Uśmiech Stwórcy

Uśmiech Stwórcy

Pierwsze Głębokie Zejście (art. z Playboy autor A. Kropiwnicki)

Na głębokości sześciu metrów pod wodą źle przypięta butla ze sprężonym powietrzem zaczyna ześlizgiwać mi się z pleców. Lada chwila pójdzie na dno, a wtedy moje pierwsze nurkowanie z akwalungiem zmieni się w desperacką walkę o życie. Czuję, jak skacze mi poziom adrenaliny. Marzę o szybkim wypłynięciu na powierzchnię i wiem, że nic z tego nie będzie. Muszę wytrzymać. Sekundy ciągną się jak godziny.
Mój instruktor Marcin nie chciał, żebym nurkował przed czerwcem. Odradzał. Tłumaczył, że dla początkujących sezon szkoleniowy na augustowskich jeziorach jest tylko w lecie, i że w listopadzie woda to po prostu roztopiony lód. Doświadczony kaskader, nurek, poszukiwacz skarbów  wiedział, co mówi. W końcu pół swojego barwnego życia spędził pod wodą. Niewielu nurków w Polsce zignorowałoby jego rady. Ale ja nie byłem nurkiem. Byłem za to uparty i pewny siebie. I oczywiście zostałem za to ukarany.
Podjeżdżamy nad jezioro. Natychmiast zdaję sobie sprawę, że lepiej było zostać w domu. Przejmujący, porywisty wiatr i temperatura wody w okolicach pięciu stopni Celsjusza nie zachęcają do kąpieli. Przez chwilę mam nadzieję, że pianka do nurkowania uratuje mi życie, ale szybko okazuje się, że będziemy pływać w tzw. mokrych kombinezonach, czyli, że bez kontaktu nagiego ciała z wodą jednak się nie obejdzie.
Schodzimy na pomost. I tu moje obawy zmieniają się w ponurą rzeczywistość.
– Rozbieraj się! Na co czekasz? 
Ogrzewane przebieralnie i herbata najwyraźniej nie figurują w planie przygotowanym dla mnie. Paradoksalnie rozbieranie się przy pięciu stopniach Celsjusza jest znacznie łatwiejsze niż ubieranie. Oporna pianka w żaden sposób nie chce się poddać. Kiedy wreszcie opór materii zostaje przełamany, Marcin zgłasza kompromitujące mnie jako nurka zastrzeżenia.
– Założyłeś to odwrotnie. Zamek w tym skafandrze musi być z tyłu…
Wbicie się w piankę to kłopot. Wyjście z niej to tortura. Dopiero kiedy w końcu udaje mi się ubrać i mogę już założyć specjalne piankowe buty, zdaję sobie sprawę, że moje bose stopy nieomal straciły czucie. Jest zimno. Bardzo zimno. I nie ma przebacz. Teraz kaptur. I jeszcze jeden, który ma ochronić mój kark przed wyziębieniem. Mocowanie butli na kamizelce, sprawdzanie jej działania z automatem oddechowym i dopasowywanie pasa z ciężarkami, które mają mi pomóc zejść pod wodę, to w porównaniu z piankowymi mękami sama przyjemność. 
– Dobra. A teraz zakładaj sprzęt na plecy i właź do wody. Musisz się dobrze wyważyć i uzyskać tzw. zerową pływalność. Inaczej nie zanurkujesz. Pianka bez pasa wyniosłaby cię na powierzchnię.
Schodzę z pomostu. I natychmiast zaczynam kląć. Lodowata woda w ułamku sekundy przenika pod piankę. Nogi sztywnieją mi z dojmującego zimna. Dopiero po kilku minutach rozpuszczony lód ogrzewa się od ciała i przejmuje rolę warstwy izolacyjnej, która chroni mnie przed wyziębieniem. Teraz trzeba zanurzyć ręce. Tym razem woda przez rękawy dociera mi do pleców. Jest lodowata. Mam dość. Chcę do domu. A przecież zabawa w nurkowanie dopiero się zaczyna.
Powinienem jeszcze nauczyć się operować kamizelką, czyli wypełniać ją powietrzem i w odpowiednich momentach to powietrze wypuszczać. Podobno dzięki temu mogę spokojnie manewrować pod wodą. Niestety wąż z dwoma przyciskami służącymi do „obsługi kamizelki”, tzw. inflator, co chwila znika w mętnej zielonkawej wodzie, a ja muszę go w panice szukać. W dodatku odsłonięte skronie pulsują i zaczynają mi literalnie zamarzać. Aż boli.
– Dobra. Skup się na oddychaniu. Śledź każdy oddech. Tylko wtedy opanujesz własny organizm i unikniesz paniki. No i pamiętaj. Wdychaj tylko ustami. Spokojnie .
Wkładam głowę pod wodę. Dookoła unoszą się chmury bąbelków. Nagle zdaję sobie sprawę, że pode mną widać fantazyjnie poskręcany gąszcz wodorostów. Wyglądają jak podwodny las. Po chwili tuż przy brzegu przepływa całkiem spore stado ryb. Zaczyna mi się to podobać. Mam wrażenie, że już dziś mógłbym penetrować Rów Mariański i zwiedzać rafę koralową. Ale to wrażenie mija, nadszedł czas na poważniejszą zabawę.
Odpływamy od brzegu. Robi się głęboko. Pod nami jest dobre kilkanaście metrów. Żaden tam wielki błękit. Wielki błękit jest gdzie indziej. Tam, gdzie ludzie nurkują w ciepłych morzach i oglądają rafy koralowe. Tu jest zielona głębia i dwaj maniacy, którym zachciało się nurkować w nieprzejrzystym jeziorze i to w dodatku późną jesienią. 
Jeszcze kilka instrukcji. Jeśli zejdę zbyt szybko, pęknie mi błona bębenkowa w uchu. Jeśli przestraszę się i wyskoczę w kilka sekund z większej głębokości, będzie jeszcze gorzej: popękają mi pęcherzyki płucne. Ładny wybór! Nie ma co…
Na powierzchni zakładamy maski. Robimy próbne zejście na trzy metry aby sprawdzić, czy wszystko ze sprzętem jest OK. Andrzej nurkujacy ze mną pokazuje mi palce ułożone w kółko. Czego on chce? Ustnik automatu doprowadzającego z butli wężem powietrze uniemożliwia jakąkolwiek normalną rozmowę więc nurkowie używają mowy znaków. Już wiem. Pyta, czy jest OK. Powiedzmy, że jest. Poza tym, że zaczynam się bać, ale niestety nie wiem jak to pokazać. Chyba nie ma takiego gestu. Odpowiadam OK.! Niech się stanie co ma się stać. Teraz pokazuje kciukiem w dół. Czyli schodzimy? Dobra schodzimy!- odpowiadam tym samym migowym znakiem. Przez sekundę widzę jeszcze bąbelki, a potem przed oczami pojawia się idealnie spokojna i jednostajna zieleń rozświetlana chaotycznymi promieniami słońca. Z powierzchnią łączy mnie wprawdzie lina kontrolowana z góry przez Marcina i jest obok Andrzej. Ale czy oni będą umieli mi pomóc, jeśli wpadnę w panikę i zacznę się dusić? Poziom adrenaliny gwałtownie wzrasta. Czy mogę im zaufać? Czy mogę zaufać sobie? Mój partner znów czegoś ode mnie chce. Aha! Pyta, czy jest OK. Chyba jest. Patrzę na głębokościomierz. Jesteśmy zaledwie na trzech metrach. Czyli to jeszcze nie jest nurkowanie. Na razie będziemy tylko ćwiczyć zachowanie w trudnych sytuacjach. Od razu robi mi się lepiej. Pierwsze ćwiczenie. Wyjmuję ustnik. Woda natychmiast próbuje wedrzeć mi się do gardła. Zaciskam zęby. Przybliżam ustnik do twarzy. Specjalny przycisk uwalnia sprężone powietrze, które wypycha wodę z ustnika i przy okazji wypłukuje mi ją z ust. Oddycham. Myślę o tym i zaczynam się uspokajać. Wszystko idzie jak najlepiej. I nawet przestaje mi być tak strasznie zimno. 
Ale to niestety nie koniec. Ćwiczenie numer dwa. Andrzej zdejmuje maskę i zakłada ją z powrotem. Wydmuchując powietrze nosem, wypycha wodę z maski przyciśniętej ręką do czoła. Niby proste. Próbuję zrobić to samo. Woda momentalnie uderza mnie po oczach. Jestem przerażony. Próbuję dmuchać nosem, ale natychmiast się zachłystuję. Robię instynktownie mocny wydech ustami ratując moje biedne pęcherzyki płucne przed eksplozją – Jeśli awaria to płyń w górę ale na wydechu, to uratuje twoje płuca a może i życie- pulsuje w mojej głowie rada Marcina. Jedno szarpnięcie, uderzenie płetwami i jestem na powierzchni. Ciężko oddycham.  Andrzej wypływa i pyta, co mi się stało. Nie umiem mu odpowiedzieć. Myślę, co by było, gdyby wszystko to wydarzyło się na dnie jeziora skąd przecież nie ma szybkiej ucieczki. Lepiej nie mówić. Wypełniam kamizelkę powietrzem i zaczynam dryfować. Odpoczynek trwa niestety zbyt krótko. Woda jest zimna i cała zabawa nie powinna się przedłużać. Grozi mi wychłodzenie organizmu. Schodzimy. Opuszczam się w dół po zwisającej z jachtu linie. Usiłuję wyprostować się i zejść pod wodę tak jak robi to Andrzej, ale mój instynkt samozachowawczy ma zupełnie inne plany na resztę popołudnia. Nie zdając sobie z tego sprawy wierzgam nogami i zamiast w dół płynę w górę. W końcu udaje mi się przełamać wewnętrzny opór. Zanurzam się. I wtedy daje o sobie znać zmieniające się ciśnienie. Zaczynają mnie boleć uszy. Ściskam palcami schowany w masce nos i z całej siły wdmuchuję powietrze z jamy gardłowej do uszu. Marcin mówił, że w ten sposób wyrównują się ciśnienia po obu stronach błony bębenkowej. Teoretycznie. Tyle, że zaabsorbowany wdmuchiwaniem powietrza, przestaję oddychać i natychmiast zaczynam się dusić. Po chwili wszystko wraca do normy, ale czuję, że mam mocno przyspieszony oddech. Stres. Hiperwentylacja. Nie jest dobrze. Szybkie oddychanie bardzo mnie męczy, a akurat teraz powinienem być w pełni sił. Chwila przerwy. Głębokościomierz. Jesteśmy na dziesięciu metrach. To już coś! Jak na pierwszy raz w każdym razie. Świat dookoła jest idealnie zielony. Światło dochodzące znad powierzchni wody to już nie promienie, tylko rozproszone połyskujące na biało cząsteczki wody. Super. Może nawet więcej niż super. Widzę przepływającego dużego okonia. Chcę zejść jeszcze trochę głębiej, chociaż ból w uszach dokucza mi coraz bardziej. Przedmuchuję uszy po raz kolejny i pokazuję Andrzejowi, że jest OK, i że możemy bawić się dalej. W tym momencie mój partner, który w kombinezonie i z butlą przypomina teraz kosmitę, gestem zatrzymuje mnie w miejscu i każe się odwrócić. Czuję, że próbuje przestawić mi butlę. Coś musi być nie tak. Butla przekrzywia się w lewo i wali mnie w krzyż. Znów zaczynam się bać. Ćwiczenia z wyjmowaniem ustnika to jedno, ale koszmarnie powolne wypływanie na powierzchnię dodatkowo utrudnione przez konieczność „pożyczania” powietrza z butli partnera to mało pociągająca perspektywa. 
Andrzej unosi kciuk do góry. Wbrew pozorom nie znaczy to, że wszystko idzie dobrze. Nie będzie dalszego zanurzania. Powoli (jak dla mnie, zdecydowanie zbyt powoli) płyniemy ku powierzchni. Bąble powietrza naszych wydechów wyprzedzają nas.
I tak dla bezpieczeństwa być powinno. Robi się coraz jaśniej. Jeszcze chwila. I jeszcze. Udało się! Teraz butla obija mi się już o tyłek i w każdej chwili może wypaść. O gramoleniu się na pokład nie może być w tej sytuacji nawet mowy. Płynę do brzegu. Przebycie kilkudziesięciu metrów zajmuje mi prawie kwadrans, bo cały czas muszę podtrzymywać butlę. Na dzisiaj dosyć. Wychodzę na pomost. Rozbieram się rolując uprzykrzoną piankę. Wkładam sweter. Jestem zupełnie wyczerpany i zmarznięty na kość, ale czuję się jak młody bóg i nie żałuję ani sekundy spędzonej pod wodą.
Teraz doskonale rozumiem, dlaczego ludzie przełamując instynkt samozachowawczy gotowi są wydawać spore pieniądze na sprzęt i marznąć jak potępieńcy w zimnych jeziorach. Mimo że zielona głębia to nie wielki błękit, a wodorosty nie dorównują urodą rafie koralowej. Rozumiem też, że jestem już uzależniony od schodzenia pod wodę. Po drodze do domu umawiamy się na następne nurkowania. Może będzie to rafa w Morzu Czerwonym, a może czarne wody jednego z mazurskich jezior. A może popłynę z Marcinem szukać skarbów pod wodą. Czas i miejsce nie mają znaczenia. Liczy się tylko aby ilość zejść i wyjść była taka sama.

 

 

 

Advertisements

About Sznajder Marcin

Certain man chose several books in the library. He asked the librarian near their receipt how many time would take him reading all. The librarian burst out laughing and said that the gathering counted the thousands of books and the hundred of lives it was enough not on reading all. That man gave up the ones several who he chose, and said then. Some different way has to exist. Marcin - Stuntman and the consultant, the operator of under-water pictures and II the director of films. Graduate of The department Electronics Engineering college of Varsovian.

Posted on 30 Sierpień 2012, in Uncategorized. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: