. Lecz my, z tego powodu, że posiadamy władzę nad światem i sobą musimy uczyć się tego, co liść, wieloryb i wiatr czynią z własnej swej natury. Musimy uczyć się utrzymywać równowagę. Posiadając rozum, nie możemy działać w nieświadomości. Mając możliwość wyborów, nie możemy działać lekkomyślnie.” ( Ursula La Guin)

O czym myśli leśniczy

O czym myśli leśniczy łowiąc ryby i patrząc w Niebo

Film THE INTRNACIONAL pokazuje do czego są zdolne banki. Naiwnością jest sądzić w dzisiejszych czasach, że banki  nastawione są jedynie na zarabianie pieniędzy. Banki stały się potężnym narzędziem polityki – globalnej. Bankom nie chodzi już wyłącznie o zysk – ważniejszym od zysku jest DŁUG. 
Dług uzależnia  obywateli,  pracodawców i rządy krajów od bankowców i polityków. 
Paradoks polega na tym, że pieniądze można drukować (np. prywatny bank w USA pożycza pieniądze rządowi USA i innym, i ma prawo dolary drukować – nie do wiary!!)
Jak ujarzmić i uzależnić kraj? – To oczywiste: namówić na kredyty, najlepiej na konsumpcyjne. Jak za czasów Gierka: ludziska się cieszą bo łatwo pieniądze przyszły. A kto je oddaje? Banki zabierają Własność – mieszkania, fabryki, ziemię – obywatele są w kłopocie – na łasce… i w uzależnieniu. Tak wymyślona w Chicago wiele lat temu POZBAWIĆ WŁASNOŚCI – ludzi, rodziny, kraje..
Pochylmy się nad Grecją. Otóż, banki niemieckie i francuskie bez ograniczeń i bez umiaru pożyczały Grecji  – pozornie bez kontroli. Łatwo jest pożyczać papier albo kolumny cyfr. Grecja, a raczej nią rządzacy i bankowcy, zapewne zadbali o siebie i swoich znajomków i o rodziny Teraz są uzależnieni – zrobią co im się zaleci.  A zalecają im Politycy Unii w uzgodnieniu z bankami. Witaj niewolo! Niewolo, która spędzi sen z oczu milionom ludzi. Subtelna forma rzymskiego „dziel i rządz”? 
Dziecku daje się cukierek i prosi o posłuszeństwo lub je wymusza. Rządy (raczej skorumpowane) poskromią „militarnie” oburzony naród… któremu nagle odbiera się cukierki i spróbują zapędzić poddanych  do pracy… bo znaleźli się na smyczy WŁADCÓW. Utrata wolności, suwerenności? 
Skorumpowani rządzący zostają na łasce Banku. Ale ryzykowna to gra. Banki mają już na oku innych do rządzenia. Mniej bogatych ale zdeterminowanych by osiągnąć i władze i bogactwo. I tak to sie toczy ta gra.  Czy taki scenariusz czeka inne kraje? Polskę?  Oczywiste, że – tak. Czy to źle czy dobrze? Kto to wie? 
A co się dzieje z rządzącymi odpornymi na korupcje? Niezłe i ryzykowne pytanie…
http://www.parkiet.com/artykul/916512_Niepokorny_prezes__solidna_Polska.html
http://forsal.pl/artykuly/410005,(…)_funduszu_walutowego.html
W kryzysie można „utopić” wszystko to co obiecało się pochopnie. Żeby posiąść i utrzymać władze trzeba skutecznie i „wiarygodnie” kłamać. Jak  na zamówienie wywołać kryzys w odpowiednim czasie? Otóż to zadanie daje się bankowcom. Szkoda, że nie jest tak, że mądrzy i uczciwi ludzie rozwijają ten świat bo  fatalnie robią to urzędnicy nastawieni na własny zysk.

SŁYNNA ŁAWECZKA

Lucyna Jakubiak
Laweczka
albo
Letnie spotkania

Takie lato nie zdarza się często
Choć odfrunie zgodnie z kalendarzem
Zanim jesień odtrąbi zwycięstwo
Na ławeczce usiądźmy dziś razem

Ty mi powiesz jak dumne jest życie
I że rabem nie warto umierać
To co wzniosłe jest zawsze na szczycie
Co zasiejesz – to z czasem uzbierasz

Ja Ci powiem o gorzkiej pamięci
O złych nocach, gdy Ciebie nie było
I o czasie, co szybko gdzieś pędzi
I zabija wszystko. Nawet miłość!

Ty złorzeczysz cwaniakom na górze
Wciąż się zbroisz w złowieszcze afisze
A ja bratki chcę sadzić i róże
I wiem: oddech swój oddam za ciszę

Fala miękko zapluszcze o pomost
I o szanse bezzwrotnie stracone
Jeszcze chwila razem, nieruchomo
I znów każde pójdzie w swoją stronę

Cześć Marcinie! Twoje kciuki pomogły. Było super! Valeriy czarował muzyką, a ja oplątywałam – jak jesienną pajęczyną – wierszami.  No i było lirycznie i nastrojowo.
Byłeś obecny. Nawiązałam do Twojej ” Ławeczki” i inspiracji. Twoje piękne zdjęcie oprawione  w ciepłe jesienne passe… i ramę przydawało blasku, patronując  uroczystości i stojąc oparte na fortepianie.A ja miałam super prezenty dla organizatorów.

Kobieto trzymaj nogi razem

Nie za szybko miły , nie za szybko…

Gdy się wynurzyłem z wody, przez szkło maski nurkowej zobaczyłem ciemną chmurę o kształcie kowadła. Kowadło nadciągało na czarnym, postrzępionym spodku z chmur. Postrach żeglarzy, kowadło grozy – Comulonimbus – rozświetlane co chwila błyskami – za chwilę potężnym szkwałem miało uderzyć w nasz jacht zakotwiczony na środku jeziora,
A dzień zaczął się milo i w słonecznej pogodzie. Młoda para przyjechała na nurkowy egzamin. Gdy załadowaliśmy na jacht sprzęt i gotowi byliśmy do wyruszenia, na kei pojawiła się dwójka wczasowiczów. Zgodziliśmy się ich zabrać. Pani była dostojna a pan poważny. Budzili zaufanie na pierwszy rzut oka. Zakotwiczyliśmy jacht na głębinie i zrzuciliśmy linę zejściową na głębokość około 30m . Pan młody zdawał na wyższy stopień. Zamocowałem jego aparat karabinkiem do liny na 12 metrach głębokości. Miał zejść na “bezdechu” na tą głębokość i założyć prawidłowo aparat na plecy. Zrobił to wyśmienicie, więc uścisnąłem mu dłoń i poszybowaliśmy obaj w dół bawiąc się nieważkością. Były fikołki , tańce i pogaduszki migowe a na 30 metrach wspaniała ciemność, i spokój, i oczy wpatrzone w pełnym zaufaniu. Jako instruktor kocham ten moment – wpatrzone i pełne ufności oczy. Czysta radość dwóch dusz.

Odprowadziłem ucznia na powierzchnię a sam poszybowałem jeszcze raz w dół… by pomyśleć na dnie, w samotności, o pewnym kobiecym duszku, który błąkał się na dnie jeziora i nie dawał mi od dłuższego czasu spokoju. 
Teraz, po latach, myślę, ze to właśnie ta ciekawość duchowego świata mogła być jedną z przyczyn pojawienia się szkwału.
“Nic nie zdarza się przypadkiem” a światy wyższe bronią swych tajemnic przed ignorantami. Według teorii chaosu ruch skrzydeł motyla może spowodować huragan. Jakie więc spustoszenie i trwogę w duszy może dokonać aroganckie “Ja Wiem” wypowiedziane w świecie duchowym? Siedząc na dnie, do zwidu kobiety – rusałki , która niebawem się pojawiła, przesłałem aroganckie wyzwanie: 
„Kobieto! Wracaj do rodziców i przestań straszyć moich nurków!”


Gdy się wynurzyłem na powierzchni panował “spokój przed burza”. Powietrze było parne i ciężkie jak w oku cyklonu. Wdrapując się na jacht krzyknąłem by kobiety schowały się do kabiny. Pan młody zajął się wyciąganiem nurkowej liny zejściowej i sprzętem nurkowym a ja instruowałem jak postawić żagle, starszego, nieznajomego pana i jak wyciągnąć kotwicę.
“ Niech pan weźmie tę linkę , ten kolorowy sznurek i ciągnie … i zwiąże jak pan potrafi i proszę się schować w kabinie bo na pokładzie będzie niebezpiecznie podczas szkwału!.”
Gdy żagle były już postawione – przyszedł szkwał. Złapałem za ster. Zatrzeszczał maszt, zawyło w wantach. Na pełnych żaglach lecieliśmy w szalonym pędzie – w ślizgu. Z niskich, czarnych, chmur sypnęło gradem. Za nami piorun uderzył w wodę. Po chwili rozpętała się kanonada – pioruny biły w brzeg i w wodę.
“Może nam uderzyć w maszt” – pomyślałem. Uchyliłem klapę zejściówki i zobaczyłem, ze dostojna pani leży na koi.
Krzyknąłem:
“Proszę siąść i nogi trzymać razem i … zdjąć z siebie wszystko co…”
Nie dokończyłem bo blisko w wodę uderzył piorun. Byliśmy już przy pomoście. Jakimś cudem udało mi się wykonać manewr “zwrot przez rufę” i jacht zastygł przy pomoście. Żagle poszły w dół, cumy na pomost i mokrzy, w skafandrach, wskoczyliśmy z panem młodym do ciepłej kabiny.
Gdy wszystko się uspokoiło poważny pan zaprosił mnie na piwo i powiedział z uśmiechem, ze od lat jest kapitanem jachtowym i bardzo bawiły go moje polecenia: „Weź pan ten sznurek”.
A pani? Zaprzyjaźniła się z nami nurkami i wieczorem urządziła wielkie przyjęcie – były z najwyższej półki napitki i smakołyki przy których koniak i kawior to mały pikuś, słowem smakowaliśmy same kokosy. Urządziliśmy zaślubiny z duchem jeziora i jego braciszkiem szkwałem – który podróżuje na kowadle z chmur.
Gdy zostaliśmy sami, pani z prowokacyjnym uśmieszkiem zapytała :
“Wiesz kapitanie… nie bardzo rozumiem… dlaczego to miałam trzymać nogi razem i zdjąć wszystko? Roześmiałem się: “Wybacz… nie odpowiem … bo tkwi w tym odwieczny problem kobiet… i wieczna zachłanność mężczyzn…”

Gdy to powiedziałem jacht otuliła gęsta mgła. Nagle koło dostojnej pani ukazała się, jakby utkana ze światła i kropel wody, postać pięknej nagiej dziewczyny – rusałki. Dziewczyna nie była widoczna dla dostojnej pani. Piękność wpatrywała się we mnie. W jej jasno niebieskich oczach i wesołym uśmiechu rozpoznałem pytanie:

Czy jesteś pewien?

MISTRZ ŚWISTAK

Motto:
Sztuka to Bogini przed którą klęczą artyści.

W śnie stworzyłem wiersz i po przebudzeniu wysłałem do pewnej pani w której bez wzajemności się kochałem. Była Aniołem i marzyła o poznaniu malarza – geniusza, który jej wdzięki rozsławiłby po całym świecie.
Pani przeczytała kilka linijek wiersza;

Na estradach Świata
w domowym zaciszu
w wirach zmysłów
myśli masz – miszu
gdy nucimy
śpiewamy, krzyczymy
nie od razu, powolutku
nie śpiesz się.
są też inni, z nimi tańczę
zmysły tracę…

Pani spieszyła się. Zmięła liścik i wsadziła do kieszeni. Podśpiewując:
„Nie kombinuj miły, nie kombinuj
Nie taki z ciebie kwiat…”

Pani spakowała plecak, wzięła ze sobą wędrowne kijaszki i udała się na stacje kolejową. Wsiadła do pociągu „byle jakiego”, zatłoczonego i nieśpiesznego ale z kupionym biletem. Stojąc na jednej nodze i nudząc się, wyjęła zmięty liścik, nie bez trudności, bo jakiś grubas dociskał ją w korytarzu do okna. Przeczytała następne linijki wiersza.

Po oklaskach i po gwizdach
Kiedy już tak posprawdzamy
Inne, innych; pójdźmy razem
W drogę jasną i świetlistą
W miłość mądrą i rozsądną
W pięknym domku zamieszkajmy
Nad zatoką fal spokojnych
I tam sobie przy kominku

Pani zanuciła: ” …nie od razu miły nie od razu…” i mogła już spokojnie postawić drugą nogę na podłodze, bo Grubas odsunął się spojrzawszy na nią z „gabarytowym” zrozumieniem. Pani była filigranowa.
W miasteczku., u stóp wysokich gór, do których dotarła po wielu przygodach, dołączyła do grupy wędrowców. Po naradzie, zdecydowano się na wspinaczkę na niebotyczną górę – na szczyt szczytów. Ostatnie pionowe ściany i bezdenne urwiska grupa pokonała z przewodnikiem – pustelnikiem, którego nieoczekiwanie spotkała po drodze. Pustelnik siedział na występie skalnym, nad przepaścią, i malował obraz. Zgodził się poprowadzić grupę. Kamienny jego domek stał na szczycie szczytów i od wielu już dni pustelnik pusto miał w spiżarence. Korzystając z chwili odpoczynku, pani odnalazła w kieszeni liścik, i przeczytała następnych kilka linijek wiersza:

Patrząc w ogień pogadajmy
O tej pustce, strachach, lękach
O alchemii życia w mękach
I przekażę Ci bez słów
Że ja z Tobą tak z miłości
Tak w radości i w jedności
Wśród złocistych łanów pójdę
Na bosaka i za ręce
Tak w milczeniu i w powadze
W oczy jasno Ci popatrzę
I zobaczę promień złoty
I tęczową kroplę łzy…

Pani z trudnością odrzuciła wizję ciepła i złocistych łanów. Mroźne powietrze przenikało przez jej ubranie. Skalne urwiska, połacie śnieżnych pól z podstępnymi szczelinami czekały na nią przed szczytem szczytów.
Pani zebrała się w sobie, i szczekając zębami z zimna zanuciła:
„Nie dokazuj miły… nie dokazuj.”
Usłyszał to nucenie przewodnik i uśmiechnął się promiennie do niej. Pani zrobiło się troszkę cieplej i nowy duch wstąpił w nią, a razem z nim zapał do dalszej wspinaczki.
Teraz było ich razem z przewodnikiem trzynaścioro. Gdy szczęśliwie dotarli do domku na szczycie szczytów, padli ze zmęczenia na podłogę. Pustelnik otulił ich grubymi kocami i rozpalił ogień w kominku. Pani przed zaśnięciem przeczytała do końca wiersz:

I zaproszę Cię na zawsze
W siedem Światów w siedem Sfer
Gdzie Magowie i Prorocy
Z Aniołami i Elfami
Od prawieków spory wiodą
Nie są pewni
Czy być razem, tak z miłości
Tak w jedności, dla radości
Przeznaczeniem jest czy snem.

Pani wybrała sen i zasnęła. Ale przeznaczenie nie zapominało o niej. Następnego dnia już wszyscy wyspani i wypoczęci zjedli skromne śniadanie. Postanowili podzielić się swoimi zapasami z pustelnikiem. Pustelnik zniknął. Grupa rozeszła się po szczycie szczytów by w samotności kontemplować przepiękne widoki. Kiedy pani zeszła w dół po zboczu, zauważyła pustelnika. Kusiło ją żeby porozmawiać z nim. Zrezygnowała widząc w jakim skupieniu maluje obraz. Nurtowały ją dziwne zdarzenia, które zaszły podczas wspinaczki, Otóż, przewodnik milczał całą drogę. Za każdym razem gdy wskazywał im drogę i zachęcał do marszu, na grupę spadał mocny pomocny podmuch – aż świstało w uszach. Ten charakterystyczny świst wszyscy słyszeli. Pomocny podmuch błogosławili bo ich popychał w kierunku szczytu. Ale w żaden sposób nie mogli sobie jego pochodzenia logicznie wytłumaczyć.

Wieczorem zebrali się w kamiennym domku. Siedli przy dużym kamiennym stole na którym pustelnik postawił trzynaście kamiennych czarek. Gdy zapadło milczenie pustelnik wstał i powiedział:

„Kołacze się nasza Dusza w świątyni ciała pijąc ze zmysłami brudzia na uczcie życia.”

Ku zaskoczeniu siedzących, kamienne czarki same wypełniły się złocistym płynem. Wtedy pustelnik dodał:

„Wypijmy za Dusze. To nasza Pierwsza Wieczerza”

Po wypiciu złocistego płynu wszyscy poczuli się szczęśliwi. Bardzo szczęśliwi ale też bardzo senni. Zasnęli „kamiennym” snem.
Następnego ranka wstali rześcy i wypoczęci. Pustelnik wręczył każdemu obraz – „Pierwsza Wieczerza”- na pamiątkę spotkania.
Na obrazie przedstawiającym wspólną wieczerze przy kamiennym stole, po prawej stronie pustelnika siedziała ta osoba, która obraz otrzymywała. Widocznie gdy wszyscy spali, pustelnik namalował dwanaście różniących się obrazów.

Pani zapytała go: „Mistrzu! Czego ty uczysz?”

Mistrz Świstak z rozbrajającym uśmiechem odpowiedział:

Milczenia.

Po odprowadzeniu grupy w bezpieczne miejsce pustelnik wrócił do swojego kamiennego domku. Na podłodze znalazł zmięty liścik z wierszem. Przeczytał go. Skojarzył kto mógł go zgubić. Przypomniał sobie filigranową panią i radośnie krzyknął.

” Małe Tao to też Tao.”

i tym sposobem rozwiązał trudny koan o kobietach.

Pani szczęśliwie wróciła do domu. Obraz pustelnika powiesiła na ścianie swojej sypialni w prawym rogu koło drzwi – znała Feng Shui. Po chwili po obrazie zaczął spływać „miodzik”. Taki sam miodzik spływał po wszystkich dwunastu obrazach. Smakował wybornie i znakomicie ułatwiał zasypianie. Spało się kamiennym snem a po obudzeniu pamiętało się niezwykle kolorowe i radosne krainy w których żyły szlachetne, pełne dobroci i mądre istoty.

PS Ostatnio Mistrz Świstak zadał mi trudne pytanie o istotę Boga.  Kombinowałem wieczorową porą nad odpowiedzią zaprzęgając intelekt do ciężkiej pracy i nic nie wymyśliłem

Może?

Wydaje się, ze odpowiedzią na pytanie o istotę Boga jest – w pokorze milczenie?