Wdzięczność i miłość

Wdzięczność i miłość.

” Pewien żebrak od ponad trzydziestu lat siedział przy drodze. Aż tu któregoś dnia nadszedł jakiś nieznajomy. „Ma pan trochę drobnych?” – wymamrotał żebrak, machinalnie wyciągając rękę, w której trzymał stara czapkę do baseballu. „Nie mam niczego, co mógłbym ci dać” – odparł przechodzeń, a po chwili spytał : ” Ale na czym ty właściwie siedzisz ? „. ” Och, to tylko stara skrzynka” – odpowiedział żebrak. ” Siedzę na niej, odkąd pamiętam ” . ” A zajrzałeś kiedyś do środka? ” – zapytał nieznajomy. ” Nie ” odrzekł żebrak. Po co miąłbym zaglądać ? Tam nic nie ma ” . ” Może jednak zajrzyj ” – powiedział przechodzień.
Żebrak zdołał podważyć wieko. Ze zdumieniem, niedowierzaniem i uniesieniem stwierdził, ze skrzynka jest pełna złota.

 W mojej historii zycia tym nieznajomym, który nie miał mi  nic do ofiarowania i radził sprawdzić, co jest w środku był Proboszcz ze Studzienicznej. Nie w żadnej skrzynce, tak jak w przypowieści, lecz  bliżej  – we mnie samym. Jak co roku opowiadam o nim, i  wspominając  go, jak co dzień, w każdej medytacji , wysyłam mu Miłość i Wdzięczność. To wielkie szczęście , na swojej drodze życia, spotkać tak skromnego i mądrego Człowieka. Jego przesłaniem dla mnie i dla wielu, którzy go pokolali, było jego zycie. 

 

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych  pracowałem w zespołach filmowych. To był ciekawy ale wielce stresowy okres mojego życia. Jak większość z rodziny filmowców, przebywając miesiącami poza domem w plenerze, mieszkając w przeróznych hotelach na terenie całego kraju – nie dosypiałem, jadłem co popadnie, nie wylewałem za kołnierz a wieczorami „balowałem „. Każdy pobożny człowiek zapewne zobaczył by we mnie grzesznika – prowadzącego hulaszczy tryb życia.

Na planie filmowym „Śpiewy po rosie” (plenery -okolice Augustowa) poproszono mnie bym w „awaryjnie” dostarczył pęk lilii wodnych – były konieczne w kręconej scenie. Wsiadłem do samochódu i pojechałem pod kościółek w Studzienicznej. Wszedłem do wody i zrywałem lilie. Z mostku przyglądał mi się starszy pan. Gdy pakowałem lilie do bagażnika podszedl i powiedział z usmiechem: „W życiu trzeba sobie jakoś radzić”. Obaj wiedzieliśmy, że lilie wodne są pod ochroną. Opowiedziałem mu o filmie. Zaprosił mnie wieczorem do siebie – na plebanie. Az do jego śmierci bywałem u niego miesiacami. Został moim Duchowym Ojcem.

Bycie dobrym, a stawanie się dobrym to nie to samo. Rozkwit dobroci nie jest jej osiąganiem. Stawanie się lepszym jest zaprzeczaniem temu, co jest. To, co lepsze, psuje to, co jest. Dobrym jest się teraz, w tej chwili. Planowanie, że staniemy się dobrzy w przyszłości wymyśla umysł usidlony przez zasadę porównań i czasu. Gdy dokonuje się porównań, dobro ginie. Ważne jest nie to, w co się wierzy, jak brzmią formuły, zasady, dogmaty i opinie, ale to, dlaczego je się w ogóle posiada i dlaczego umysł jest nimi obarczony.

 

 

Plebania po lewej a rozświetlony dom promieniami wschodzacego słońca to dom w którym mieszkał emerytowany – mój Proboszcz i on jest bohaterem poniższego opowiadania.

Mija upalny dzień. Późne popołudnie zastaje mnie siedzącego na pomoście i wpatrzonego w drobne fale jednostajnie iniezmordowanie atakujące piaszczysty brzeg. Intensywny zapach róż z proboszczowego kwietnika budzi we mnie nostalgiczne refleksje. Wpatrzony w wodę widzę odbicia falujących i przesuwających się chmur. Obserwuje myśli pojawiające się i zanikających w moim umyśli: o róży Małego Księcia, o sensie życia, przemijaniu i przeznaczeniu, o rozwoju, łańcuchach przyczyn i skutków, o mocy i głębi marzeń, o olśnieniu, zauroczeniu, spełnieniu i Aniołach.

Z zadumy wyrywa mnie odgłos grzmotu. Nad jezioro, z zachodu, wtaczają się groźnie wyglądające chmury. Chmury te płoną ciemnoczerwonym żarem, a kilka z nich sprawia wrażenie jakby jarzyły się od wewnątrz. Tak jak przepływające przez umysł myśli nie są istotnością bo są zapożyczeniem, chmury nie tworzą przestrzeni, one w niej istnieją. Chmury jak i myśli sprawiają wrażenie, że ciągną się od wieczności w wieczność. Odbicie w wodzie przyjmuje kształt tornada. Nie czekając na pierwsze krople deszczu skrywam się w oszklonej werandzie plebani.
W wiklinowym bujanym fotelu drzemie proboszcz, wystawiając twarz do padających przez szybę promieni zachodzącego słońca. 
Wiele lat temu, kiedy z młodzieńczą arogancją paplałem trzy po trzy na temat autentyczności życiorysu Chrystusa, spojrzał na mnie surowo i powiedział:

„Mój drogi. Jeśli chodzi o Boga, to ma się Go w sercu przebudzonego, albo On w sercu śpi.”

Zamilkłem i poczułem się najbiedniejszym człowiekiem na świecie. Długo przeszukiwałem własne serce. Znalazłem tam i groźne pouczenie:

„Zanim dusza stanie przed Nauczycielem obmyć się musi we krwi swojego serca.”

 i cudowną opowieść o tym jak magowie pragnąc ukryć szczęście przed ludzką zachłannością, ukryli je w ludzkich sercach, mądrze przewidując, że ludzie kojarząc raczej szczęście z władzą, sławą i pieniędzmi łatwo nie odnajdą takiej kryjówki – w zakamarkach własnych serc.

„Nie za zimno wam pod tą wodą? Podziwiam, że panu jeszcze się chce nurkować. Nie szkoda to zdrowia?”- proboszcz z rozbawieniem zerka na mnie spod krzaczastych, siwiutkich brwi.

W głębinach można spotkać Anioły. To one mnie pociągają. Lubię z nimi pogadać.”- odpowiadam ze śmiechem.

” Bądź ostrożny, mój drogi. Anioły to eteryczne istoty. Inaczej czują i myślą niż my. Pomagają nam, ale nie są na naszych usługach. Z Biblii dowie się pan więcej o Anielskich zwyczajach.” – odpowiada sięgając po Biblię.

Bezpieczni, osłonięci przed deszczem i wiatrem przez okna werandy obserwujemy burzę.Nadciąga czerwono – krwistym kowadłem. Gna przed sobą skłębione, czarne i poszarpane chmury. Jezioro zmusza do wrzenia. Swą mocą podrywa wodę. Pianą przybiela grzywy stromych fal. Czarne cienie chmur wbija w głębinę. Grozą gasi słońce. Wypiętrzonym w niebo zachłannym kowadłem wchłania jeziorną wilgoć, i po chwili pionowym kołowrotem wichrów przemienić ją w lodowe odłamki, i z pasją zrzucić strumieniami zmarzlin na jezioro. Bębni gradem po dachu plebani. Spadającym z nieba wichrem przeoruje powierzchnię wody pasmami białej piany. W górę unosi jęzory zawiesiny wodnej, tworzy zaczątki wirujących pępowin tornad, i po chwili w szalonej rotacji łączy otchłań jeziora z opuszczającą się podstawą chmur. Błyskami, grzmotami, gradem i wyciem wiatru atakuje przycupniętą na brzegu wioskę.
„Jak sens ma ten gniew Natury, składający się ze swoistego łańcucha burzliwych zdarzeń? Czy ten nieokiełznany wybuch żywiołów ma służyć oczyszczeniu, skrusze człowieczej? Jest karą? Kto tu zawinił i kto tu kogo i za co karze?” – myślę.

I nagle, czy to dla otuchy, czy też z pychy, w kościółku odzywają się dzwony zwołując wiernych na wieczorną mszę.
„Lepiej by było, żeby z mszą zaczekać jak skończy się burza. ” -mówię.

 

Ale księdza już na werandzie nie ma. Docieram do kościółka w strugach deszczu, w zgiełku piorunów, w scenerii rozgniewanego nieba co chwila rozdartego błyskawicami. Kierowany niezrozumiałym impulsem, zamiast wejść do przytulnego, skąpanego w świetle zapalonych świec wnętrza kościółka i w skupieniu i spokoju wysłuchać kazania proboszcza, omijam kościółek i idę dalej brzozową alejką w kierunku kaplicy Matki Boskiej. Przysiadam nad wodą obok kamiennej figurki św. Jana Nepomucena.

„Strzeż nas od nie sławy w życiu i wieczności”

– przekrzykując burzę czytam na głos słowa wyryte na postumencie. Nagle, czuję jak włosy na głowie stają mi dęba, i widzę jak figurka świętego pokrywa się siecią fioletowych iskierek. Obok mnie,w drzewo, uderza piorun. Błysk i grzmot zlewają się w jedność Olśnienia. Przestrzeń i czas rozrywa się. Wpadam w nicość. Odchodzę coraz dalej, i dalej. Opadam w głębinę. Otacza mnie świecąca mgła, otula uczucie bezpieczeństwa. Czuję delikatne, pełne matczynej miłości dotknięcie. Ze środka wirującej tęczowymi kolorami spirali wypływa jasna postać. Wpatrując się we mnie z rozbawieniem.

„Znam cie całą wieczność. Jam twój Anioł Stróż.”- przenika mnie myśl.

Ujmujemy się za dłonie. Obejmujemy czule i wtulamy w siebie. Przenikamy się i stajemy się jednością. Delikatnie wirując schodzimy coraz głębiej, i głębiej w tęczowy wir światłości…

 

Śp. Ks. Kanonik Mieczysław Daniłowicz
Opr. Ks. Józef Łupiński
Dnia 18 września 2004 roku w Domu Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Studzienicznej na terenie Diecezji Ełckiej odszedł do wieczności kapłan Diecezji Łomżyńskiej ks. kanonik Mieczysław Daniłowicz. Przeżył 94 lata.
Ks. Daniłowicz urodził się dnia 14 października 1909 roku w Krasnem w parafii Wigry. Jego rodzicami byli Szymon i Aleksandra z d. Biziewska. Pochodził z rodziny wielodzietnej: miał 3 braci i 6 sióstr. Jego rodzice posiadali gospodarstwo rolne. Z powodu okupacji niemieckiej podczas I wojny światowej oraz zajęcia części Suwalszczyzny przez wojska litewskie mógł rozpocząć naukę dopiero w 12 roku życia. Wówczas Mieczysław Daniłowicz podjął naukę w Szkole Elementarnej w rodzinnej wsi, a później w szkołach w Krasnopolu i w Sejnach. W roku szkolnym 1925/1926 złożył egzamin do czwartej klasy Klasycznego Liceum im. św. Kazimierza w Sejnach. Jako uczeń cechował się pobożnością, przykładnym postępowaniem i pracowitością. Po pięciu latach, w 1931 roku otrzymał świadectwo maturalne. W Liceum im. św. Kazimierza, jak napisał w życiorysie, rodziło się jego powołanie kapłańskie: „Atmosfera ciepła religijnego, bezpośredni wpływ księży wychowawców jako też coroczna wizytacja zakładu przez Jego Ekscelencję Księdza Biskupa, połączone zawsze z serdecznym i ojcowskim przemówieniem do «swoich wychowanków» budziły powoli chęć, zapał, wreszcie gorące pragnienie pozostania księdzem. Chęci te zrazu przejściowe, potem stałe, skrystalizowały się w silnym postanowieniu po otrzymaniu świadectwa dojrzałości” .

Dnia 15 września 1931 roku Mieczysław Daniłowicz został przyjęty na I rok studiów Seminarium Duchownego w Łomży. Podczas wakacji udawał się do domu rodzinnego. Aktywnie udzielał się w parafii poprzez czynny udział w nabożeństwach kościelnych, częste przystępowanie do Komunii św. i katechizowanie dzieci. Po pięciu latach przyjął święcenia kapłańskie dnia 6 czerwca 1936 roku z rąk Biskupa Łomżyńskiego Stanisława Kostki Łukomskiego w katedrze łomżyńskiej. Pierwszą parafią, do której został posłany po święceniach, była Dąbrówka Kościelna (od 03.07.1936). Następnie był wikariuszem w parafii Łapy (od 01.07.1937) i w Suwałkach (od 01.07.1946). Dnia 1 czerwca 1950 roku ks. Daniłowicz objął urząd proboszcza parafii Studzieniczna – znanego Sanktuarium Maryjnego. Podczas pełnienia posługi proboszczowskiej w 1981 roku otrzymał do pomocy ks. wikariusza Mieczysława Gołaszewskigo, który rok później został jego następcą na probostwie. W dekanacie w którym pracował, ks. Daniłowicz pełnił funkcję wice dziekanem dekanatu augustowskiego (23.02.1974-14.12.1984). Dnia 24 czerwca 1985 roku przeszedł na emeryturę i zamieszkał w Studzienicznej. Ks. Mieczysław Daniłowicz za poświęcenie i posługę kapłańską otrzymał godność kanonika honorowego Kapituły Katedralnej Łomżyńskiej (10.04.1995) 
Śp. ks. Daniłowicz przeżył w kapłaństwie 68 lat. W parafii Studzieniczna pełnił posługę proboszcza przez 32 lata. Doświadczył trudnego okresu I i II wojny światowej. Był kapłanem pogodnego usposobienia. Umiał się cieszyć z kapłańskiego życia, lubił parafię, w której pracował, był wrażliwy na piękno otaczającej przyrody. Jako emeryt czynnie pomagał w pracy duszpasterskiej. Z powodu słabego stanu zdrowia w ostatnich miesiącach był pod nieustanną opieką Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi.

Uroczystości żałobne w intencji śp. ks. Mieczysława Daniłowicza rozpoczęły się po południu dnia 20 września 2004 w kościele parafialnym w Studzienicznej. Odmówiono Nieszpory i odprawiono Mszę św. w intencji o pokój duszy zmarłego kapłana. Następnego dnia w liturgii pogrzebowej, której przewodniczył Metropolita Białostocki Abp Wojciech Ziemba, udział wzięli Biskup Ełcki Jerzy Mazur oraz Biskup Pomocniczy Łomżyński Tadeusz Zawistowski. Okolicznościową homilię wygłosił ks. prał. Zygmunt Kopiczko – proboszcz parafii Studzieniczna. W wygłoszonym słowie przypomniał etapy życia śp. ks. Daniłowicza, którego Bóg obdarował łaską kapłaństwa. Słowo pożegnalne wygłosił Biskup Pomocniczy Tadeusz Zawistowski przypominając postać zmarłego kapłana i cechy jego charakteru. Biskup Ełcki Jerzy Mazur podziękował przybyłym kapłanom z diecezji łomżyńskiej, ełckiej i białostockiej, siostrom zakonnym i świeckim za modlitwę. Przedstawicielka parafii Studzieniczna wyraziła wdzięczność za wieloletnią posługę, poświęcenie i pracę duszpasterską śp. zmarłego ks. proboszcza. W pogrzebie wzięło udział ok. 60 kapłanów, siostry zakonne ze Zgromadzenia Franciszkanek Rodziny Maryi, krewni zmarłego kapłana oraz licznie zgromadzeni parafianie. Ciało śp. ks. kanonika Daniłowicza spoczęło na miejscowym cmentarzu w Studzienicznej.

 

 

 

 

 

Reklamy

About Sznajder Marcin

Certain man chose several books in the library. He asked the librarian near their receipt how many time would take him reading all. The librarian burst out laughing and said that the gathering counted the thousands of books and the hundred of lives it was enough not on reading all. That man gave up the ones several who he chose, and said then. Some different way has to exist. Marcin - Stuntman and the consultant, the operator of under-water pictures and II the director of films. Graduate of The department Electronics Engineering college of Varsovian.

Posted on 5 czerwca 2013, in Uncategorized and tagged . Bookmark the permalink. 1 komentarz.

  1. Malinski Marcin

    Piękne 🙂 To był mój Ojciec Chrzestny 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: