Monthly Archives: Listopad 2013

Piękno Natury i chwile olśnienia


 

Umysł pozostawiony sam sobie płodzi potwory – nie tylko z rodzaju tych, które potem trafiają do galerii sztuki

Zachowanie zwierząt zdeterminowane jest przez instynkt, nie przez myśl, i dlatego ich życie pozostaje w absolutnej zgodności z przyrodą. Nasze coraz mniej. My nie „czujemy” już przyrody, nie bierzemy jej na poważnie, nie korzystamy już z jej nauk. A przecież wciąż tu jest – wielkie, zawsze otwarte muzeum bez strażników, uniwersytet dostępny dla wszystkich, z lekcjami o każdej porze dnia i nocy. 

Kiedy dotykasz kamienia, czujesz coś? Spróbuj sobie wyobrazić, co czuje kamień. On też ma świadomość. Żaden
rzeźbiarz hinduski ze starożytności nie zrobiłby posągu boga, używając żeńskiego kamienia, ani posągu bogini przy użyciu kamienia klasyfikowanego jako męski na podstawie jego konsystencji, ciepła i pożyłkowania.

Kiedy koncentrujesz świadomość w obecnej chwili i tym sposobem uwalniasz się od chaosu myśli – uświadamiasz sobie tajemnicżą energię.w sobie  Bezpośrednio odczuwasz ją jako promienność i potęgę swojej własnej  obecności: Stan ten nie zawiera żadnej treści, tylko obecność.  Innymi słowy, czujesz utajoną energię Stworzyciela – życie.  W sobie , w każdej istocie i też  w kamieniu lub kwiecie. I oto dociera do ciebie, że „wszystko, co istnieje, święte jest”.

Właśnie dlatego Jezus mówi w Ewangelii Tomasza  „Rozłup drewniane polano, a ja w nim będę. Podnieś kamień, a pod nim mnie znajdziesz”.

 

 Wielu ludzi tak wierzy we własne umysły, że piękno przyrody właściwie dla nich nie istnieje. Zdarza, im się, owszem, powiedzieć: „Jaki piękny kwiat”, ale to tylko mechaniczny odruch, mentalna etykietka. Skoro nie trwają w bezruchu, skoro nie są obecni, tak naprawdę nie widzą kwiatu, nie czują jego istoty, świętości – tak jak i siebie nie znają, nieczuli na własną istotę i świętość. 

Ponieważ żyjemy w kulturze bez reszty zdominowanej przez umysł, prawie cała nasza sztuka, architektura, muzyka i literatura – z bardzo nielicznymi wyjątkami -wyprana jest z piękna i z wewnętrznej esencji.

Dzieje się tak dlatego, że sami twórcy ani na chwilę nie potrafią wyzwolić się spod władzy umysłu. Nigdy więc nie docierają do tego miejsca we własnym wnętrzu, z którego płynie wszelka prawdziwa twórczość i piękno.

 

Umysł pozostawiony sam sobie płodzi potwory – nie tylko z rodzaju tych, które potem trafiają do galerii sztuki. Wystarczy spojrzeć na nasze miejskie krajobrazy i wysypiska przemysłowe. Żadna, inna cywilizacja nie stworzyła aż tyle brzydoty.

 

Czy patrzyłeś kiedyś bezchmurną nocą w bezkres nieba? Czy odbierał ci mowę jego absolutny bezruch i niepojęty ogrom? Czy słuchałeś, czy naprawdę wsłuchałeś się w szmer górskiego strumienia? Albo w śpiew ptaka w cichy letni wieczór?

Żeby coś takiego dotarło do świadomości, umysł musi znieruchomieć. Musisz na chwilę odłożyć osobisty bagaż przeszłych i przyszłych problemów, a także całą swoją wiedzę; w przeciwnym razie będziesz patrzył, nie widząc, i słuchał, nie słysząc.

Niezbędna jest twoja całkowita obecność. W zjawiskach tych kryje się coś więcej niż piękno zewnętrznych form: coś nienazwanego, niewysłowionego, jakaś głęboka, wewnętrzna, święta esencja. Wszelkie przejawy piękna są nią prześwietlone. Objawia ci się ona tylko wtedy, kiedy jesteś obecny. Czy to możliwe, że ta bezimienna esencja i twoja obecność są jednym i tym samym? Czy istniałaby, gdybyś nie był obecny? Głęboko w nią wniknij. Sam się przekonaj. Kiedy zdarzały ci się te chwile obecności, pewnie sobie nie uświadamiałeś, że na chwilę wkraczasz w sferę bezumysłu.

Powodem twojej nieświadomości było to, że po krótkiej pauzie znowu wdzierały się myśli. Lecz nawet jeśli olśnienie trwało tylko kilka sekund, aby zaraz ustąpić pod naporem umysłu, niemniej pojawiało się. Gdyby nie ono, nie odczułbyś piękna. Umysł nie potrafi go bowiem ani dostrzec, ani stworzyć. To piękno, ta świętość odsłaniała się przed tobą zaledwie na tych kilka sekund, kiedy byłeś w pełni obecny. Ponieważ pauza była krótka, a tobie brakowało czujności i refleksu, zapewne nie zauważyłeś istotnej różnicy między samym doznaniem (niezakłóconą myślami świadomością piękna ) a nazywaniem go i interpretowaniem w myślach. Pauza trwała tak krótko, że wszystko zlewało się w jeden proces.

Prawda jest jednak taka, że gdy tylko wdarła się myśl, po pięknie zostało ci jedynie wspomnienie. Im dłużej trwa pauza między doznaniem a myślą, tym głębsze staje się twoje człowieczeństwo. Innymi słowy, tym większą osiągasz świadomość.

 

Celem człowieka jest ustawienie własnego życia w zgodzie i bez żadnego wysiłku – nie pragnąc niczego osiągnąć, a tylko uznając po prostu to, co jest. Mędrzec żyje  w zgodzie z samym sobą:

Nie wychodząc przez drzwi
Poznaje wszystko co jest do poznania
Nie wyglądając przez okno
Widzi drogi niebieskie
Bo im dalej się odejdzie
Tym mniej się rozumie
Mędrzec dociera nie wyruszając
Widzi nie patrząc
Czyni nie czyniąc. (Tao)

Przemyślenia E.Tolle, T.Terzani  i rzecz jasna własne

 

 


Autor: Marcin Sznajder
 

Chodzenie z kijaszkami


Dla zdrowia! – Nordic Walking

Dlaczego „kije”?

Ponieważ  Nordic Walking  skierowany jest do wszystkich grup wiekowych, od najmłodszych do starszych ludzi i wpływa bardzo korzystnie na zdrowie. Podczas spaceru angażujemy prawie 90% mięśni. Kije odciążają stawy i kręgosłup, korygują wady postawy, mają dobry wpływ na układ oddechowy i poprawę koordynacji ruchów. To dobra metoda na walkę z otyłością, oraz efektywną rehabilitację szczególnie ludzi po zawałach serca. Spacer z kijami poprawia samopoczucie i kondycję. Możliwość spacerów po lesie  to dodatkowa korzyść dla zdrowia.Unikniemy spalin i hałasu, które nie pozwalają na właściwy relaks i korzyści z uprawiania sportu a odnajdziemy spokój, urok leśnych duktów i świeże powietrze.

Nordic Walking mogą uprawiać wszyscy, zawsze i wszędzie. Sport ten zyskuje coraz większą popularność.
Dlaczego chodzenie z takimi kijkami polecam? I znów słowa najczęściej wypowiadane w życzeniach: dla „zdrowia”!

Kijki można kupić w prawie każdym sklepie sportowym i przez internet. Ceny już od 30 zł. Poza tym to genialny pomysł na prezent. Wiele fitness klubów organizuje spacer z kijkami do Nordic Walkingu. W większej grupie jest raźniej. Starsze osoby nabierają kondycji i sprawności i mogą poznać nowych znajomych.

O co w tym chodzi? Jest to forma rekreacji polegająca na marszu ze specjalnymi kijkami. Angażowanych jest dużo więcej mięśni niż przy zwykłym chodzeniu czy joggingu  Można uprawiać ten sport wszędzie i bez względu na tuszę, kondycję czy wiek. Jedną z zalet jest odciążenie stawów kolanowych i biodrowych. Z kijkami trzeba umiejętnie chodzić.  Dobrze jest zasięgnąć przy tym rady jakiegoś fachowca lub obejrzeć w internecie kilka filmów instruktażowych. Źle trzymane i wbijane kijki mogą sprawiać więcej kłopotu niż pożytku.

Pamiętam jak parę lat temu zobaczyłem kilka osób w środku miasta z takimi kijkami. Śmiełam się w duchu bo byłem przekonany, że pomieszało im się w głowie i chodzą z kijkami narciarskimi po chodniku. I po raz kolejny przekonałem się o tym by pochopnie nie oceniać innych. Teraz prawie wszędzie można spotkać osoby zafascynowane tym sportem. Nie trzeba daleko jechać żeby móc go uprawiać. Nawet droga do pracy lub po zakupy  to dobry powód.

Ta forma ruchu została wymyślona w Finlandii w latach 20 XX wieku jako całoroczny trening dla narciarzy biegowych.

Nordic Walking jest formą rekreacji, która polega na marszach ze specjalnie zaprojektowanymi kijami. Kije te są pewnym połączeniem kijów trekingowych i kijów od nart biegowych. Używanie kijków podczas chodu, sprawia, że stawy kolanowe i kręgosłup nie są zbyt obciążone i nie są narażone na kontuzje. Aktywności ta jest bardzo prosta i bezpieczna, dlatego umożliwia uczestnictwo każdemu bez względu na wiek, kondycję fizyczną, tuszę. Nordic Walking można uprawiać w każdym klimacie, na dowolnym terenie i co pocieszające przez cały rok.

Co jest potrzebne, aby rozpocząć Nordic Walking? Przede wszystkim chęci do ruszenia się z domu, wygodne obuwie dostosowane do warunków atmosferycznych oraz do pory roku, a także wygodne ubranie i para kijków Nordic Walking. Kije powinny być dostosowane do wzrostu oraz predyspozycji fizycznych danej osoby.

Warto zastosować wzór:

0,68 x wzrost = długość kijków

np.: 0,68 x 165 = 112,2 cm (kijki o długości 110 cm będą odpowiednie)

Ta niezwykle elastyczna forma ruchu daje wiele korzyści. Nordic Walking rozwija siłę i wytrzymałość ramion, ułatwia wchodzenia na wzniesienia, powoduje spalanie większej ilości  kalorii niż przy chodzeniu czy bieganiu, zwiększa stabilność przy chodzeniu z kijkami, zmniejsza nacisk na piszczele, kolana, biodra i plecy, a także odciąża stawy. Jest to szczególnie ważne dla osób starszych.

Tą formę marszu szczególnie zaleca się przy problemach ze stawami, kolanami, z reumatyzmem, z nadwagą i przemianą materii, osobom z wadą postawy i garbiącym się, przyszłym mamom oraz osobom żyjącym w stresie. Podczas takiego marszu pracuje około 90 procent mięśni ludzkiego ciała, a serce i układ krążenia jest utrzymywany w bardzo dobrej kondycji. Nordic Walking to nowa metoda maszerowania, która może pozytywnie wpłynąć nie tylko nasze zdrowie, ale także na dobre samopoczucie i na jakość życia.

Informacje o Nordic Walking z zasobów internetu i rzecz jasna z własnego doświadczenia.

Serdecznie polecam chodzenie z kijaszkami…


Oszukują Cię cz.1

 

Firmy farmaceutyczne, lekarze i aptekarze.

 

 

Firmy farmaceutyczne, lekarze i aptekarze.

„Rozpowszechniają nieprawdziwe informacje, niestety, często robiąc to ze złych pobudek. Niektórym chodzi o to, by na Tobie oszczędzić. Innym – by zarobić, sprzedając Ci więcej leków. Wielu z nich zaś po prostu nie wie, że mówi nieprawdę. Właściwie nie ma to wielkiego znaczenia, czy lekarz jest świadomy, że się myli, czy nie. Ważne jest to, że jego niewiedza może Cię nawet zabić.Prawdopodobnie Ty też usłyszałeś już któreś z tych kłamstw. Ale nie ma powodu, dla którego miałbyś dać się im omamić.Poznaj więc „7 najgroźniejszych kłamstw“ medycyny konwencjonalnej, aby uniknąć losu swoich krewnych, znajomych czy sąsiadów, którzy w nie uwierzyli.

KŁAMSTWO NR 1

„Musisz koniecznie obniżyć poziom swojego cholesterolu“

„Ma Pan zbyt wysoki poziom cholesterolu. Jeśli nie będzie Pan przyjmował leków na jego obniżenie, może Pan w każdej chwili dostać zawału. Od dziś musi Pan koniecznie brać ten lek…”

Każdego dnia w Polsce blisko 100 osób umiera na zawał serca. Powszechne przekonanie, obowiązujące do dziś w medycynie, jest takie, że jedną z głównych przyczyn zawału jest podwyższony cholesterol „zatykający” tętnice.

Pod wpływem tych opinii kilka milionów Polaków zażywa codziennie leki obniżające stężenie cholesterolu. Dowiedziono jednak, że te leki wcale nie zmniejszają ryzyka śmierci z powodu zaburzeń kardiologicznych!

Zdaję sobie sprawę, że te słowa mogą szokować. To, co mówię, jest absolutnym przeciwieństwem tego, czego zwykle uczy się na uczelniach medycznych. Sprzeczność tę wykazali najznamienitsi kardiolodzy. Potępiają oni fakt, że milionom ludzi z chorym sercem podaje się leki, które mają potencjalnie niebezpieczne skutki uboczne, podczas gdy istnieje naturalne rozwiązanie pozwalające na redukcję zagrożeń sercowo-naczyniowych bez leków lub przy ich minimalnym wykorzystaniu – i dotyczy to też osób, które przeszły już zawał lub udar mózgu!

Medycyna konwencjonalna stoi bowiem na straży archaicznego poglądu, że drogą do uniknięcia zawału jest ściśle określony poziom cholesterolu we krwi. Stąd zalecenie, by poziom LDL obniżać, gdy jest za wysoki, a HDL podnosić, gdy jest za niski. Wszystko to przy pomocy leków takich jak statyny, na których koncerny farmaceutyczne zbijają fortuny, lub pokarmów „obniżających cholesterol“, które według reklam czynią cuda.

Nie jest niespodzianką, jak ogromną władzę posiada przemysł farmaceutyczny. Jego przedstawiciele robią wiele, aby przekonać lekarzy, że medycyna alternatywna opiera się na iluzji (efekt placebo itd.) i że tylko syntetycznie wytwarzane lekarstwa mają działanie udowodnione naukowo.

Tymczasem wiemy już na pewno, że obniżanie poziomu cholesterolu absolutnie nie zmniejsza śmiertelności z powodu chorób układu krążenia. Nie redukuje także płytki miażdżycowej, która zatyka tętnice i o której powstawanie również obwiniany jest cholesterol.

Wyniki badań pokazują jednoznacznie, że duża część społeczeństwa zażywa statyny zupełnie bez potrzeby. Dzięki temu na konta koncernów farmaceutycznych wpływają setki milionów złotych.

Statyny zaś mogą zrobić więcej złego niż dobrego! Stanowią zagrożenie dla wątroby, nerek i ośrodków pamięci. Są odpowiedzialne za skurcze mięśni. Zwiększają ryzyko ponownego wylewu. Wysoka dawka statyn przyczynia się do rozwoju cukrzycy.

A jednym z najbardziej niepożądanych i zgubnych skutków ubocznych statyn jest to, że w znaczący sposób hamuje wytwarzanie koenzymu Q10 (CoQ10) w Twoim organizmie.

Dlaczego to takie ważne? Najważniejszym mięśniem w Twoim organizmie jest serce, a koenzym Q10 jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania komórek mięśniowych serca!

Udawanie więc troski o Twoje serce, a jednocześnie zmniejszanie stężenia Twojego koenzymu Q10 można porównać do sytuacji, w której mechanik samochodowy obiecywałby Ci lepsze osiągi Twojego auta, a jednocześnie za Twoimi plecami popsuł w nim silnik lub wylał paliwo ze zbiornika!

Dlatego, jeśli zażywasz leki obniżające Twój poziom CoQ10, a dzieje się tak w przypadku większości leków przeciw cholesterolowi, to koniecznie musisz uzupełniać dietę o suplementy zawierające ten koenzym.

To niedopuszczalne, że tak mało lekarzy informuje o tym swoich pacjentów!

Prawda jest taka, że rozwiązania i terapie naturalne najczęściej w ogóle nie są znane lekarzom. Nie mogą więc oni zaoferować dobrego i skutecznego lekarstwa na choroby serca. Właśnie dlatego większość ludzi, których w swoim życiu poznałeś, umrze na skutek zawału czy udaru. Mają oni jedną cechę wspólną – ślepo wierzą w to, co słyszą, od osób ubranych w białe kitle.

Na szczęście Ty nie należysz do tego grona. Podobnie jak inne osoby, które mając dość kolejnych rozczarowań i katastrof, wybrały inną drogę: ochrony zdrowia w sposób naturalny.

Wielu z nich jest dzisiaj zagorzałymi zwolennikami takiej medycyny. Przyjmują taką samą postawę jak my: nie podważają z założenia sensu dokonującego się w medycynie postępu, ale wiedzą, że należy podchodzić do niego z rezerwą, i że istnieje naturalna, bardziej bezpieczna alternatywa.

 

KŁAMSTWO NR 2

„Musisz od zaraz zacząć brać insulinę“

„Przykro mi, ale Pani hiperglikemia przerodziła się już w cukrzycę i nie ma na nią innego sposobu jak codzienne przyjmowanie insuliny. W przeciwnym przypadku grozi Pani uszkodzenie nerek, ślepota, wylew albo amputacja…”

Cukrzyca jest chorobą, która szerzy się dziś najszybciej, a wszelkie prognozy przewidują dalsze gwałtowne pogarszanie się tej sytuacji.

Obecnie w Polsce ponad 2,5 miliona chorych cierpi na cukrzycę, przy czym aż połowa z nich nie jest tego świadoma. Dodatkowo mamy jeden z najwyższych na świecie odsetków występowania upośledzonej tolerancji glukozy w populacji dorosłych, co oznacza, że tempo wzrostu liczby chorych będzie u nas nadal bardzo gwałtowne (w latach 1984–2000 liczba cukrzyków już zwiększyła się dwukrotnie).

Niestety większość z nas nie zdaje sobie sprawy, że jest poważnie zagrożona.

Jest wyjście

Osoby cierpiące na cukrzycę na ogół nie mają pojęcia, w jaki sposób mogłyby odwrócić postęp choroby. Nie wiedzą nawet, że w ogóle jest to możliwe.

Tymczasem przestrzeganie konwencjonalnych metod leczenia może prowadzić do poważnych problemów zdrowotnych, a nawet do przedwczesnej śmierci.

Jeśli  chorujesz na cukrzycę, lekarz z pewnością przepisze Ci odpowiednie leki. Jednak musisz wiedzieć, że niektóre z nich, sztucznie podwyższając poziom insuliny, powodują również odkładanie się w organizmie złych tłuszczów, co może znacząco zwiększyć zagrożenie chorobami układu krążenia. Na przykład stosowaniu leku przeciwcukrzycowego o nazwie rozyglitazon (Avandia – lek wycofany ze sprzedaży w  Europie w 2010 roku) przypisuje się odpowiedzialność za śmierć kilkudziesięciu tysięcy osób w Stanach Zjednoczonych.

Pamiętaj jednak, że nigdy i pod żadnym pozorem nie należy przerywać terapii zaleconej przez lekarza bez porozumienia z nim. Dlatego, jeśli bierzesz już leki przeciw cukrzycy, mimo wszystko ich nie odstawiaj przed wizytą u lekarza.

Jeżeli natomiast chcesz się rozprawić z przyczynami cukrzycy typu 2, zapoznaj się z naturalnymi metodami stabilizowania poziomu cukru we krwi i przywracania normalnej wrażliwości na insulinę. Okazuje się bowiem, że wystąpieniu cukrzycy typu 2 można nie tylko łatwo zapobiec, ale czasem można ją nawet całkowicie wyleczyć, pod warunkiem konsekwentnego wprowadzenia kilku zmian w trybie życia.

Dlaczego nie powie Ci o tym lekarz?

Większość lekarzy po prostu nie zna wyników badań dotyczących medycyny naturalnej. Nie informują ich też o nich – tak jak w przypadku leków syntetycznych – firmy farmaceutyczne, bo byłoby to wbrew ich interesom.

Przykre to, ale niestety prawdziwe.

Tymczasem naukowcy z Uniwersytetu w Newcastle w Wielkiej Brytanii przebadali grupę diabetyków w wieku około pięćdziesięciu lat. Przez 8 tygodni przestrzegali oni prostej, ale restrykcyjnej diety. Rezultat? Ich glikemia na czczo i po posiłku stopniowo powracała do normy, a trzustki – do swoich normalnych zdolności do produkcji insuliny.

Wszystkie objawy cukrzycy zniknęły na dobre: po upływie 3 miesięcy od powrotu do normalnej diety 64% uczestników badania w dalszym ciągu nie wykazywało żadnych objawów choroby.

 

KŁAMSTWO NR 3

„To tylko normalny skutek starzenia się“

„Niestety nie można nic poradzić na (tu wstaw swój problem, o którym mówisz lekarzowi). Musi Pani nauczyć się z tym żyć…”

Najlepszą bronią do walki z tego typu medyczną niekompetencją jest Twój płaszcz: kiedy słyszysz takie bzdury, bierz go i wychodź.

160-letni szczur, 400-letnia gąsienica 
i Twoje 130. urodziny

Tak, współczesna nauka potrafi sprawić, że niektóre gatunki będą dożywały takiego wieku (liczonego oczywiście jako „wiek zwierzęcy“), pozostając w dobrym zdrowiu. W rzeczywistości naukowcom udało się spowodować, że kilka „glist” przekroczyło obliczoną dla ich gatunku granicę 500 lat.

Oczywiście nikt nie chciałby żyć dodatkowych 40 lat przykuty do wózka inwalidzkiego, charcząc i nie potrafiąc dodać 2 do 2. Ale nie o takim wydłużeniu życia mówią autorzy badań przeprowadzanych na zwierzętach. Udaje im się przedłużyć fazę „wieku średniego“, a nie „wieku starczego“.

Obserwując panujące obecnie trendy, średnia oczekiwana długość życia Twoich dzieci wyniesie 100 lat. 

 

Oto jedno z największych odkryć

Przyznają to nawet lekarze medycyny konwencjonalnej: jeden z hormonów gra kluczową rolę w regulacji Twojego zegara biologicznego. Czy wiesz, który?

Nie, to nie jest melatonina. Oczywiście, jeśli przyjmujesz melatoninę, będziesz dłużej żyć – już dawno udowodniono to w wielu badaniach. Ale to nie jest największe odkrycie.

Nie jest to też DHEA (pod względem ilości główny hormon w organizmie). Jednak jako osiemdziesięciolatek  będziesz mieć zaledwie 5% stężenia DHEA, jakie miałeś w wieku lat dwudziestu. To za mało.

Wiesz, co wspólnego mają osoby chore na raka, choroby serca, nadciśnienie, otyłość, cukrzycę i chorobę Alzheimera? Niski poziom DHEA we krwi. A jednak pomimo to DHEA jest mniej znaczący niż hormon, o którym Ci zaraz powiem.

Nie jest to też testosteron, tymozyna, pregnenolon ani inne przydatne hormony. One wszystkie są daleko w tyle – przy nim grają drugoplanową rolę.

Panie i Panowie, zwycięzcą jest…

HGH!

HGH to ludzki hormon wzrostu. Jeśli chodzi o siłę oddziaływania – żaden inny mu nie dorównuje.

W cytowanym wielokrotnie badaniu z 1990 r. dr Daniel Rudman podał HGH 21 mężczyznom w wieku od 61 do 81 lat. Przeciętny uczestnik badania zyskał 8,8% masy mięśniowej (bez żadnych dodatkowych ćwiczeń) i stracił 14,4% tłuszczu.

Co więcej, powróciło ich zainteresowanie seksem (i mieli lepsze osiągnięcia w tym zakresie), ich skóra zrobiła się grubsza, i odnotowali jeszcze kilka pozytywnych zmian w swoim samopoczuciu, tak jakby ubyło im dziesięć – dwadzieścia lat. Jeden z badanych powiedział:

Budzę się rano, staję przed lustrem i znów widzę 35-latka!

Niestety, kuracja hormonem HGH kosztuje rocznie od 10 do 30 tysięcy dolarów.

Na zawsze pięćdziesięcioletni…

Tak, dzięki HGH pełne aktywności życie do 120 lat jest na wyciągnięcie ręki. Wkrótce ludzie będą dożywać 150 lat albo i więcej.

Ale w jaki sposób? Wszak koszty takiej terapii przekraczają przeciętne możliwości budżetowe!

Niekoniecznie. Twoja przysadka mózgowa wciąż produkuje mnóstwo HGH i będzie tak robić do końca Twoich dni. Problem leży w tym, że z wiekiem do krwi uwalniana jest coraz mniejsza ilość tego hormonu.

Na szczęście istnieją naturalne środki, które powodują większe wydzielanie HGH do krwi. Niektóre z nich działają nawet skuteczniej niż zastrzyki z HGH. A najbardziej niezwykłe jest to, że nie zawierają ani jednej jego molekuły!

Ale hormony to jeszcze nie wszystko

Badania na temat współczesnego żywienia pokazały, że wiele pokarmów przyczynia się do starzenia organizmu, wywołując różne reakcje szkodliwe dla komórek i organów (w szczególności tętnic i mózgu), takie jak:

  • utlenianie, które powoduje śmierć komórek i uszkadza DNA (będąc źródłem nowotworów). Jest ono spowodowane spożyciem pokarmów, których trudno unikać;
  • glikacja: proteiny i cukry (fruktoza i glukoza) łączą się, by stworzyć ciężkie związki, które niszczą Twój organizm. To trochę tak jakby zbyt długo gotować jajko – skutków nie da się cofnąć. Szkody są nieodwracalne. Glikacja występuje także wtedy, gdy spożywasz mięsa pieczone na grillu;
  • stan zapalny: kiedy jest chroniczny, zabija komórki mózgowe, spowalnia krążenie i może powodować powstawanie blaszek miażdżycowych w naczyniach krwionośnych (przez co wywołuje ryzyko zawału i udaru).

Wszystkie te reakcje są przyspieszane nieodpowiednim odżywianiem.

Dobra wiadomość jest taka, że właściwe odżywianie ma z kolei działanie pozytywne: chroni Twoje komórki, wzmacnia ich błony, czyni je młodymi i elastycznymi, wygładza Twoją skórę. Odpowiednia dieta może przyczynić się do reaktywacji niszczonych przez lata funkcji Twojego organizmu.

 

KŁAMSTWO NR 4

„Tylko leki mogą utrzymać Pana ciśnienie krwi na właściwym poziomie“

„Ma Pan ciśnienie 135/95, co oznacza, że przekroczył Pan niebezpieczną granicę. Musi Pan brać lekarstwa, aby to ciśnienie obniżyć”.

Jeśli masz nawet minimalnie wyższe ciśnienie niż to, które uważa się za prawidłowe, lekarze spróbują zmusić Cię do przyjmowania leków do końca życia. Są przekonani o tym, że nadciśnienia nie można wyleczyć, a jedynie trzymać w ryzach za pomocą leków.

I na tym polega problem. To nie ma nic wspólnego z prawdą.

W większości przypadków nadciśnienie nie pojawia się na skutek jakiejś choroby i może być całkowicie wyleczone dzięki zmianie trybu życia. Co więcej, wzrost ciśnienia wraz z wiekiem wcale nie jest nieunikniony, jak to się często uważa. Może być on nieznaczny lub wręcz żaden, jeśli tylko zastosuje się podstawowe zasady zdrowego życia.

Podaję kilka innych czynników, które pomogą Ci obniżyć ciśnienie krwi w sposób naturalny, wśród nich są m.in. tak zaskakujące jak:

  • dieta o niskim indeksie glikemicznym,
  • opalanie się (po kilkanaście minut w godzinach południowych) lub suplementacja witaminy D3 zimą oraz
  • wyeliminowanie z diety napojów gazowanych.

 

KŁAMSTWO NR 5

„Nie można nic poradzić na chorobę Alzheimera”

„Niestety, mam złe wieści – tomografia komputerowa wskazuje na wczesne stadium choroby Alzheimera. Możemy troszkę spowolnić postęp choroby, ale nie ma na nią skutecznego lekarstwa. Musi Pani pomyśleć o zapewnieniu sobie jakiejś opieki”.

Jeśli Ty lub ktokolwiek Ci bliski zaczyna wykazywać choćby najmniejsze symptomy choroby Alzheimera, kieruj się prosto do lekarza specjalizującego się w medycynie naturalnej. Nawet nie próbuj tracić czasu na „konwencjonalnych“ lekarzy.

Choroba Alzheimera dotyka coraz więcej osób – w Polsce cierpi na nią obecnie aż 14% osób po sześćdziesiątym piątym roku życia i aż 40% osób po osiemdziesiątce. To co najmniej 250 000 chorych, z których około 150 000 nie ma jeszcze postawionej diagnozy.

Nie warto więc tracić cennego czasu na konsultacje z osobami, które twierdzą, że nie da się nic zrobić. Bo to nieprawda!

Ale ponieważ musisz działać najszybciej jak to możliwe, już teraz podaję Ci w skrócie najważniejsze zasady, do których warto się stosować:

  1. unikaj węglowodanów,
  2. jedz właściwe tłuszcze,
  3. jedz owoce i warzywa,
  4. jedz jajka,
  5. nie pij wody z kranu (może zawierać aluminium),
  6. pij czerwone wino (w rozsądnych ilościach),
  7. stosuj odpowiednie suplementy diety,
  8. ćwicz – tak ciało, jak i umysł.

 

KŁAMSTWO NR 6

„Twoją jedyną szansą jest chemio- i radioterapia“

„Niestety nowotwór zaatakował już węzły chłonne. Trzeba jak najszybciej rozpocząć chemioterapię i naświetlania”.

Mam ogromną nadzieję, że tych słów nigdy nie usłyszysz. Wraz z całym zespołem Poczty Zdrowia pracujemy w dzień i w nocy, aby dać Ci wszelką istniejącą broń, która może uchronić Cię przed rakiem. Ale nawet, gdybyś dowiedział się, że masz nowotwór, wciąż możesz wyzdrowieć.

Co ważne, nie zawsze jedyną szansą jest to, co lekarze zalecają dziś standardowo: chemioterapia i naświetlania. Słyszę od Czytelników z całego świata wiele historii, które tego dowodzą. Metod pozbycia się nowotworu może być naprawdę wiele.

Problem polega na tym, że ogromna większość lekarzy ich nie zna. Uparcie trzymają się dawnych metod leczenia raka, o których uczyli się na studiach, a z których wiele – jak dowodzą obecne badania – jest NIESKUTECZNYCH.

Niestety tylko niewielka część środowiska medycznego zna najnowsze wyniki badań w tej dziedzinie, a jeszcze mniejsza interesuje się osiągnięciami medycyny naturalnej. Oto przykład:

Pomaga zwalczyć 16 różnych rodzajów raka, 
a „eksperci” wciąż twierdzą, że Ci szkodzi

To niesłychane, że lekarzom oraz marketingowcom udało się z niego zrobić kozła ofiarnego, choć chroni ono organizm niemal przed każdym rodzajem chorób: od nowotworów przez cukrzycę po choroby układu krążenia, demencję i infekcje. Dlatego przestrzegam, nie daj sobie wyprać mózgu ich kampanią strachu przed… słońcem.

Badania naukowe wykazały, że witamina D, którą w sposób naturalny wytwarza Twój organizm podczas kąpieli słonecznych, redukuje zagrożenie nowotworem, pod warunkiem utrzymywania się jej stężenia w osoczu na poziomie minimum od 40 do 50 ng/ml. 
Jest to bardzo dobra wiadomość, ponieważ podnoszenie poziomu witaminy D w organizmie jest wyjątkowo łatwe i przyjemne. Wystarczy regularnie zażywać kąpieli słonecznych i jeść tłuste ryby (na przykład łososia, sardynki, makrele…) przyrządzane w niskiej temperaturze, a także niektóre drożdże.

I choć witamina D jest nam niezbędna, to od kilku dekad lekarze i kosmetolodzy zalecają okrywanie się przed słońcem, smarowanie skóry kremami z wysokim filtrem itp. Podtrzymują te zalecenia, mimo że w badaniu, którego wyniki opublikowano w Journal of the National Cancer Institute w 2002 r., nie znaleziono (na podstawie obserwacji 603 uczestników chorych na raka skóry) żadnego powiązania pomiędzy oparzeniem słonecznym, opalaniem, ekspozycją na promienie słoneczne a występowaniem różnych form raka skóry.

Wielu naukowców, w tym dr William Grant, opublikowało w prestiżowych czasopismach medycznych artykuły potwierdzające, że racjonalne korzystanie ze słońca w Stanach Zjednoczonych mogłoby obniżyć liczbę zachorowań na raka (o 185 000 rocznie) i pozwolić na uniknięcie 30 000 zgonów spowodowanych rakiem piersi, jajników, prostaty, macicy, przełyku, odbytu, żołądka i pęcherza moczowego. Dla porównania: co roku w Stanach Zjednoczonych na raka skóry umiera 7500 osób.

Oznacza to, że korzyści wynikające z przebywania na słońcu, a w szczególności zmniejszenie ryzyka zachorowania na inne rodzaje nowotworów, znacznie przewyższają potencjalne ryzyko powstania nowotworów skóry, a przede wszystkim czerniaka (ten efekt uboczny ekspozycji na słońce jest zresztą nadal przedmiotem dyskusji).

Jeżeli nie będziemy korzystać ze słońca lub będziemy smarować się kremami z najwyższym filtrem, narazimy się na niedobór witaminy D, który może zwiększyć ryzyko zachorowania na raka.

Również w tym przypadku 
zapobieganie prowadzi do katastrofy

Choć badania naukowe wskazują, że jest to szkodliwe, wciąż na ogromną skalę prowadzi się badania przesiewowe na obecność antygenu PSA. Co roku setki tysięcy mężczyzn przechodzą niepotrzebne katusze. Wielu z nich musi poddać się biopsji prostaty lub bolesnemu i zupełnie niepotrzebnemu zabiegowi usunięcia tego gruczołu.

Powinieneś wiedzieć, że mimo iż większość lekarzy i urologów uważa, że stężenie antygenu PSA ponad 4 ng/ml oznacza pojawienie się problemu, to jednak 80% mężczyzn, u których stężenie antygenu PSA wynosi pomiędzy 4 a 10 ng/ml, choruje na łagodny przerost gruczołu krokowego, który nie ma nic wspólnego z rakiem, a także, że wynik taki może być spowodowany innymi przyczynami, na przykład stanem zapalnym lub przyjmowaniem leków (takich jak ibuprofen).

Badania pozwalające określić stężenie antygenu PSA we krwi służą co prawda wykryciu raka, ale nie potrafią jednoznacznie określić, czy jest to łagodny i powoli rozwijający się nowotwór, który nie przysparza problemów, czy też jest to bardziej agresywny rodzaj raka.

Tymczasem wzrost liczby komórek nowotworowych w prostacie odbywa się w większości przypadków niezmiernie powoli. I to tak powoli, że pomimo pojawienia się guza, 80% mężczyzn, u których wystąpi „nowotwór prostaty” nie zdąży nawet tego zauważyć, bo… umrą oni z całkiem innych przyczyn!

Co więcej, badanie stężenia antygenu PSA jest jak rzut monetą: pozwala ono na zdiagnozowanie jedynie 3,8% rzeczywistych przypadków raka; oznacza to, że 96,2% nowotworów pozostaje niezdiagnozowane!

Autorytety medyczne, w tym nawet dr Richard Ablin – ten sam, który odkrył antygen PSA w 1970 roku – apelują, aby nie prowadzić już badań przesiewowych w kierunku raka prostaty za pomocą badania stężenia antygenu PSA w osoczu. Jednak wielu lekarzy wciąż zaleca je swoim pacjentom.

 Jak skarby natury mogą Ci pomóc w walce z rakiem. Oto tylko niektóre przykłady:

  • Kurkuma przyczynia się do samozniszczenia komórek nowotworowych oraz zakłóca ich rozmnażanie się. Ale niezbędne jest zmieszanie kurkumy z tłuszczem (na przykład z oliwą z oliwek) i pieprzem, aby Twój organizm mógł przyswoić tę substancję.

  • Zielona herbata zawiera duże ilości galusanu epigallokatechiny (EGCG) z rodziny polifenoli. Podczas badań laboratoryjnych badacze zaobserwowali, że substancja ta jest w stanie powstrzymać rozwój nowotworu. Z pewnością istnieje różnica między tym, co dzieje się w laboratorium, a wnętrzem ciała ludzkiego, ale wiele badań dowiodło, że smakosze zielonej herbaty rzadziej chorują na raka.

    Powinieneś jednak wiedzieć, że ta najbardziej rozpowszechniona – chińska zielona herbata – zawiera niewiele EGCG. O ile tylko masz takie możliwości, lepiej pij japońską – bogatszą w EGCG.

  • Awokado i rak: awokado jest od dawna znane ze swoich właściwości antycholesterolowych i zdolności do utrzymania w zdrowiu układu krążenia. Nowością zaś są najnowsze wyniki badań dr. Stevena M. D’Ambrosio i jego współpracowników z Ohio State University w Stanach Zjednoczonych. Wskazują one na to, że składniki fitochemiczne wyciągu z awokado Haas (odmiana o czerwonawej i ciemnej skórce) potrafią zniszczyć komórki rakowe, a stosowane doustnie – uniemożliwiają przekształcanie się komórek w stanach przedrakowych w nowotworowe.

 

KŁAMSTWO NR 7

„Każdy cierpi na reumatyzm”

„To zdarza się każdemu, ja też mam pewne dolegliwości reumatyczne. Nie ma na to lekarstwa, ale zawsze można brać leki przeciwbólowe”.

Choroby stawów to powszechne dolegliwości, z powodu których co roku miliony ludzi udają się do lekarza (w Polsce cierpią na nie przynajmniej 2 miliony osób). Dla przemysłu farmaceutycznego zaś – to kura znosząca złote jaja, wykorzystywana do granic przyzwoitości, co doprowadziło m.in. do wybuchu skandalu z lekiem Vioxx.

A ponieważ są to choroby bardzo uciążliwe, to cierpiące na nią osoby przez długie lata sięgają garściami po leki przeciwzapalne, sterydy i syntetyczne analgetyki (leki przeciwbólowe).

Leki początkowo przynoszą ulgę. Cud – nagle znów możesz otwierać słoiki, łupać orzechy, uprawiać ogródek! Przez kilka miesięcy – ba, może nawet lat – na nowo odkrywasz drobne życiowe przyjemności.

Po pewnym czasie ataki choroby stają się jednak silniejsze i coraz dłuższe.

W dobrej wierze łykasz pigułkę za pigułką – przez siedem, dziesięć, piętnaście dni… aż zauważasz, że nie tylko leki są już mniej skuteczne, ale dodatkowo całkiem rozregulował się Twój układ trawienny. Biegunki, zaparcia, bóle brzucha, wreszcie krwawienia – zaczynasz się niepokoić. Pojawia się pytanie: czy kontynuować leczenie, czy bóle stawów nie były jednak mniejszym złem…

Dzisiejsze lekarstwa, również te najnowocześniejsze, jedynie uśmierzają ból. Zupełnie nie oddziałują na chrząstkę, która ulega postępującej degeneracji.

To dlatego są przydatne jedynie na krótką metę. W dłuższym okresie ich skuteczność maleje i wreszcie całkowicie zanika, wraz z zanikiem tkanki chrzęstnej. Wówczas działanie leków ogranicza się  tylko do wywoływania skutków ubocznych, a te potrafią być niebezpieczne!

Jest jednak i dobra wiadomość: ostatnie badania naukowe wykazały, że medycyna naturalna oferuje niezwykłe sposoby na chorobę zwyrodnieniową stawów. Wiemy już dziś, że składniki naturalne mogą nie tylko uśmierzyć ból, ale także odbudować zniszczoną chrząstkę. W wielu badaniach okazało się, że pacjenci dotknięci artrozą cofnęli swój zegar biologiczny o całe lata.

Odzyskali oni dawną sprawność bez niepożądanych skutków ubocznych. Niektórzy zdołali uniknąć lub przynajmniej opóźnić wstawienie protezy kolana.

 

Nieświadomość to nie błogosławieństwo.
To śmierć

Jak pokazałem Ci przed chwilą, lekarze powtarzają wiele kłamstw – potencjalnie śmiertelnie groźnych kłamstw – nawet o tym nie wiedząc.

Ale to nie ich wina. Po prostu na uczelniach medycznych nikt nie uczył ich o wspaniałych, bezpiecznych, naturalnych lekach, które są wokół nas. Nie piszą też o nich czasopisma medyczne. To wstyd, ale współczesna medycyna jest tak zdominowana przez tabletki i skalpele, że te leki naturalne, które przecież nie mogą zostać opatentowane przez koncerny farmaceutyczne (czyli są tanie i trudno je poddać odgórnym regulacjom) są zamiatane pod dywan przez kolejne przyjazne przemysłowi farmaceutycznemu rządy.

Jednak pomimo, że większość lekarzy nie ignoruje tych naturalnych leków celowo, ich brak wiedzy nadal może zabić – Ciebie albo kogoś Ci bliskiego. Właśnie dlatego, jeśli chcesz być zdrowy, pełen energii i żyć długo w dobie epidemii chorób cywilizacyjnych, sam musisz zdobyć tę wiedzę, której Twój lekarz nie posiada.

Czemu miałbyś umrzeć 
na tzw. „śmiertelną” chorobę?

Niemal każdy, kogo znasz, umrze z powodu choroby, której można zapobiec lub ją wyleczyć. Nie dołączaj do tego grona!

Obecne wyniki badań są jednoznaczne: wielu chorobom można zapobiec, można je też czasem wyleczyć, po prostu zmieniając swój sposób odżywiania oraz wyrównując niedobory substancji odżywczych w organizmie. Z gwarancją, że nie wystąpią żadne niepożądane efekty uboczne.

To przeciwieństwo leków syntetycznych, które choć, bywają skuteczne, to niestety, często wywołują niezwykle szkodliwe skutki uboczne w innych organach.

Na przykład:

  • Aspiryna jest skutecznym środkiem przeciwbólowym, ale jednocześnie… uszkadza błonę śluzową żołądka. Może spowodować poważne krwawienia i wrzody w Twoim układzie trawiennym.
  • Kortyzon redukuje stany zapalne, ale pobudza też infekcje. Na dłuższą metę powoduje osteoporozę, cukrzycę, rozregulowanie hormonalne, opuchliznę na twarzy i problemy skórne.
  • Antybiotyki zabiją niektóre bakterie, ale… uszkadzają florę jelitową. Osłabiają też system immunologiczny i mogą być toksyczne dla wątroby i nerek. Przyczyniają się do rozwoju drożdży, które mogą zainfekować jamę ustną (pleśniawki), oraz powodują grzybicę narządów płciowych.

Natomiast medycyna naturalna przynosi korzyści całemu organizmowi, wpływając zbawiennie na jego stan. Ogólnie rzecz biorąc, produkt naturalny, który daje miejscowe korzyści, tak naprawdę wpływa pozytywnie na Twoje zdrowie w różnych innych obszarach.

Kiedy, przykładowo, przyjmujesz witaminę D, aby wzmocnić kości, naukowcy dowodzą, że redukujesz jednocześnie zagrożenie chorobą nowotworową. Kwasy omega-3, które zmniejszają ryzyko chorób sercowo-naczyniowych, poprawiają również samopoczucie psychiczne (efekt antydepresyjny) i redukują degenerację mięśni.

Ale uwaga: substancje te, choć są naturalne, nie mogą być nigdy stosowane nieostrożnie. W każdym przypadku, a zwłaszcza kiedy przyjmujesz konwencjonalne leki syntetyczne, musisz zapytać o zdanie swojego lekarza, zanim podejmiesz jakiekolwiek nowe leczenie.

Jest to ważne, ponieważ mimo wszystko większość produktów naturalnych zawiera substancje aktywne. Nie mają one niepożądanych skutków ubocznych, ale ryzyko interakcji i przedawkowania zawsze istnieje.”

Życzę zdrowia,
Jean-Marc Dupuis

Czasem wydaje ci się, że kogoś dobrze znasz…

 

…i nagle stajesz oko w oko z tym obcym, wstrętnym stworem.

 

vvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvv

 

Gdy negatywne emocje tobą zawładną,

stworzą sytuację akceptującą energię, nastrojoną na własną częstotliwość. Emocje moją wtedy czym się karmić. Ból może się żywić tylko bólem. Nie może się żywić radością. Po prostu jej nie trawi. Z chwilą gdy ciało emocjonalne przejmie władzę nad, twój apetyt na ból wzrośnie. Staniesz się ofiarą lub oprawcą. Zechcesz zadawać cierpienie albo cierpieć – jedno drugiego zresztą nie wyklucza: tak naprawdę niewielka to różnica. Oczywiście nie jesteś tego świadom i będziesz twierdził z zapałem, że wcale bólu nie pragniesz. Ale jeśli uważniej się przyjrzysz, zobaczysz, że twoje myślenie i zachowanie podporządkowane jest temu, aby ból nie ustawał -zarówno twój własny, jak i cudzy. Gdybyś był tego świadom, cały ten schemat by się rozsypał, bo trzeba być obłąkanym, żeby pragnąć bólu, a nikt nie jest obłąkany świadomie.

Każde bolesne emocjonalnie doznanie pozostawia w pamięci po sobie cierpienie. Żyje ono w tobie jeszcze długo po fakcie, miesza się z zadawnionym bólem, który wcześniej w sobie miałeś, i wrasta w umysł i ciało. Zasada ta oczywiście dotyczy także wszystkiego, co wycierpiałeś w dzieciństwie z powodu nieświadomości świata, w którym zdarzyło ci się urodzić. Z nagromadzonego bólu powstaje negatywne pole energetyczne, wypełniające twoje ciało i umysł. Jeśli masz wrażenie, że jest to niewidzialny, odrębny byt, niewiele się mylisz. Z bólu emocjonalnego powstaje bowiem ciało emocjonalne.

Ma ono dwa tryby istnienia: utajony i czynny. U jednej osoby może przez dziewięćdziesiąt procent czasu pozostawać w uśpieniu, natomiast u innej, głęboko nieszczęśliwej, potrafi być stale aktywne. Niektórzy ludzie uczestniczą w życiu niemal wyłącznie za pośrednictwem swojego ciała emocjonalnego, inni zaś mogą odczuwać jego obecność tylko w pewnych okolicznościach – na przykład w związkach osobistych albo w sytuacjach kojarzących się z niegdysiejszą stratą lub porzuceniem, z fizycznym bądź emocjonalnym zranieniem itp. Ciało emocjonalne może dać znać o sobie pod wpływem jakiegokolwiek bodźca, zwłaszcza gdy uruchamia on echa dawnej bolesnej prawidłowości. Kiedy gotowe jest zbudzić się ze snu, wystarczy myśl czy też niewinna uwaga kogoś z najbliższego otoczenia, żeby je uruchomić.

Niektóre ciała emocjonalne są nieznośne, ale stosunkowo mało szkodliwe – trochę jak rozkapryszone dziecko. Zdarzają się też jednak złośliwe, niszczycielskie potwory, istne demony. Część z nich posługuje się przemocą fizyczną, ale znacznie liczniejsze uciekają się do przemocy w sferze emocjonalnej. Jedne napastować będą ludzi z twojego bliższego lub dalszego otoczenia, podczas gdy inne zaatakują ciebie – swojego żywiciela. Myśli i uczucia, które budzą w tobie własne życie, przybierają wtedy głęboko negatywny, autodestrukcyjny odcień. Często bywa to przyczyną schorzeń i nieszczęśliwych wypadków. Niektóre ciała emocjonalne doprowadzają swoich żywicieli do samobójstwa.

 

To nie my znajdujemy Prawdę. To Prawda znajduje nas. Musimy się tylko przygotować.

Czy można zaprosić gościa, którego się nie zna? Nie. Ale można wysprzątać dom tak, że kiedy ten przyjdzie, będziemy gotowi przyjąć go i poznać. Gdy się jest cierpliwym dostrzega się Prawdę – przez chwilę gdy przemawia Wewnetrzny  Głos. Ale owa chwila wystarcza, aby mieć pewność, że pochodziła ona z doświadczenia. Nie z doświadczenia innych, a własnego. To owa pewność podtrzymuje poszukiwania i rozwój. Przede wszystkim trzeba uspokoić umysł. Tylko wtedy będzie można słuchać Wewnętrznego Głosu, który jest w nas. Nie można być niecierpliwym, gdyż intuicja, która otwiera świadomość, przychodzi rzadko. Może to być tylko kropla, ale kiedy się pojawia, jest jak ocean. Głos, który wtedy przemawia, to Głos Człowieka Kosmicznego, Głos „Wyższego Ja” Głos Boga. Nazwać go można dowolnie.

Ale to ten Głos, istnieje i jest, jest tym prawdziwym, ponieważ Ty i To nie jesteście osobno. Ty jesteś Tym. Tak więc pozostawieni jesteśmy samym sobie – i taka jest sytuacja człowieka, który traktuje ten problem poważnie. Gdy już nie oglądasz się na nikogo i od nikogo nie oczekujesz pomocy, wtedy jesteś na tyle wolny, by dokonywać odkryć. Wolność wyzwala też energię; ale wolność nie może zrobić nic złego.

Wolność jest zupełnie różna od buntu. Od tej chwili nie ma w nas strachu, a umysł, który się nie boi, jest zdolny do wielkiej miłości. A miłość może czynić, co zechce. Toteż wypada nam teraz uczyć się siebie samych – nie opinii jakiegoś psychoanalityka lub filozofa, bowiem gdy uczymy się siebie według kogoś innego, uczymy się tylko jego, a nie siebie. Przystępujmy zatem do uczenia się tego, czym aktualnie jesteśmy..

Jeśli wczorajsze doświadczenie czegoś nas nauczyło, to staje się ono nowym autorytetem – ten autorytet dnia wczorajszego jest równie szkodliwy jak autorytet sprzed tysięcy lat. Aby zrozumieć siebie, nie potrzeba wcale ani autorytetu dnia wczorajszego ani autorytetu sprzed tysięcy lat, ponieważ jesteśmy żywymi istotami zawsze w ruchu, nigdy w spoczynku. Gdy patrzymy na siebie podług martwego autorytetu z dnia wczorajszego, nie udaje nam się zrozumieć żywego ruchu ani piękna i wartości tego ruchu.

Aby być wolnym od wszelkiego autorytetu, własnego i cudzego, trzeba umrzeć dla wszystkiego co wczorajsze tak, aby nasz umysł był zawsze świeży, zawsze młody, nieskalany – pełen energii i pasji. Tylko w tym stanie człowiek się uczy i obserwuje.

Do tego potrzeba wielkiego stopnia czujnej świadomości, świadomości tego, co się w nas dzieje, bez poprawiania czegokolwiek i bez osądzania, co być powinno, albowiem w chwili, gdy cokolwiek poprawiamy, stanawiamy zarazem nowy autorytet, nową cenzurę.

Tak więc przystępujmy do badania siebie samych, ale nie w ten sposób, że jedna osoba wyjaśnia, a my w miarę słuchania zgadzamy się lub nie zgadzamy z nią; chodzi o to, by podjąć podróż, odkrywczą podróż do najtajniejszych zakątków swego umysłu. By podjąć taką podróż, musimy czuć się lekko; nie możemy dźwigać brzemienia opinii, przesądów i wniosków – całego starego wyposażenia, zgromadzonego w ciągu ostatnich dwóch lub wielu tysięcy lat. Zapomnimy o wszystkim, co wiemy o sobie; zapomnijmy o wszystkim, co kiedykolwiek myśleliśmy o sobie; startujmy z miejsca, w którym nic o sobie nie wiemy. Zacznijmy swą podróż, pozostawiwszy poza sobą wszelkie wspomnienie dnia wczorajszego – zacznijmy rozumieć siebie po raz pierwszy.

W artykule skorzystałem z tekstów J.Krishnamurti i Eckahart Tolle

 

Medytacja w ciszy nocnej,

Zauważam w sobie wszelkie przejawy niezadowolenia: irytację, zniecierpliwienie, zasępienie, chęć czynienia krzywdy, gniew, przygnębienie, pragnienie żeby w moim związku osobistym pojawiła się nuta dramatu. Te przejawy mogą znaczyć, że moje ciało emocjonalne próbuje zbudzić się z uśpienia. Jeśli rzeczywiście się zbudzi, natychmiast zmuszony jestem zareagować.

Ciało emocjonalne walczy o przetrwanie – tak jak każdy byt. Przetrwać zaś zdoła tylko pod warunkiem, że skłoni mnie, abym bezwiednie z nim się utożsamił. Może wtedy działać z ukrycia, przejąć władzę, „stać się mną” i za moim pośrednictwem żyć. Potrzebuje mnie jako narzędzia zdobywania „pokarmu”. Będzie się żywiło każdym doznaniem, które wibruje pokrewną mu energią – wszystkim, co rodzi nowy ból pod jakąkolwiek postacią: gniewu, skłonności niszczycielskich, nienawiści, rozpaczy, dramatycznych emocji, przemocy, a nawet choroby.

 

 


Autor: Marcin Sznajder
Linkowanie do strony wydruku (tej strony) jest zabronione

Wi-Fi obniża płodność mężczyzn


 

Zwiększ swoją płodność.  Wróć do obierania ziemniaków…

 

Trzymanie laptopa na kolanach może obniżać płodność! – przekazano nam w 2004 r. niepokojące wyniki badań.

Jądra znajdują się w worku skórnym mężczyzn – w mosznie – na zewnątrz jamy brzusznej po to, by ich temperatura była nieco niższa niż temperatura ciała. Jest to konieczne do wytwarzania plemników (spermatogenezy). 

Tymczasem ciepło emitowane przez przenośny komputer, szczególnie gdy trzyma się go w pozycji siedzącej na kolanach,podwyższa temperaturę moszny chroniącej jądra i utrzymującej je w stałej temperaturze. Naukowcy z dziedziny urologii z Uniwersytetu Nowojorskiego odnotowali wzrost temperatury moszny w takich przypadkach o 2,88°C. Przestrzegają więc, że takie złe nawyki dotyczące sposobu korzystania z laptopa mogą „negatywnie wpłynąć na spermatogenezę, zwłaszcza wśród nastolatków i młodych mężczyzn”1.

Pogrom plemników

Tymczasem inne, przeprowadzone niedawno badanie wykazało, że jeszcze groźniejsze niż ciepło emitowane z laptopa są fale radiowe (podczas połączenia Wi-Fi), które zmniejszają ruchliwość plemników, czyli ich skłonność do spontanicznego się przemieszczania. Ta duża ruchliwość jest niezbędna, by plemniki zdołały pokonać drogę przez macicę aż do komórki jajowej i mogły ją zapłodnić.

Badacze stwierdzili również podwyższoną fragmentację DNA, czyli zmiany w kodzie genetycznym, które również mogą obniżać płodność.

Aby potwierdzić te wnioski, argentyńscy i amerykańscy naukowcy umieścili pochodzące od 29 ochotników plemniki w niewielkich pojemnikach, które położyli wokół włączonego laptopa połączonego z Wi-Fi (systemem bezprzewodowej łączności, wykorzystywanym do połączeń z internetem i wymiany korespondencji elektronicznej). Po upływie zaledwie czterech godzin zaobserwowano znaczące zmniejszenie ruchliwości plemników i modyfikację informacji genetycznej w DNA w porównaniu z nasieniem przechowywanym w innym miejscu2.

A przecież mężczyzna, pracując z laptopem na kolanach, często ma uruchomioną kartę sieciową Wi-Fi swojego komputera zaledwie kilka centymetrów od jąder – prawie bez żadnej ochrony. Wpływ na jego plemniki jest zapewne taki sam jak w opisanym eksperymencie.

Pole magnetyczne niskiej częstotliwości uszkadza żywe tkanki

Bez wątpienia podobne skutki może wywołać noszenie przez mężczyzn telefonu komórkowego w kieszeni spodni.

Pole magnetyczne niskiej częstotliwości, wykorzystywane między innymi przez telefony komórkowe, wpływa na wytwarzanie wolnych rodników, które powodują utlenianie cząsteczek takich jak kwasy tłuszczowe, białka i kwasy nukleinowe (DNA). Wolne rodniki reagują z wielonienasyconymi kwasami tłuszczowymi zawartymi w błonie komórkowej, wywołując proces zwany peroksydacją lipidów.

Tymczasem błona komórkowa ludzkich plemników również zbudowana jest z wielonienasyconych i niezestryfikowanych kwasów tłuszczowych. Pod wpływem wolnych rodników ulega ona uszkodzeniu, co prowadzi do osłabienia spontanicznej ruchliwości plemników, a w dalszej kolejności do obumierania komórek i modyfikacji DNA.

A przecież do poczęcia zdrowego dziecka potrzebna jest całość informacji genetycznej zawartej w DNA plemnika. Fragmentacja DNA nasienia kojarzona jest z obniżeniem płodności, nieprawidłowym rozwojem zarodka, podwyższoną liczbą poronień i większą umieralnością noworodków, szczególnie z powodu raka3, 4.

Komputery na stół

Najprostszym sposobem ochrony jest trzymanie laptopa nie bezpośrednio na kolanach, lecz na stole lub biurku. Niezależnie od wszystkiego, w miarę możliwości warto wyłączać Wi-Fi i korzystać z połączenia przewodowego.

Jeśli zaś chodzi o telefony komórkowe – najlepiej unikać noszenia ich w kieszeni spodni, a jeszcze lepiej wyłączać, gdy to tylko możliwe. Dużo zdrowiej jest spotkać się z przyjaciółmi niż do nich telefonować.

Życzę zdrowia!
Jean-Marc Dupuis

Źródła

1. Yefim Sheynkin, Michael Jung, Peter Yoo, David Schulsinger, et Eugene Komaroff, Department of Urology and General Clinical Research Center, State University of New York at Stony Brook, Human Reproduction Vol. 20, No. 2 pp. 452–455, 2005.

2. Fertil Steril, November 23, 2011; 10.1016/j.fertnstert.2011. 10.012.

3. Avendano C, Franchi A, Duran H, Oehninger S. DNA fragmentation of normal spermatozoa negatively impacts embryo quality and intracytoplasmic sperm injection outcome. Fertil Steril 2010; 94:549–57.

4. Aitken RJ, De Iuliis GN. Origins and consequences of DNA damage in male germ cells. Reprod Biomed Online 2007; 14:727–33.

To były czasy

Wróć do obierania ziemniaków… zwiększ swoją płodność

Fotki – archiwalne z rejsu jachtem  Merkury. (przepraszam za jakość) Cel rejsu : dwa tygodnie bez dojścia do portu (Bałtyk w okresie jesiennym) To były czasy….Po takim rejsie, ech, każda spódniczka… intrygowała.   Mówiło się: „gdy się ściemni to się wyjaśni” – latarnie zapalone na brzegu „wyjaśniały” pozycję jachtu. GPS-a nie było. Komórek nie było. Laptopów też. Za to płodność ludzi morza (podobno) była 100 procentowa. Wygląda na to, że „lepsze jest wrogiem dobrego”  

 


Autor: Marcin Sznajder

Sekret życia…

 

…tkwi w tym, żeby „umrzeć, zanim umrzemy” i stwierdzić, że śmierci nie ma.

Pewien młodzieniec przeszedł przez pustynie i w końcu dotarł do klasztoru, gdzie pozwolono mu wziąć udział w jednym z kazań opata. Tego popołudnia opat mówił o znaczeniu pracy w polu. Kiedy skończył, młodzieniec rzekł do jednego z mnichów:

– Doprawdy jestem zaszokowany. Spodziewałem się, że usłyszę światłe kazanie o grzechu i cnocie, a opat mówił tylko o pomidorach, nawadnianiu, i tym podobnych rzeczach. Tam, skąd pochodzę, wszyscy wierzymy, że Bóg jest łaską i że jedyne, co mamy robić, to modlić się. Mnich uśmiechnął się i powiedział:

– My tu wierzymy, że Bóg wykonał swoją część, a reszta należy do nas.

—————–

Chleb – „owoc ziemi i pracy rąk ludzkich” – jest podstawowym pokarmem naszej cywilizacji. Nadszedł jednak czas, gdy warto pożegnać się z białym pieczywem. Oto dlaczego:

1. Zbyt zmodyfikowane

Pszenicy nie można już dziś uznać za pokarm zdrowy i odpowiedni dla wszystkich. Nawet ekologiczna czy pełnoziarnista jest obecnie wysoce zmodyfikowaną hybrydą. Zawiera zbyt wiele glutenu (białka, które ma tendencję do podrażniania ścian jelit), a znacznie mniej minerałów i witamin niż pszenica sprzed stu lat.

To wielka szkoda, ponieważ ten niegdyś pełnowartościowy pokarm dziś stosowany jest w mąkach oraz dodawany do żywności głównie jako substancja zagęszczająca.

2. Zbyt ubogie w błonnik, witaminy i minerały

Mąkę, z której wypieka się białe pieczywo, pozbawia się najpierw najcenniejszych składników, aby… nakarmić nimi świnie i inne zwierzęta hodowlane. Pszenica pełnoziarnista nie jest zdrowa, ale przynajmniej zawiera błonnik, witaminy i minerały. Tymczasem w procesie produkcji białej mąki z ziaren pszenicy usuwa się zarodki wraz z otrębami.

To, co pozostaje, zawiera śladowe ilości błonnika i jest ubogie w minerały i witaminy. W zasadzie niewiele różni się od skrobi. To kalorie w czystej postaci, bez cennych składników odżywczych.

Doszliśmy już do takich absurdów, że papierowe pudełko po płatkach śniadaniowych może zawierać podobną ilość mikroelementów, co same płatki. O ile nie więcej…

I nie daj się zwieść etykietom informującym, że płatki „wzbogacono” w witaminy (odnosisz więc wrażenie jakby dodano je do tych istniejących). Niektóre płatki „wzbogaca się” właśnie dlatego, że są one tak bardzo ubogie w składniki odżywcze – zaalarmowali o tym naukowcy już w 1945 r. Część producentów dodaje zatem 3 lub 4 witaminy i trochę żelaza. Ale to tak, jakby ktoś ukradł nam z konta 10 tysięcy złotych, a potem postanowił nas „wzbogacić”, wręczając 2 złote.

3. Zbyt słone

Współczesny chleb jest zbyt słony. Kilogram zawiera zwykle około 19 g soli. Jedna bagietka (250 g) zawiera 4,7 g soli , czyli prawie tyle, ile wynosi maksymalne dzienne spożycie zalecane przez WHO – Światową Organizację Zdrowia (5 g dziennie na osobę). W raporcie AFSSA (Francuskiej Agencji ds. Bezpieczeństwa Żywności) opublikowanym w 2002 r., chleb (i suchary) znalazły się na czele listy produktów na co dzień dostarczających nam soli.

Tymczasem chleb wyprodukowany bez dodatku soli powinien zawierać zaledwie od 0,2 do 2,2 g chlorku sodu na kilogram.

4. Zbyt słodkie

Białe pieczywo nie należy już do cukrów wolno przyswajalnych. Bez wątpienia jest cukrem „szybkim”, o wysokim indeksie glikemicznym, który powoduje gwałtowny wyrzut insuliny i reaktywną hipoglikemię.

Indeks glikemiczny określa wpływ spożywanych pokarmów na glikemię (stężenie glukozy we krwi) mierzoną co 15 minut przez dwie godziny po jedzeniu.

Indeks równy 100  odpowiada czystej glukozie, indeks równy 90 białemu pieczywu, które – jak już wyjaśniłem – jest czystą skrobią, a skrobia to nic innego niż łańcuch cząsteczek glukozy.

Oznacza to, że spożywanie białego pieczywa jest gorsze niż zajadanie się kostkami cukru. Gwałtownie podwyższa poziom cukru we krwi, zakłócając pracę trzustki, a także powoduje pik insulinowy, co z czasem może doprowadzić do insulinooporności, cukrzycy, otyłości i chorób sercowo-naczyniowych.

5. Zbyt bogate w gluten

Dzisiejsze zboża, będące efektem różnych modyfikacji, zostały wyselekcjonowane ze względu na wysoką zawartość glutenu. Gluten to mieszanina białek – im więcej go w mące, tym wypiekany z niej chleb będzie bardziej wyrośnięty, elastyczny i miękki. Takie pieczywo wygląda ładniej i ma większą objętość, więc lepiej się sprzedaje.

Problem w tym, że układ trawienny wielu z nas nie toleruje glutenu w takich ilościach, w jakich dostarcza nam go współczesne pieczywo. Nietolerancja glutenu zaś powoduje zmęczenie, bóle brzucha, biegunkę, refluks żołądkowo-przełykowy, problemy ze stawami, egzemę, a nawet może powodować zaburzenia neurologiczne.

Czas na rewolucję?

Filozof Guy Debord dziwi się, że piekarzom udało się zastąpić prawdziwy chleb imitacją, nie wywołując przy tym rewolty. Przecież jeszcze przed rewolucją francuską z 1789 r. próby fałszowania chleba zakończyły się… zamieszkami społecznymi. Tymczasem współcześnie, około dziesięciu lat temu z większości krajów europejskich prawie zniknął chleb – zastąpiono go pseudochlebem (mąki nieodpowiednie do wypieku chleba, chemiczne substancje spulchniające oraz elektryczne piece), a to potworne wydarzenie nie tylko nie wywołało żadnej spektakularnej fali protestów, ale nawet nikt o tym głośno nie wspomniał1.

Wniosek

Sardynki, sałatę, jajka na twardo czy szynkę można równie dobrze jeść bez chleba. A co ważne, poczujesz się po takim posiłku lekko i energetycznie.

Życzę zdrowia
Jean-Marc Dupuis

Źródło

1.  Guy Debord, Encyclopédie des nuisances, tome I, fascicule 5, 1985

 

 

 O pochwale „zdrowego rozsądku” 

Uwolnij się od „pseudo- białego – pieczywa: Po trzykroć – TAK!

Zrobisz to „natychmiast”  w „Tu i Teraz” gdy uwolnisz się z niewoli pseudo-czasu i  pseudo-umysłu. 

 

„Wyobraźmy sobie Ziemię bez ludzi, zamieszkaną wyłącznie przez rośliny i zwierzęta. Czy na takiej planecie nadal istniałaby przeszłość i przyszłość? Czy można by na niej w jakikolwiek sensowny sposób mówić o czasie? Pytania w rodzaju „Która godzina?” lub „Który dzisiaj?”- gdyby w ogóle ktoś jeszcze mógł je zadać – nic by nie znaczyły. „Jaka znowu godzina?” – zdziwiłby się. „Przecież to jasne, że teraz jest teraz. Coś poza tym istnieje?”

Umysł i czas są nam, owszem, potrzebne do funkcjonowania w tym świecie, ale w pewnej chwili przejmują władzę nad naszym życiem i właśnie wtedy pojawiają się w nim rozmaite zaburzenia, ból i smutek. Aby zapewnić sobie trwałą władzę, umysł nieustannie usiłuje przesłonić teraźniejszość przeszłością i przyszłością. W ten sposób żywotność i nieskończone możliwości twórcze istnienia, nierozdzielnie związane z obecną chwilą, przesłania czas, a prawdziwą naszą naturę – umysł.

W ludzkim umyśle gromadzi się coraz cięższe brzemię czasu. Wszyscy pod nim się uginamy, zarazem jednak powiększając je, ilekroć ignorujemy lub negujemy drogocenną teraźniejszość lub wyznaczamy jej skromną rolę narzędzia, pozwalającego dotrzeć do którejś z następnych chwil, choć te istnieją jedynie w umyśle, a nigdy w rzeczywistości. Czas, nagromadzony zarówno w umysłowości zbiorowej, jak i w umysłach poszczególnych osób, zawiera też niezmierzone osady bólu, wyniesionego z przeszłości. Jeśli zapragniemy zaniechać przysparzania cierpień sobie i innym, jeśli nie chcemy pomnażać osadów zastarzałego bólu, który wciąż w nas żyje , przestańmy stwarzać czas, a przynajmniej twórzmy go tylko tyle, ile koniecznie potrzebujemy, żeby uporać się z praktyczną stroną życia.

Pamiętajmy, że emocja jest reakcją ciała na poczynania umysłu. A jakiś to komunikat nieustannie przekazuje ciału Ego – to fałszywe „Ja”, które umysł zmajstrował? „Uwaga, coś mi grozi”. Jaką zaś emocję wywołuje ten ciągły sygnał? Oczywiście lęk. Na pozór miewa on rozmaite przyczyny. Jest lęk przed stratą, lęk przed porażką, lęk przed zranieniem itd., ale w gruncie rzeczy każdy rodzaj lęku to po prostu strach Ego przed śmiercią, zagładą. Z punktu widzenia Ego śmierć nieustannie czyha tuż za rogiem. Gdy utożsamiamy się z umysłem, lęk przed śmiercią wywiera wpływ na wszystkie aspekty naszego życia.

Nawet coś tak pozornie trywialnego i „normalnego”, jak przemożna chęć stawiania na swoim i udowadniania, że rozmówca nie ma racji -obrona postawy umysłowej, z którą się utożsamiamy -bierze się z lęku przed śmiercią. Jeśli utożsamiamy się z jakąś postawą umysłową i nagle się okazuje, że jesteśmy w błędzie, nasze oparte na tożsamości z umysłem poczucie ,Ja” staje w obliczu groźby unicestwienia. Jako Ego nie możemy więc sobie pozwolić na to, żeby nie mieć racji. Być w błędzie znaczy umrzeć. Wiele wojen stoczono o to, kto ma słuszność, i z tegoż powodu rozpadło się niezliczone mnóstwo związków.

Kiedy nie utożsamiamy się już z umysłem, to, czy mamy rację, czy nie, w żaden sposób nie wpływa na nasze poczucie Ja”. Przestajemy więc odczuwać potężny i zupełnie nieświadomy przymus dowodzenia własnej słuszności. Przymus – który jest wszak formą przemocy. Potrafimy wtedy wyrazić swoje uczucia i myśli jasno i stanowczo, ale bez żadnych agresywnych ani obronnych zagrań. Nasze poczucie ,Ja” wyrasta wówczas bynajmniej nie z umysłu, lecz z głębszych, prawdziwszych rejonów w nas.

Dopóki życiem kieruje „Umysł Ego”, nie można poczuć się naprawdę swobodnie; nie można osiągnąć spokoju ani spełnienia – chyba że na tę krótką chwilę, która następuje tuż po zaspokojeniu kolejnej zachcianki. Ponieważ „Ego” jest wtórnym poczuciem ,Ja”, musi utożsamiać się z czymś zewnętrznym. Potrzebuje nieustannej ochrony i dożywiania. Najczęściej spotykane przedmioty utożsamienia to dobra materialne, wykonywana praca, pozycja społeczna i uznanie, wiedza i wykształcenie, wygląd zewnętrzny, rzadkie umiejętności, związki z ludźmi, własna przeszłość i dzieje rodziny, systemy wierzeń. Kategorie, na których ego opiera swoją tożsamość, niejednokrotnie miewają charakter zbiorowy: polityczny, narodowy, rasowy, religijny itd.

Wszystkich tych zewnętrznych spraw prędzej czy później będziemy się musieli wyrzec. Może trudno uwierzyć, że w żadnej z wymienionych rzeczy nie zdołamy odnaleźć swojej tożsamości Najpóźniej to odczujemy w chwili zbliżania się śmierci. Śmierć polega na złuszczeniu wszystkiego, co nie było nami. Sekret Życia tkwi w tym, żeby „umrzeć, zanim umrzemy” i stwierdzić, że śmierci nie ma.”

Po wczytaniu się w Eckhart Tolle

                                                                                                               ————-

Pustelnik z klasztoru zwrócił się do opata:

– Wiem dokładnie, co jest celem ludzkiego życia. Wiem dobrze, czego Bóg żąda od człowieka, i znam najlepszy sposób, w jaki można Mu służyć. Ale mimo to nie jestem w stanie zrobić wszystkiego, co powinienem zrobić, aby dobrze służyć naszemu Panu.

Opat długi czas milczał, a potem rzekł:

– Wiesz, że po drugiej stronie oceanu znajduje się jakieś miasto, ale jeszcze nie znalazłeś statku, nie załadowałeś bagażu na pokład ani nie przepłynąłeś bezmiaru wód. Po co więc zaprzątać sobie głowę tym, jakby to było miło pospacerować po jego ulicach? Nie wystarczy wiedzieć, po co się żyje, czy też znać najlepszy sposób, by służyć Bogu. Wprowadź swoje zamiary w czyn a droga sama ci się ukarze.

 


Autor: Marcin Sznajder

Niezłomny Żeglarz

 

Często Przyjaciół podziwia się po czasie

Jacht „Rairewa III i Narcyz w Calais (Francja)  

 

Przeglądając stare zdjęcia i rozmyślając o marzeniach… niespełnionych i spełnionych, o powrotach, rozstaniach – zadaje sobie pytanie: Dlaczego gdy było tak źle było tak dobrze?

No cóż,  może po latach „wariackich pomysłów młodości” domyślam się odpowiedzi. Otóż, gdy podejmuje się trudne wyzwania i dostaje się „w kość” , nie ma wyjścia –  żyje się w teraźniejszości (w Tu i Teraz) .  Zmusza się umysł by  przyszłość i przeszłość nie odgrywały już żadnej zasadniczej roli (to co było i będzie w sztormie nie ma żadnego sensu). Jedynie w terażniejszości, kiedy uwalniamy się od zniewolenia przez czas (który jest pomysłem Ego- umysłu),   czuje się posmak wolności, szczęścia… i rozwija się  nad -zmysły. Warunek jest jeden – trzeba wierzyć , że w każdej ekstremalnej sytuacji ma się przy sobie Anioła Stróża – cierpliwego i rzecz jasna domyślać się. „że na nas jeszcze nie przyszedł czas”. Staszek Cisek? Pokochałem tego człowieka…

.

 

Stanisław Cisek

Stanisław Cisek

Urodził się we Lwowie, gdzie przeżył okupację sowiecką i niemiecką. Wkrótce po wybuchu II Wojny Światowej zmuszony był przerwać naukę w gimnazjum, ponieważ po tym, jak jego ojciec zginął w bombardowaniu, spadł na niego obowiązek utrzymywania rodziny. Po wkroczeniu Niemców i powstaniu Armii Krajowej wraz z braćmi zaangażował się w działalność w Narodowej Organizacji Wojskowej i Szkole Podchorążych. Życie Stanisława Ciska toczyło się od jednej akcji bojowej do drugiej. W kwietniu 1944 przeszedł do partyzantki i walczył w niej do końca wojny, w momencie jej zakończenia służył w stopniu plutonowego podchorążego. Za swe zasługi otrzymał Krzyż Walecznych. 
 
Po wojnie wyjechał na Dolny Śląsk i jako były AK-owiec musiał wciąż się ukrywać, by uniknąć aresztowania przez UB. Następnie z powodzeniem kierował gospodarstwem rolnym pod Zgorzelcem, choć, jak przyznawał, na początku nie umiał rozróżnić pszenicy od żyta. Przeniósł się potem do Gliwic, gdzie skończył studia Politechnice Śląskiej na wydziale budowlanym. 
W 1958 roku zdecydował się kupić w Gdyni nowy, pełnomorski jacht. Krok ten podjął w wyniku fascynacji morzem, która zrodziła się w nim pod wpływem opowieści kolegi z gimnazjum, Bogumiła Pierożka. Pierożek był jednym z pierwszych kapitanów AZS-u i prowadził dalekie rejsy morskie. Jacht Stanisława Ciska nosił nazwę „Narcyz”, miał długość 6,5 metra, szerokość 2,05 m, wyporność wynosiła mniej niż 1,5 tony, niósł 18 m2 żagla. (Dla porównania „Opty” Leonida Teligi miał wyporność 5 ton a „Polonez” Krzysztofa Baranowskiego ponad 11,6 tony.) Po kupnie jachtu Stanisław Cisek rozpoczął szkolenie żeglarskie, zdobywając kolejne stopnie, najpierw żeglarza, następnie sternika, potem sternika morskiego, co umożliwiło mu pływanie z dzieckiem po Zalewie Wiślanym i Zatoce Gdańskiej. W 1971 r. zdał egzaminy kapitańskie i otrzymał patent jachtowego kapitana żeglugi bałtyckiej. 
 
W 1972 r. rozpoczął przygodę swojego życia, pełny perypetii rejs niewielkim jachtem „Narcyz” do Ameryki Południowej. Wyruszył ze Świnoujścia 27 sierpnia 1972, mając świadomość faktu, że przekracza wiele przepisów Polskiego Związku Żeglarskiego. Jako kapitan bałtycki miał bowiem ograniczony zakres pływania, jacht również miał kartę bezpieczeństwa zezwalającą na jedynie na żeglugę przybrzeżną, czyli nie dalej niż 20 mil morskich od brzegu. Wyruszył całkiem prywatnie, samodzielnie przygotowując wyprawę, nie korzystał z pomocy sponsorów, nie miał też żadnego wsparcia instytucjonalnego. Pytany, co skłoniło go do rozpoczęcia wyprawy, nie potrafił dać jednoznacznej odpowiedzi. -To prozaiczna sprawa. Ot, zachciało mi się i tyle. – mówił. Podróż na pewno nie wynikała z chęci sprawdzenia się, gdyż, jak twierdził, sprawdził się już wcześniej, podczas wojny. Dzięki podróży mógł przede wszystkim wyjechać za granicę i poznać świat. 
 
Podczas wyprawy nie zabrakło przygód i dramatycznych momentów. Na Morzu Północnym Stanisław Cisek doznał urazu ręki, nie był w stanie postawić żagli a silnik się zatarł. Zmusiło go to do wezwania pomocy. Został przyholowany do Dover, gdzie czekała już na niego karetka. Gdy trafił do szpitala, okazało się, że miał zerwane ścięgna i pękniętą kość. Gdy tylko opuścił szpital, czyli po dziesięciu dniach, musiał niezwłocznie opuścić port z powodu braku wizy. Dotarł do Calais i po dwumiesięcznej kuracji zaopatrzony w mapę samochodową kanałami ruszył na Morze Śródziemne. W tej części podróży towarzyszył mu Marcin Sznajder, inżynier elektronik i płetwonurek z Warszawy, którego spotkał w Calais. Przeprawa kanałami odbywała się w spartańskich warunkach. Żeglarzom brakowało niemal wszystkiego: pieniędzy, żywności i gazu w butlach. Kanały były częściowo zamarznięte (był już grudzień), w nocy temperatura spadała do -10 stopni. Był to najtrudniejszy etap rejsu. W śluzach, których pokonano 253, trzeba było rozmrażać liny mocząc je w wodzie. 16 I 1973 „Narcyz” dotarł na Morze Śródziemne, temperaturę +5 stopni żeglarze odczuwali jako upał. W ciągu 47 dni Marcin Sznajder stracił 23 kilogramy.
 
Kolejne etapy podróży prowadziły przez Algierię (skąd do Polski wrócił Marcin Sznajder), Casablankę i Las Palmas do Bridgetown na Barbados. W Las Palmas spotkały się aż trzy polskie jachty: harcerski „Odkrywca”, „Maria” Ludomira Mączki, na której przygotowywał się do przejścia przez Atlantyk z Wojciechem Jakobsonem i „Narcyz”.
 
Czterdziestodniowy przelot przez Atlantyk odbył się bez problemów, mimo niewielkiej wielkości „Narcyza”. Jego kapitan przez wszystkie noce spał, a jacht niemal cały czas był sterowany samosterem. Jedyną przerwą w pracy tego urządzenia była awaria, powstała prawdopodobnie w wyniku kontaktu z delfinem, płetwy samosteru. Po trzech dniach ręcznego sterowania udał się jednak Ciskowi skonstruować urządzenie, które przenosiło ruchy statecznika bezpośrednio na rumpel. Dni mijały na nawigowaniu, wypełnianiu dziennika jachtowego, spotkaniach z rekinami, delfinami i latającymi rybami. Upał sprawiał, że najdogodniejszą porą do przyrządzania i spożywania posiłków były noce. 
 
Po zakotwiczeniu na Barbados, 1.02.1974, Stanisław Cisek został przywitany przez Anglika z sąsiedniego jachtu butelką zimnego piwa. Wspomina, że nigdy przedtem ani potem tak dobrze mu nie smakowało. Na lądzie wydał ostatnie pieniądze na telegram do Polski. Wysłana do żony depesza była zresztą wyjątkowo lakoniczna, brzmiała „Barbados okay!”, razem z podpisem zamykała się w trzech słowach. W celu podreperowania budżetu przez dwa tygodnie pracował na amerykańskim jachcie „Cecilia”. Miał zamiar sprzedać jacht i wrócić samolotem do Polski, nie znalazł jednak kupca. Popłynął więc do Wenezueli przez Grenadyny i Trynidad. W La Guaira spotkał polski statek „Wyspiański”, jednak jego kapitan nie był zbyt chętny, by wziąć na pokład pasażera. Dzięki staraniom kolegów z wrocławskiego AZS-u cztery godziny przed odpłynięciem statku przyszedł teleks ze zgodą na zabranie go wraz z jachtem do kraju.
 
W Gdyni Stanisława Ciska oczekiwały tylko dwie osoby: żona i Stanisław Teliga, brat Leonida. Prasa milczała na temat rejsu, władze PZŻ stanęły przed dylematem, czy ukarać czy nagrodzić kapitana za daleki rejs, w którym przekroczył swe formalne uprawnienia. W końcu podjęto przychylną decyzję, Cisek został wyróżniony w corocznym konkursie na rejs roku organizowanym przez „Głos Wybrzeża”, uhonorowano go też Złotą Odznaką Zasłużonego Działacza Żeglarstwa Polskiego, niemniej przez wiele lat PZŻ unikał wspominania jego dokonań. 
 
Stanisław Cisek był człowiekiem bardzo skromnym, niechętnie udzielał wywiadów stronił od rozgłosu. Przez wiele lat pozostawał niemalże w zapomnieniu, mimo, że jego wyczyn był jednym z bardziej znaczących w dziejach polskiego żeglarstwa.
 

Informacja z internetu źródło: Ewa Mróz
 

Calais (Francja) . Pierwsza fotka – Jacht „Narcyz” Stasia Ciska zacumowany do jachtu „Rairewa IIi” (kpt. Jerzy Knabe)
                                Druga fotka – Stanisław Cisek i „Narcyz”

Kanał koło Saint Dizier – tu zastały nas Świeta (kanał zamarzł)

Na Rodanie w drodze na m.Śródziemne (kanałami i rzekami Francji – około 1600 km i 253 śluzy)
 

Trzy fotki z Port Sait Louis (ujście Rodanu do m.Śródziemnego. Odwiedził nas kapitan i oficerowie z radzieckiego statku z Oddesy (otrzymaliśmy pomoc – kąpiel w gorącej wodzie – prysznic na statku „Makarenko”, uczta z kapitanem, torby żywności na dalszą drogę) 

Baleary – rybacki porcik w Mahon

(po opuszczeniu porciku przeżyliśmy sztorm 10 B w drodze do Algerii)

 

Algier i spotkanie z samotną żeglarką … która również przeżyła ten sam sztorm 10 B (w jej jacht uderzyła fala rozbijając nadbudówkę. ( noc i dzień wylewała wiadrami wodę z wnętrza jachtu) W sztormie tym zatonął polski statek Wrocław (dzięki przytomności kapitana wszyscy się uratowali – zdecydował  o wczesnym szalupowym alarmie)
 

Narcyz w porcie Algier
 
 
Przepraszam za kiepską jakość zdjęć..  i odwócone napisy na jachtach.
 
Po powrocie z Algieru do Polski kupiłem  podobny do Narcyza jacht. Marzeniem Stasia Ciska było samotne przepłynięcie Atlantyku w pasacie – dokonał tego. W Polsce nieobecny był  trzy lata. Tak sobie myślę i kombinuję… może to i na mnie czas by poszaleć pasatowo? Prowadze trudne rozmowy z Aniołem… wspomina o emeryturze i ciepłych kapciach.

Mój jachcik „Our” (na jeziorze) – wymaga przygotowania do morskich podrózy
 
Pasat – stały, ciepły wiatr o umiarkowanej sile (3~4°B), wiejący w strefie międzyzwrotnikowej między 35° szerokości północnej i 35° szerokości południowej; w epoce żaglowców miał duże znaczenie. Na półkuli północnej pasat wieje z kierunku NE, a na południowej z SE (zgodnie z działaniem siły Coriolisa, powodującej odchylenie kierunku ruchu ciał poruszających się prosto na półkuli północnej w prawo, a na południowej – w lewo). Wieją one ze strefy wyżów zwrotnikowych ku strefie niżów równikowych znajdujących się w tzw.komórce cyrkulacyjnej Hadleya. Miejsce, gdzie pasaty z obu półkul spotykają się ze sobą, nazywa się Międzyzwrotnikową Strefą Zbieżności (Konwergencji) lub bruzdą niskiego ciśnienia. Pasat to wiatr, a więc poziomy ruch powietrza. Aby mógł wiać, musi istnieć różnica ciśnień między obszarami na powierzchni Ziemi, która najczęściej spowodowana jest różnicami w nagrzaniu powierzchni naszej planety.
 

 


Autor: Marcin Sznajder

Rozśmieszyć Noemi?

 

Poznanie siebie jest początkiem mądrości; bez niego wiedza prowadzi do walki, ciemnoty, cierpienia i udręczeń.

Poznanie siebie jest początkiem mądrości; bez niego wiedza prowadzi do walki, ciemnoty, cierpienia i udręczeń.

Aby nauczyć się techniki, dostać posadę, zdobyć fach, poddajemy się procesowi przeładowywania umysłu faktami i wiedzą. Oczywiście dobry technik ma w dzisiejszym świecie większe szansę zabezpieczenia sobie bytu; ale… co dalej? Czy technik specjalista jest lepiej przygotowany do stawiania czoła złożonym problemom życia, aniżeli inni którzy tego wykształcenia nie posiadają? Fach stanowi tylko cześć życia, istnieją inne jego dziedziny, bardziej ukryte, subtelne, tajemnicze. Podkreślanie jednej strony, a zaprzeczanie lub lekceważenie reszty, musi z konieczności prowadzić do jednostronnej i szkodliwej działalności. Właśnie to ma dziś miejsce na całym świecie z jego wciąż wzrastającym cierpieniem, walką, chaosem. Istnieją oczywiście nieliczne wyjątki ludzi twórczych, szczęśliwych, mających kontakt z czymś, co nie jest dziełem ludzkich rak, którzy nie ograniczają się do spraw intelektu.

Mamy wrodzoną zdolność do szczęścia, możliwość twórczości, oraz wchodzenia w kontakt z czymś, co istnieje poza chwytem szponów czasu. Radość twórcza nie jest darem przeznaczonym dla niewielu; dlaczego znaczna większość ludzi nie zna tej radości? Czemu niektórzy potrafią, pozostawać w kontakcie z głębią, pomimo warunków i przeciwności, gdy inni staja się ich ofiarą i są zmiażdżeni? Czemu niektórzy są prężni, giętcy, a inni pozostają uparci i sztywni i życie ich niszczy ? Bez względu na wiedzę niektórzy potrafią mieć wrota otwarte ku temu, czego żaden człowiek, ani książka, nie są w stanie dać; a inni zostają przytłoczeni przez technikę i autorytet. Dlaczego?

Jasne jest iż nasz intelekt chce być pochłonięty i zabezpieczony w jakiejkolwiek działalności, pomijając drogi szersze i bardziej głębokie, gdyż czuje się być wówczas na pewniejszym gruncie. 

Niejedno dziecko, zanim nie zostanie zepsute przez wychowanie, jest w kontakcie z nieznanym; w różny sposób dzieci to okazują. Ale otoczenie wkrótce zamyka się wokół nich i od pewnego wieku tracą to światło, to piękno, którego nie znajdzie się w żadnej książce ani szkole. Dlaczego?

Czy życie jest dla nich zbyt trudne, i muszą stawić czoło twardym koniecznością istnienia. A może to ich Karma, grzech ich ojca, lub inne podobne nonsensy. Twórcza radość jest dla wszystkich, a nie tylko dla paru wybrańców. Wy możecie ją wyrażać w pewien właściwy sobie sposób, a ja w inny, ale jest ona dla wszystkich. Radość twórcza nie ma ceny na rynkach, nie jest towarem do nabycia przez tego, kto więcej zapłaci; jest jedyną rzeczą; która może być wszystkim dostępna.

Czy owa radość twórcza jest osiągalna? Inaczej mówiąc, czy można pozostawać w kontakcie z tym, co jest źródłem wszelkiej radości? Czy takie otwarcie się wewnętrzne może być utrzymane pomimo wszelkiej wiedzy i techniki; pomimo wykształcenia i natłoku wrażeń w naszym życiu? Owszem może, ale tylko wtedy gdy wychowawca będzie wprowadzony w tę rzeczywistość, gdy ten który naucza będzie sam w kontakcie z tym źródłem wszelkiej radości. Więc nie dziecko, nie uczeń stanowi zagadnienie, a nauczyciel i rodzic.

Wychowanie staje się zaczarowanym kołem bez wyjścia tylko wówczas gdy nie widzi się zasadniczej; ponad wszystko inne ważnej potrzeby tej twórczej radości. Wszak być otwartym ku źródłu wszelkiego szczęścia jest najwyższą religią, ale aby móc poznać to szczęście trzeba nam skupić na tym właściwą uwagę, jak ją skupiamy na sprawach materialnych. 
Powołanie nauczyciela to nie tylko posada i rutyna, jest ono wyrazem piękna i radości, które nie dają się mierzyć powodzeniem ni osiągnięciami.

Światło Rzeczywistego i szczęście odeń nieodłączne pojawiaja się  tam, gdzie „poddaje się” intelekt. On to jest siedliskiem naszego „ja”.Poznanie siebie jest początkiem mądrości; bez niego wiedza prowadzi do walki, ciemnoty, cierpienia i udręczeń.

Jedynie to co mnie tu trzyma to grawitacja bo wszyscy myślą o sobie tylko ja myślę o mnie.

Kupił facet długopis i się popisał.

Pojechał filatelista na wojnę i dostał serię.
Szedł facet przez budowę i go zamurowało.
Dopóki dzban nosi dopóki nie założą wodociągu.
Wygląda facet przez okno, patrzy, a tam ludzkie pojecie przechodzi.
Dwaj myśliwi postanowili uczcić polowanie. Strzelili sobie po jednym.

Mamy kręcić- pytają reżysera kamerzyści. Nie .Pokazujcie prawdę.

Nie obgryzaj paznokci – Wenus z Milo tak tez zaczynała.
Dziewiczość lasu świadczy o impotencji wiatru.
Szedł facet przez las i zdębiał.
Szedł reżyser ulicą i film mu się urwał.
Szedł facet przez lód i się załamał.
Szedł facet koło koparki i dał się nabrać.
Lepiej mieć tasiemca niż żadnego życia wewnętrznego.
Umarli żyją krócej.
Wszyscy wychodzą, reszta zostaje.

Szedł Mozart i Bach.

Nie pal papierosów. Pal licho.
Po co są rzeki? Żeby się nie kurzyło jak statki hamują.
Wyjrzał żołnierz z okopu i cos mu do łba strzeliło.
Jedyne co mnie tu trzyma to grawitacja.
Szedł facet koło betoniarki i się zmieszał.
Pewien żołnierz chciał się zabawić. Wszedł na minę i nieźle się rozerwał.

Dwaj maszyniści rozmawiają w czasie jazdy, w końcu jeden z nich się zdenerwował i skierował rozmowę na inne tory.
Dziadek brał udział w zawodach balonowych i nieźle wypadł.
Idzie facet przez przedpokój i słyszy dziwne odgłosy za drzwiami. Otwiera drzwi, a tam zbieg okoliczności.
Siedzi facet w pokoju i nagle słyszy szemranie w szafie. Otwiera drzwi , a tam palto wyszło z mody.
Nie toleruj nietolerancji.
Przy życiu trzyma mnie myśl, ze już długo nie pożyje.
Śmierć samobójcom.
Przeszedłem sam siebie.Chodnik.
Leży facet na łóżku. Obok wielka plama krwi a pod łóżkiem ranny pantofel.

Szedł krawiec ulicą i zaszył się w ciemności.
Gdzie diabeł nie może, tam mówi dobranoc.
Robiła babcia na drutach, przejechał tramwaj i spadła.
Mniejsza ilość zębów zwiększa swobodę języka.
Chodzenie po bagnach wciąga. (Ech Noemi… uważaj)
Gdzie dwóch się bije tam korzysta dentysta,
Życie to choroba przenoszona droga płciową.
Idą mrówki przez most. pierwsza ,druga, pół do trzeciej…
Znam swoich rodziców. Fajni faceci.
Autobus to brzmi tłumnie.
Raz na wozie, raz nawozem.

Wychodzi rolnik na pole a tam w gruncie rzeczy.
Przyleciał ptaszek do gniazdka i go pokopało.
Człowiek rodzi się mądry a potem idzie do szkoły.
Sikając z wiatrem idziesz na łatwiznę.
Wychodzi facet na balkon i widzi, ze tam z góry wióry lecą.
Idzie na górę, a tam sąsiad struga wariata.

 

Większość dzieci, w tym niemowlęta, to osoby niezwykle aktywne. Ciągle są w ruchu, nawet podczas snu, i nie potrafią dłużej skupić wzroku na jednej rzeczy. Ich głowy, stopy i dłonie ciągle się poruszają. Łapią one (i upuszczają!) wszystko, co znajdzie się w zasięgu ich rączek.

O ile ich rodzice są w stanie – choć z trudem – znieść ten ciągły ruch, to inaczej jest w przypadku opiekunek, pielęgniarek czyprzedszkolanek. Ich zadaniem jest przecież opieka nad całą grupą maluchów, co samo w sobie jest już męczące. A jeśli w takiej grupie dodatkowo znajdzie się dziecko, które wymaga większej uwagi i nie pozwala na przeprowadzenie zajęć, to muszą włożyć w tę opiekę jeszcze więcej niż dotychczas trudu i wysiłku opiekuńczo-wychowawczego.

Po wyczerpaniu całego zapasu słodyczy, obietnic, a nawet gróźb i kar, opiekunkom pozostaje już tylko skontaktować się z rodzicami i spróbować dowiedzieć się, czy problemy z dzieckiem nie mają jakiegoś podłoża rodzinnego (na przykład ustalić, czy dziecko nie jest ofiarą przemocy domowej). Gdy i ta strategia zawiedzie, starają się przekazać rodzicom porady typu: „Proszę wysłuchać dziecka”, „Powinni Państwo być stanowczy” itp.

A kiedy okaże się, że żaden z tych sposobów nie przyniósł rezultatu, ostatnią deską ratunku jest stwierdzenie, że dziecko jest prawdopodobnie chore, a rozwiązanie problemu leży na półce w aptece.

Prawdziwe piekło

Tym rodzicom, którzy znajdą się na końcu opisanego przeze mnie cyklu, przychodzi przeżyć prawdziwe piekło. Muszą kazać swojemu dziecku łykać różne substancje chemiczne, które zmieniają jego osobowość.

Leki wykorzystywane w leczeniu nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi (powszechnie znanej pod nazwą ADHD – z ang. Attention Deficit Hyperactivity Disorder) to w rzeczywistości psychostymulanty.

Takie leki jak Concerta (metylofenidat) zawierają pochodne amfetaminy, którą bywalcy rave parties znają jako ekstasy.

Lista działań niepożądanych amfetaminy jest imponująco długa: powoduje zmiany nastroju, bezsenność, wywołuje ataki paniki, jest przyczyną depresji. Nie leczy zaś podstawowego problemu – ADHD – i nie pomaga pozbyć się go w życiu dorosłym.

Nadpobudliwość i zaburzenia koncentracji uwagi to nie choroby

Na Zachodzie u około 3 – 5% dzieci stwierdza się ADHD – chorobę uznaną za neurologiczną.

Należy jednak zdać sobie sprawę z tego, że w przeciwieństwie do innych chorób neurologicznych takich jak choroba Alzheimera, do jej zdiagnozowania nie da się wykorzystać testów psychometrycznych, badających parametry biologiczne lub fizykalne (np. MRI mózgu).

„Choroba” ta więc jest diagnozowana na podstawie opinii lekarza i w oparciu o wzorzec zachowań normalnego dziecka. ADHD stwierdza się zatem na podstawie trudności w nauce, czyli braku zdolności dziecka do dostosowania się do ograniczeń narzucanych przez system powszechnej edukacji. Trudności wynikających stąd, że dziecko jest w ciągłym ruchu i interesuje się wszystkim, co dzieje się dokoła, zamiast uważnie słuchać nauczyciela.

W związku z tym można wyciągnąć bardzo interesujące wnioski dotyczące prawdziwej genezy ADHD.

Nadpobudliwe dzieci z epoki człowieka z Cro-Magnon

Wyobraź sobie, że nie żyjesz współcześnie, ale 20 000 lat wcześniej, w plemieniu łowców-zbieraczy i właśnie urodziło Ci się dziecko „chore na ADHD”.

Zamiast siedzieć cicho w chacie, dziecko bez przerwy chodzi do lasu i bezustannie zwiedza okolicę. Ma niewyczerpane zasoby energii: od rana do nocy łowi ryby w rzece, wspina się na drzewa, zbiera owoce, kopie ziemię, poszukując korzonków, albo tropi wszystkie ptaki, zające i warchlaki, które miały nieszczęście zabłąkać się w okolicy.

Moim zdaniem takie dziecko wcale nie byłoby przekleństwem dla rodziny. Wręcz przeciwnie: rodzice byliby ZACHWYCENI posiadaniem „nadpobudliwego” dziecka! W innym wypadku musieliby przebywać w jaskini z grzecznym, spokojnym i ciągle zajętym rysowaniem dzieckiem…

Podobnie byłoby w przypadku średniowiecznego wieśniaka i jego rodziny. O brzasku dziecko wstałoby, aby wydoić krowy. O świcie uwijałoby się w stajni, dzielnie sprzątając. Później wyszłoby na pole, potem wzięłoby siekierę i porąbało nieco drewna, następnie nabrałoby wody ze studni… i tak dalej, aż do wieczora.

Łatwo zrozumieć, że taka „choroba” stała się problemem dopiero niedawno. W Kanadzie liczba realizowanych recept na metylofenidat (Ritalin) wzrosła pięciokrotnie pomiędzy rokiem 1990 a 19971. W latach 2001–2008 liczba recept uległa podwojeniu2. W Stanach Zjednoczonych już 15% białych chłopców w wieku 11 lat ma ADHD i bierze odpowiednie leki3.

Przez setki tysięcy lat „nadpobudliwe” osobniki były błogosławieństwem dla rodziny, a społeczeństwo było doskonale przystosowane do ich obecności. W końcu tacy ludzie byli naprawdę pożyteczni!

Jednakże w dzisiejszych czasach, kiedy dzieci w wieku powyżej trzech lat wtłacza się w rytm nauczania przedszkolnego, a później wczesnoszkolnego, nadpobudliwe maluchy, sprawiając wiele problemów swoim nauczycielom, okazują się już przeszkodą. Podajemy im więc leki, aby wtłoczyć je w sztywne ramy żłobków, przedszkoli, szkół i ciasnych mieszkań w wielkich miastach.

Czy podawać dzieciom leki, aby miały lepsze oceny?

Bardzo często rodzice, których dzieci mają złe oceny, decydują się na leczenie farmakologiczne swoich pociech. Zaniepokojenie rodziców często przenosi się na dziecko, które przyzwyczaja się do zażywania leków, ponieważ poprawiają one – przynajmniej chwilowo – jego zdolność koncentracji.

Problem polega na tym, że według informacji uzyskanych od osób uzależnionych na przykład od leku Adderall, lek pozwala co prawda skupić się i pracować jak superwydajny robot, ale… Ale zażywające go osoby stają się obojętne na potrzeby fizyczne, emocjonalne i społeczne i przestają pielęgnować swoje zainteresowania.

Stanowi to poważny problem związany z rozwojem tych dzieci, które zaczęły przyjmować tego typu leki w wieku ośmiu czy dziewięciu lat. Nie wiadomo bowiem, jak wyglądałyby ich zainteresowania czy życie emocjonalne, gdyby leków nie brały.

Jeśli Twoje dziecko jest nadpobudliwe i chcesz mu pomóc w nauce

Oczywiście rozumiem doskonale, że czasy prehistoryczne są dawno za nami i trzeba znaleźć sposób na to, aby nadpobudliwe dzieci nie czuły się nieszczęśliwe we współczesnym społeczeństwie. Jednakże istnieje lepszy od leków sposób na poprawę zachowania dziecka i jego ocen. Należy zastosować odpowiednią dietę, nauczyć dziecko kontrolować emocje i zmniejszyć jego narażenie na toksyny.

Coraz częściej naukowcy informują, że dbanie o florę jelitową i dostarczanie naszemu organizmowi pożytecznych bakterii, znajdujących się w fermentowanych tradycyjnymi metodami produktach (i probiotykach), jest niezwykle ważne dla naszego mózgu, w tym dla naszego samopoczucia i równowagi psychicznej.

Dr Natasha Campbell-McBride udowodniła zasadność tej teorii. W swojej klinice w Cambridge (Wielka Brytania) stosowała u dzieci i dorosłych z ADHD i autyzmem, problemami neurologicznymi, psychiatrycznymi, związanymi z układem odpornościowym i trawiennym opracowany przez siebie program odżywiania pod nazwą GAPS (ang. Gut and Psychology Syndrome, zespół jelitowo-psychologiczny). Teorię związaną z GAPS wyjaśniła w swojej książce zatytułowanej „Gut and Psychology Syndrome” (niestety, jeszcze nieprzetłumaczonej na język polski)4.

Podczas wywiadu udzielonego dr. Josephowi Mercoli, dr Lendon Smith, światowej sławy ekspert w leczeniu ADHD metodami naturalnymi, wyjaśnił:

„Odkąd lepiej poznałem tajniki odżywiania, zauważam, że stymulanty działają uspokajająco (tak dzieje się w przypadku ADHD), co oznacza, że u nadpobudliwych dzieci występuje niedobór noradrenaliny (hormonu i neuroprzekaźnika) w układzie limbicznym. W takim przypadku pomaga stosowanie odpowiedniej diety oraz jej suplementów, które aktywują enzymy mózgu odpowiadające za wytwarzanie tego neuroprzekaźnika.

  • „Jeśli dziecko cierpiało na infekcje uszu, zalecam wyeliminowanie nabiału z diety i zamiast tego podaję mu 1000 mg wapnia przed snem”. (Dr Mercola uznał wyeliminowanie z diety nabiału za dobry pomysł, jednakże zamiast wapnia sugerował podawanie magnezu, który według niego jest znacznie skuteczniejszy).
  • „Jeśli dziecko jest nadwrażliwe, podaję magnez. 500 mg to dawka odpowiednia zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.
  • Jeśli dziecko to mały Dr Jekyll i Mr Hyde (cierpi na gwałtowne zmiany nastroju), oznacza to, że ma hipoglikemię i potrzebuje przekąsek podawanych w ciągu dnia. Dzięki temu będzie w stanie utrzymać odpowiedni poziom cukru we krwi. Należy zwiększyć podawanie mu białek, a zmniejszyć – cukrów. Nie wolno mu jeść cukru ani produktów przygotowanych na bazie białej mąki.
  • Jeśli dziecko nie pamięta snów, należy mu podawać witaminę B6 (50 mg dziennie).
  • Jeśli u dziecka wystąpiła egzema lub jeśli jego skóra jest sucha i się łuszczy, do diety trzeba wprowadzić niezbędne kwasy tłuszczowe (omega-3).
  • Jeśli dziecko ma podkrążone oczy, oznacza to, że w jego diecie znajduje się jakiś rodzaj pożywienia, którego ono nie toleruje, na przykład mleko, pszenica, kukurydza, czekolada, jajka, cytrusy” .

Inne metody leczenia, które warto wypróbować, zanim podasz dziecku leki na ADHD

  • Zmniejsz ilości spożywanych przez dziecko cukrów (w szczególności fruktozy) lub całkowicie je wyeliminuj z diety.
  • Unikaj podawania wysoko przetworzonych produktów, szczególnie tych zawierających sztuczne barwniki, aromaty czy konserwanty. Dotyczy to również gotowych dań mięsnych czy parówek.
  • Zamiast napojów gazowanych – podawaj dziecku soki owocowe, mleko, wodę lub ziołowe herbaty bez cukru. To niezwykle ważne, ponieważ to właśnie nieodpowiednie napoje są głównym źródłem fruktozy w diecie naszych dzieci.
  • Upewnij się, że w diecie dziecka znajduje się dużo produktów zawierających pożyteczne bakterie (czyli naturalnie fermentowanych lub probiotyków wysokiej jakości).
  • Podawaj dziecku dużo produktów zawierających kwasy omega-3, takich jak olej rzepakowy czy tłuste ryby, i upewnij się, że dieta dziecka zawiera kwasy omega-3 i omega-6 w odpowiednich proporcjach.
  • Jak najczęściej stosuj ekologiczne warzywa, dzięki którym możesz zmniejszyć ekspozycję dziecka na toksyny, zwiększając jednocześnie podaż niezbędnych składników odżywczych (witamin i minerałów).
  • Zmniejsz w diecie dziecka ilość produktów zbożowych (przede wszystkim pochodzących z pszenicy). Wyroby z mąki pszennej , nawet tej pełnoziarnistej, mogą mieć szkodliwy wpływ na równowagę psychiczną dziecka, ponieważ zawierają dużo aglutyniny zawartej w zarodkach pszenicy (ang. wheat germ agglutinin; WGA), która ma działanie neurotoksyczne. Pszenica jest także inhibitorem serotoniny, neuroprzekaźnika, który wpływa na nastrój i która jest wytwarzana przede wszystkim w jelitach, a nie w mózgu. Można spróbować wyeliminować z diety pszenicę na jeden lub dwa tygodnie i sprawdzić, czy spowoduje to wyraźną zmianę w zachowaniu dziecka.
  • Unikaj wszelkich sztucznych barwników.
  • Dbaj o to, aby dziecko jak najczęściej spędzało czas na świeżym powietrzu.
  • Zachęć dziecko do wychodzenia na słońce, co pozwoli na zachowanie optymalnego stężenia witaminy D w jego organizmie. Naukowcy zaczynają zdawać sobie sprawę z roli, jaką witamina D odgrywa w naszym mózgu: niedawno odkryto receptowy tej witaminy znajdujące się w rdzeniu kręgowym i ośrodkowym układzie nerwowym. Witamina D może także odgrywać pewną rolę w procesie oczyszczania mózgu z toksyn. Jeśli w Twoim regionie nie można zapewnić odpowiedniej ekspozycji na słońce, podawaj dziecku suplementy witaminy D3.
  • Pomóż dziecku w analizowaniu i przekierowywaniu emocji. Pomocne będą ćwiczenia relaksacyjne, jednakże możesz też pomóc dziecku dzięki własnemu pozytywnemu nastawieniu. Dr Smith uważa, że rodzice powinni przekazywać dzieciom pozytywne informacje zwrotne przynajmniej dwa razy częściej niż polecenia czy zapytania. Jeśli zaczniesz krzyczeć na dziecko i złościć się na nie, zamiast spokojnie z nim porozmawiać, nie będzie ono w stanie się uspokoić.
  • Ogranicz ekspozycję dziecka na toksyczne metale i wyroby chemiczne, zastępując środki higieny osobistej, detergenty oraz środki czyszczące produktami naturalnymi. Toksyczne metale takie jak aluminium, kadm, ołów czy rtęć znajdują się w tysiącach produktów spożywczych, artykułach gospodarstwa domowego czy wyrobach przemysłowych. Ich obecność w organizmie dziecka może wpływać negatywnie na wiele procesów fizjologicznych, w tym na te związane z jego samopoczuciem i zachowaniem.

Aby dowiedzieć się więcej, możesz przeczytać wywiad z dr. Smithem na stronie dr. Mercoli (w języku angielskim)5.

Na zdrowie!
Jean-Marc Dupuis

 


Autor: Marcin Sznajder

Noemi

 

 

 

 

 

 

http://teksty.org/jaroslaw-jar-chojnacki,noemi,tekst-piosenki

 

Już północ zwęziła jasność myślenia
much cmentarz odnalazły w kloszu
błagałem przyleć profesorko milczenia
i zawij chciwe sny o listonoszu

 

Gdy przylecisz Noemi
raj stworzymy na ziemi,
raj stworzymy na ziemi
mój aniele
Noemi

 

 

Nie jest prawdą, że umarli umierają
chodź nad materią dogasa ogarek 
to Bóg ze skrzynek pocztówki wybiera
by sprawdzić naszą wypłowiałą wiarę
gdy spłyniesz święta z kręgów nicości
hinduskie nagle zapachną kadzidła
i rdzawe kleszcze mojej samotności
niechcący złamią twoje srebrne skrzydła

Gdy przylecisz Noemi
raj stworzymy na ziemi,
raj stworzymy na ziemi
mój aniele
Noemi

 

I sobie bliscy i sobie jedyni
o świcie w horyzont pójdziemy razem
żeby odnaleźć w sercu pustyni
źródło gdzie można zbudować oazę

Nie odlecisz Noemi
raj stworzymy na ziemi,
raj stworzymy na ziemi
mój aniele
Noemi

 

 

Najlepszy naturalny środek przeciwbólowy

Ludzki organizm potrafi wytwarzać bardzo skuteczne substancje o właściwościach przeciwbólowych – endorfiny. Są to naturalne opiaty, czyli substancje zbliżone do opium, wytwarzane przez mózg i wywołujące efekt podobny do działania morfiny. Co więcej, istnieje naturalny i prosty sposób zwiększania poziomu endorfin, a tym samym uśmierzania bólu: wystarczy śmiech, a jeszcze lepiej – śmiech w grupie.

Śmiech to aktywność fizyczna

Wydaje nam się, że śmiech jest rodzajem emocji, która występuje głównie w mózgu i widoczna jest na twarzy, a zaczyna się od uśmiechu na ustach. Tymczasem w rzeczywistości śmiech zaczyna się od silnego skurczu przepony, dużego mięśnia zlokalizowanego pomiędzy jamą brzuszną a klatką piersiową. W wyniku tego skurczu dochodzi do ściśnięcia płuc, które wywołuje gwałtowny wyrzut powietrza.
Uchodzące z płuc powietrze powoduje niekontrolowane drgania strun głosowych. W ten sposób wydobywa się z nas tak nam dobrze znane „Ha!”, po którym natychmiast następuje kaskada innych „ha, ha, ha”, „ho, ho, ho, ho” i „hi, hi, hi”, ponieważ skurcze przepony występują seriami. Przy przedłużającym się śmiechu z płuc uchodzi całe powietrze, a Ty zginasz się w pół lub w skrajnym przypadku tarzasz się po podłodze i zwijasz ze śmiechu. Niepohamowany śmiech powoduje utratę kontroli nad mięśniami. Pod wpływem ucisku mięśnie brzucha zaczynają nas boleć, jak przy wyczerpującej serii ćwiczeń. Można też zauważyć, że człowiek ogarnięty szaleńczym śmiechem zaczyna się pocić. Jego żyły oraz mięśnie szyi i twarzy pęcznieją i kurczą się jak przy silnym bólu. Zamieszanie dodatkowo potęguje fakt, że z oczu pękającej ze śmiechu osoby tryskają fontanny łez. W końcu rozbawienie otoczenia może ustąpić miejsca zaniepokojeniu otoczenia: „Właściwie to ty się śmiejesz, czy płaczesz?”

I jest to pytanie zasadne, ponieważ na tym etapie już bardzo mało brakuje do popsucia zabawy, gdy parcie na pęcherz lub – co gorsza – na jelita, wymknie się spod kontroli…Tak czy inaczej, po solidnej dawce śmiechu nie jesteś już tą samą osobą. To dlatego, że ból i napięcie mięśni wywołane śmiechem, podobnie jak ogromny wysiłek u żołnierzy lub sportowców, powodują wzmożoną produkcję endorfin.

Daje to następujące efekty:

1. Czujesz się szczęśliwszy
Endorfiny poprawiają Twój nastrój. Zauważ, że to sam śmiech wywołuje u nas szczęście, a niekoniecznie sytuacja, która go sprowokowała.
2. Zmniejsza się ból
Jeśli przed wybuchem śmiechu odczuwałeś ból, z pewnością zauważysz, że uległ on złagodzeniu. Zjawisko to zaobserwowali w warunkach laboratoryjnych naukowcy z Uniwersytetu Oksfordzkiego, którzy właśnie opublikowali swoje badanie w periodyku medycznym Proceedings of the Royal Society B1.
3. Odprężasz się
Podobnie jak opium, endorfiny wywołują uczucie wewnętrznego spokoju i odprężenia. To dlatego śmiech uśmierza ból i wprawia Cię w błogi nastrój.
Śmiech grupowy jest skuteczniejszy
Czy trzeba było badań szacownych naukowców z Oksfordu, by dowieść rzeczy tak oczywistej?
Osobiście powiedziałbym, że nie, chociaż, czytając te wyniki, i ja dowiedziałem się czegoś ciekawego.
Czy zauważyłeś kiedyś, jakie szczęście, a nawet egzaltację, wywołuje wspólna praca fizyczna?

Kopanie okopu, przenoszenie kamieni, ścinanie drzewa, ciągnięcie liny: o ile praca umysłowa w zespole jest frustrująca (i zawsze kończy się tym, że jedna osoba odwala robotę za resztę), o tyle wspólna praca fizyczna daje satysfakcję i w niewyjaśniony sposób wytwarza więź pomiędzy członkami grupy.
Na tej samej zasadzie wspólne uprawianie sportu dużo łatwiej wywołuje poczucie radości i entuzjazmu niż kiedy trenujemy w samotności. Będąc w parku, przyjrzyj się osobom wspólnie uprawiającym jogging. Wyglądają na szczęśliwe, prowadzą – jak się wydaje – ciekawą rozmowę, podczas gdy samotny biegacz ma na twarzy wymalowaną melancholię (lub wręcz cierpienie). Można to wyjaśnić tym, że przebywając w grupie, łatwiej wytwarzamy endorfiny.

Zjawisko to było przedmiotem badań doktora Dunbara z Uniwersytetu Oksfordzkiego. W 2009 r., przeprowadzając eksperyment na oksfordzkiej osadzie wioślarskiej, zaobserwował, że sportowcy wiosłujący w grupie słabiej odczuwają ból niż wtedy, gdy taki sam wysiłek podejmują w pojedynkę.
Wiosłując wspólnie, osiągali znacznie wyższy poziom endorfin2!
Ten efekt jest jeszcze potężniejszy w przypadku śmiechu, który – jak wiemy – jest wielce „zaraźliwy”. Mamy znacznie większe szanse, by zaśmiewać się do łez przy komediach, gdy oglądamy je w towarzystwie. Niestety, mechanizm opisany powyżej nie działa, jeśli śmiech jest wymuszony. „Nieszczery śmiech nie wywołuje serii powtarzających się, niekontrolowanych wydechów, niezbędnych do uruchomienia produkcji endorfin”, wyjaśnia doktor Dunbar.
W ramach ćwiczeń praktycznych proponuję kilka klasycznych żartów zapożyczonych od Michela Dogny3.

Nowa choroba: TOSTA
Jeśli…
– po jednej kawie nie możesz zasnąć,
– po jednym piwie zaraz pędzisz do toalety,
– wszystko wydaje Ci się za drogie,
– byle głupstwo doprowadza Cię do furii,
– niewielkie łakomstwo oznacza natychmiastowy przyrost wagi,
– zaczęła się dla Ciebie era metalu (srebrne włosy, złote zęby, tytanowy rozrusznik),
– od mięsa boli Cię brzuch, a pieprz stał się zbyt ostry,
– od soli skacze Ci ciśnienie,
– w restauracji prosisz o stolik z dala od muzyki i ludzi,
– od wiązania butów łamie Cię w krzyżu,
– zasypiasz przed telewizorem,
– masz kilka par okularów (do bliży, do dali, przeciwsłoneczne…),
– wszyscy zwracają się do Ciebie per „Pan” (lub per „Pani”),
– odczuwasz bóle niewyjaśnionego pochodzenia,
– płaczesz bez powodu…

jeśli więc masz te wszystkie objawy… UWAGA! Wiem, co Ci dolega! TOSTA!
Nie ma wątpliwości, TO-STA-rość!

Problem z wiekiem
– Panie doktorze, kiedy uprawiam seks słyszę pogwizdywania…
– A czego się Pan spodziewał w Pana wieku?! Oklasków???

Dziura w pamięci
Gdy byłem mały, Bóg dał mi wybór pomiędzy doskonałą pamięcią a gigantycznym członkiem. Tylko nie pamiętam, co wybrałem!!!

Życzę zdrowia!
Jean-Marc Dupuis

Źródła:

1. Proc. R. Soc. B 22 March 2012 vol. 279 no. 1731 1161-1167

2. Biol. Lett. 23 February 2010 vol. 6 no. 1 106-108

3. Extrait de : Rigolothérapie, dans le Journal de Michel Dogna

Nadejdzie czas gdy każdy inteligentny człowiek będzie zaznajomiony z „chemią duchową” by umieć dla każdej formy zatrucia duchowego znaleźć odpowiedni środek neutralizujący. Zrozumiemy, że równie łatwo jest przeciwdziałać myślom przykrym, dręczącym za pomocą myśli przeciwnych – jak chłodzić wrzącą wodę przez dodanie do niej zimnej. Czując, że umysł nasz unosi się gniewem powinniśmy zwrócić go do miłości i harmonii a płomień gniewu natychmiast zostanie unicestwiony.
Innymi słowy jest rzeczą zupełnie możliwą, a nawet niezbyt trudną, zbadać dokładnie istotę naszych myśli. Posiąść nad nimi władzę a następnie regulować stan naszego usposobienia i zachować równowagę spokój i pogodę nawet wśród najtrudniejszych okoliczności. Żaden fizyczny wysiłek, żadna namiętność czy przykrość – nie potrafią wytrącić z równowagi człowieka przyszłości – nie potrafią zakłócić jego dostojnego spokoju.

 

 

 


Autor: Marcin Sznajder