Monthly Archives: Grudzień 2013

Nie zabijaj „złego”


Nie zabijaj „złego”

Marzy mi się by Papież Franciszek wiernym zakazał zabijania zwierząt; zgodnie zresztą z przesłaniem Biblii; ludzie mają się opiekować zwierzętami a do jedzenia mają rośliny

———————————–

Z przyjacielem , poszukiwaczem kontaktu z duchami, odwiedziliśmy pewien dom w małym miasteczku na północy Polski. Oto co tam się zdarzyło.

Pewnego dnia pies „zobaczył” w kącie pokoju „złego”. Szczekał , wył, szczerzył zęby i nie można go było uspokoić. Rodzina, która tam mieszkała, znana była z hulaszczego trybu życia. Dochodziło tam do burd, kłótni i pijaństw. Byli katolikami więc po pomoc w odstraszeniu „złego” udali się do księdza. Ksiądz nakazał im się wyspowiadać – za grzechy zaaplikował srogą pokutę. Rodzina zmieniła swoje złe przyzwyczajenia i wróciła harmonia do domu. „Zły” odszedł. ale…. „nie dał za wygraną.”

Otóż, ksiądz był zamiłowanym myśliwym i smakoszem dziczyzny. Strzelał dużo i celnie. Ludzie z miasteczka dumni byli z tego księdza – „swój chłop” – mówiono o nim. Kilka dni po wypędzeniu „złego” z domu rodziny, ksiądz usłyszał podejrzane odgłosy na plebani. Nocą ktoś próbował dostać się do jego skarbu – gabloty w której pod kluczem trzymał swoje drogie strzelby. Interpretacja tego zdarzenia przez księdza i oczywiście wiernych była następująca. Przepędzony „zły” chciał się na księdzu zemścić za sprowadzenie na „dobrą drogę” upadłej w obyczajach rodziny.

Mój przyjaciel – znawca duchów – po usłyszeniu tej relacji zaśmiał się i powiedział do mnie:

„Wiesz, to bardzo dziwne, ale ksiądz egzorcysta – byłby jednocześnie specem od zabijania zwierząt? Może ten „zły” nie był taki jednak zły… Postraszył i grzeszną rodzinę i grzesznego księdza!! Marzy mi się – dodał mój przyjaciel – by Papież Franciszek wiernym zakazał zabijania zwierząt; zgodnie zresztą z przesłaniem Biblii, która jasno powiada: ludzie mają się opiekować zwierzętami a do jedzenia mają rośliny”

A może to ten pies, który szczekał i wył, był mędrcem wcielonym w ciało zwierzaka? Może w kącie pokoju nie było żadnego ducha? Przyjacielu ! Psy i koty szybko się uczą od ludzi . Może znają juz i wykorzystują efekt placebo!!! – dodałem

No cóż, wystarczyło pieskowi obszczekać pusty  kąt pokoju by w rodzinie zapanował spokój. Ale kto postraszył księdza? Może domowy kotek?

Oczywiście zgodziłem się z moim Przyjacielem, że już nadszedł czas by „królestwo zwierząt” zaczęło się bronić przed okrucieństwem „królewstwa ludzi”.  Po przyjściu do domu odszukałem taki oto fragment z tekstów T. Terzaniego. Moja historia odrzucenia mięsa jako pokarmu jest podobna do tu poniżej opisanej.

„Pewnego wieczora stary milioner chciał, żebym zjadł z nim i jego rodziną kolację. Zaprosił mnie do jednej ze słynnych restauracji przy Wellington Street, które zawieszają przy wejściu ociekające tłuszczem pieczone prosięta, natomiast na ulicę wystawiają, jakby to były akwaria, szklane wanny, w których pływają najlepsze ryby, homary i langusty, w oczekiwaniu, aż przechodzący klient powie: „To!”, i zwierzę zostanie wyłowione oraz przyrządzone zgodnie z zamówieniem.
Nieprawdą jest, jak twierdzą niektórzy, że to Biblia poprzez swoją boską zachętę, żeby człowiek się rozmnażał w świecie, nad którym on, tylko on, ma „władzę”, stworzyła przemoc ludzkiej rasy wobec innych stworzeń. Chińczycy doszli do tego samego bez Biblii. Przez tysiąclecia gotowanie każdego zwierzęcia z zastosowaniem wyrafinowanych tortur było częścią ich kultury, której zresztą żadna władza ani ideologia nie odważyła się nigdy przeciwstawić.
Patrzyłem na te piękne ryby w wodzie, na prosięta zawieszone na hakach i myślałem o tym, jak to człowiek, i to nawet nie cierpiący nędzy i głodu, zawsze znajdował dziwne usprawiedliwienia dla swojej przemocy w stosunku do innych żyjących istot. Dziś jeszcze dla uzasadnienia corocznej masakry setek milionów kurczaków, jagniąt, świń i krów wysuwa się na Zachodzie argument, że do życia potrzebne są proteiny. A słonie? Skąd one biorą proteiny?

Tego samego rodzaju był argument, za pomocą którego jeden z przyjaciół próbował przekonać Gandhiego, aby porzucił ortodoksyjnie wegetariańską tradycję swojej rodziny. Powiedział mu, że niewielu Anglików było w stanie zdominować miliony Hindusów właśnie dlatego, że jedli mięso. To czyniło ich silnymi. Jedynym sposobem, aby ich pokonać, było zostać jak oni mięsożercami. 
Tak więc pewnej nocy dwaj przyjaciele idą nad brzeg rzeki i po raz pierwszy Gandhi zjada kęs koziego mięsa, zdradzając w ten sposób wiarę swoich rodziców i całej swojej kasty. Ale czuje się bardzo źle. Nie trawi i za każdym razem, kiedy próbuje zasnąć, wydaje mu się, że słyszy w żołądku beczenie zjedzonej kozy. Opowiada o tym w swojej autobiografii. Przez całe dalsze życie Gandhi nie tknął więcej kawałka mięsa, nawet w latach swoich studiów w Anglii, gdzie wszyscy mówili mu, że bez tego nie będzie w stanie znieść zimna.

Ja – przez moje wychowanie – nigdy się nie zastanawiałem, czy jestem wegetarianinem, czy też nie. Kiedy byłem dzieckiem, w moim domu jedzenie mięsa było czymś normalnym, jeśli mogliśmy sobie na to pozwolić. Zdarzało się to zwykle w niedzielę. Kiedy Angela i ja przyjechaliśmy w 1994 roku do Indii, obydwoje byliśmy mięsożerni i trwało to jeszcze przez jakiś czas. Raz w tygodniu pojawiał się w drzwiach naszego domu muzułmanin z nieskazitelną walizką, z której wyciągał zakrwawione paczki z wołowymi polędwicami i befsztykami. Pewnego dnia Dieter, nasz niemiecki przyjaciel, fotograf, pokazał mi na ulicy stado krów otaczających śmietnik z zamiarem zjedzenia plastikowych toreb, kartonowych pudełek oraz gazet, i powiedział:
– Oto, co jesz wraz z pięknym mięsem, dostarczanym przez twojego muzułmanina. I pomyśl o ołowiu z całego tego zadrukowanego papieru!
Miał absolutną rację. Choć nasz muzułmanin pozwalał sobie na ubój krów, które wyznawcy hinduizmu uznają za święte, na pewno nie miał specjalnego pastwiska ze świeżą trawą, na które mógłby posyłać swoje ofiary. To, co nam przynosił, było kawałkami słabowitych krów z ulicy, odżywiających się odpadkami.
To był bodziec, żeby przestać jeść mięso. Potem, z upływem czasu, zdałem sobie sprawę, że nie traktując już zwierząt jak pożywienie, zacząłem inaczej na nie patrzeć i postrzegać je coraz bardziej jako inne żyjące istoty, jako na swój sposób część tego samego życia zaludniającego i budującego świat. W tej chwili odrzuca mnie już sam widok befsztyka, zapach przyrządzanego mięsa wywołuje mdłości, natomiast myśl, że ktoś może hodować zwierzęta tylko po to, żeby je zabijać i zjadać, sprawia mi ból.

Doskonale „racjonalny” sposób, w jaki my, ludzie, hodujemy zwierzęta po to, by je zabijać – obcinając ogony świniom, tak żeby te idące z tyłu nie odgryzały ich tym z przodu, natomiast dzioby kurczakom, aby, oszalałe z niemożności poruszenia się, nie atakowały innych – stanowi znakomity przykład barbarzyństwa rozumu.
Ale przecież również warzywa to życie! – słyszę od zagorzałych mięsożerców, głuchych na wszelkie argumenty, jakby przy zrywaniu pomidora sprawiało się roślinie taki sam ból, jak przy duszeniu kurczaka, albo jakby można było posadzić z powrotem udziec jagnięcy tak, jak sadzi się kapustę lub sałatę. Warzywa są po to, żeby je jeść. Zwierzęta nie! Najbardziej naturalnym pożywieniem dla człowieka jest to wyprodukowane przez ziemię i słońce.

Milioner nie nadchodził. Patrzyłem na prosięta i pytałem w duchu tych, którzy mieli je zjeść: „Czy słyszeliście kiedykolwiek krzyki dochodzące z rzeźni?”. Trzeba, żeby wszyscy je usłyszeli, zanim wbiją widelec w befsztyk. W każdej komórce tego mięsa jest potworność tej przemocy, trucizna tego nagłego, ostatniego strachu umierającego zwierzęcia. Moja babcia była, jak wszyscy, mięsożerna, ale pamiętam, że mówiła, aby nigdy nie jeść dopiero co ubitego mięsa. Trzeba było zaczekać. Dlaczego? 
Być może starzy ludzie wiedzieli, jaki to ból wkładać sobie do brzucha czyjąś agonię. Przecież to. co eufemistycznie nazywamy mięsem, to tak naprawdę są kawałki zwłok, części nieżyjących, zamordowanych zwierząt. Dlaczego robić z własnego żołądka cmentarz?
Jeśli nadarza się okazja, Angela wciąż jada mięso. Dla mnie to niemożliwe. Ale nie jest to już kwestia zdrowia, pochłaniania ołowiu z gazet przeżuwanych przez krowy na ulicy. To problem moralny. Oto mały, piękny sposób zrobienia czegoś przeciw przemocy: postanowić nie jeść więcej innych żyjących istot.”

 

—————

„Tylko na nas spójrzcie. 
Wszystko jest na wspak, 
wszystko jest do góry nogami. 
Lekarze niszczą zdrowie, 
prawnicy niszczą sprawiedliwość, 
uniwersytety niszczą wiedzę, 
rządy niszczą wolność, 
główne media niszczą informacje 
a religie niszczą duchowość.”

Michael Ellner:

Dodam od siebie: Zabijanie zwierząt i ich zjadanie niszczy zdrowie i cofa w duchowym rozwoju.

 

Stara kobieta…


Stara kobieta…

Uważano ją za pomyloną, bo często widziano ją, jak godzinami siedziała lub stała bez ruchu.

Nasza B.B , która teraz jest szczęśliwa, mieszka w lesie w wspaniałym domu i przy boku kochającego mężczyzny przysłała mi opowiadanie – „Mądra Aborygenka” . Zamieszczam tylko fragment tego opowiadania. Całość można przeczytać   na:

https://www.facebook.com/notes/prosperita/przypowieść-o-poznawaniu-siebie/595381130525444 

„To była stara kobieta, żyjąca samotnie na skraju aborygeńskiej osady. Uważano ją za pomyloną, bo często widziano ją, jak godzinami siedziała lub stała bez ruchu. Ja też tak sądziłem, aż pewnego dnia spotkałem ją na drodze. Niosła ciężką torbę i zaproponowałem, że jej pomogę. Popatrzyła na mnie i powiedziała: wiedziałam, że to będziesz ty. Podała mi torbę i szliśmy przez około piętnaście minut. I te piętnaście minut zmieniło moje życie.

– Co takiego się stało? – zapytałem.

– Powiedziała: Wiedziałam, że właśnie ty do mnie podejdziesz, bo jesteś jedynym w wiosce, który umie patrzeć.
Nie wiedziałem, co przez to chce powiedzieć, ale nie przerywałem. 
– Widzisz, jestem już stara i czas na „daleką podróż”, ale zanim odejdę, chciałam jeszcze komuś powierzyć prawdę. W wiosce uważają mnie za wariatkę i wygodnie mi z tym, bo nikt mi głowy nie zawraca. Miałam dużo czasu na obserwację i przemyślenia. Doznałam w życiu wielu nieszczęść. Mój mąż zapił się na śmierć. Wcześniej często mnie bił. Dzieci odeszły do miasta i zapomniały o starej matce. Ale teraz jestem już poza tym wszystkim. Był czas, kiedy bez przerwy o tym myślałam i moje życie było jednym wielkim pasmem udręki. Nie potrafiłam myśleć o niczym innym, tylko o tym, jak bardzo jestem nieszczęśliwa. I nagle wszystko się zmieniło. A było to podczas święta corroborree. http://en.wikipedia.org/wiki/Corroboree 

WR Thomas, A South Australian Corroboree, 1864, Art Gallery of South Australia

Pamiętam, że od dziecka to święto było dla mnie bardzo wzruszające. Gdy patrzyłam na tańczących, zapomniałam o wszystkim. Wczuwałam się w każdą scenę tego tańca: w stwarzanie świata, w umieranie i przebywanie zmarłych poza czasem. I gdy tak stałam i patrzyłam, nagle poczułam, jak coś wewnątrz mnie pęka. Coś się we mnie otworzyło. Wręcz namacalnie zobaczyłam ten świat, w którym czas nie istnieje. Było to najcudowniejsze przeżycie, jakiego kiedykolwiek doznałam. Nie wiem ile trwało, ale gdy się ocknęłam, stałam sama pod drzewem. Wszyscy już poszli. Zaczęłam powoli wracać do domu i znowu wróciła myśl o tym, jaka to jestem samotna i nieszczęśliwa. Ale również uświadomiłam sobie, że coś się we mnie zmieniło. Gdy zaczynałam myśleć o sobie i swoich problemach, dostrzegłam, że coś z głębi mnie patrzy się na mnie. I co więcej, im bardziej użalałam się nad sobą, tym ironiczniej to coś na mnie spoglądało i wręcz się śmiało. Przestraszyłam się, że zwariowałam, ale pomyślałam, że do rana mi przejdzie. Ale nie przeszło. Gdy stres się pojawiał, to coś wracało. Zauważyłam, że najszybciej potrafię się go pozbyć, jak spokojnie usiądę i zaczynam go obserwować, tak jak on obserwuje mnie. Gdy wracałam do codziennych zajęć, wyzwalało we mnie niepokój. Uspokajało się, jak ja się uspokajałam. Dlatego w pewnym momencie przestałam zajmować się jakimkolwiek zajęciami, tylko po prostu siedziałam. Wiem, że to w oczach ludzi nie wyglądało normalnie, ale moja świadomość była przytłumiona i nie odbierała wyraźnie świata na około. Nie wiem ile to trwało, ale pewnego dnia zorientowałam się, że to coś, to ja, ale ta prawdziwsza ja, i że tak naprawdę obserwuję siebie samą. Każdego dnia spędzałam większość czasu medytując w ten sposób. Czułam, że codziennie przekopuję się przez kolejne poziomy czegoś, co przez lata narosło we mnie i zaśmieciło mnie do tego stopnia, że już sama nie wiem, kim jestem. Znowu minął jakiś czas, zobaczyłam, że to coś, to nawet nie jestem ja, bo tak naprawdę mnie nie ma. Ja znikło. Ale wraz z nim, znikło wszystko, co związane było ze mną, cały mój świat. Znowu byłam poza czasem. Trwałam tam aż do wyczerpania się energii. Wtedy świadomość wracała. Często marzyłam o tym, żeby już nie wrócić. Nie wiedziałam, czy do tego trzeba umrzeć, ale jeśli nawet tak, to było mi wszystko jedno. Tamten świat był tak wspaniały. Pewnego dnia zaczęłam w czasie medytacji prosić Wielką Siłę, żeby pozwoliła mi już tu nie wracać. Nagle usłyszałam głos, ale nie uszami, tylko jakby wewnątrz mnie. Głos zapytał: „Czy jesteś w stanie złożyć w ofierze to wszystko, czym jesteś, swoją świadomość, pamięć i życie?”. Bez wahania odpowiedziałam, że tak. I wtedy to się stało. Wkroczyłam TAM i wiedziałam, że stamtąd nie ma powrotu. Ty widzisz teraz moje ciało, które już nie jest moje, bo mnie już nie ma. Oddałam swoje ja. To ciało do ciebie mówi, ale nie jest już bardziej moje, niż ciała i umysły wszystkich ludzi na świecie. Wiem, że jeszcze teraz tego nie pojmujesz, ale chcę ci powiedzieć, że twój prawdziwy świat jest tam, gdzie nie istnieje czas. Dopóki żyjesz w czasie, żyjesz w świecie złudzeń.

Mimo że od dziecka słyszałem różne dziwne historie, bo Aborygeni bardzo lubią opowieści o różnych niestworzonych rzeczach, to jednak ta opowieść była zbyt niewiarygodna.

– A jeśli to jednak wariatka? Jeśli to wszystko jest wymysłem jej chorej wyobraźni? – pomyślałem.

– Zastanawiasz się, czy jednak nie jestem wariatką – wyczytała z moich myśli.

– Nie! – zaprzeczyłem, bo głupio mi się zrobiło.

– Zaśmiała się głośno.

Dochodziliśmy do jej domu. Otworzyła drzwi i wzięła ode mnie torbę. Dziękuję – powiedziała i weszła do środka.
Stałem, nie wiedząc co zrobić. Byłem ciągle pod wrażeniem jej historii i nasuwało mi się wiele pytań. – Przyjdź jutro wieczorem – usłyszałem jej głos.

Oczywiście przyszedłem, i następnego dnia również. I następnego. Byłem u niej codziennie. Im dłużej z nią przebywałem, tym wyraźniej zdawałem sobie sprawę z tego, że pod tą zniszczoną czasem i życiem powłoką tkwi nieograniczone źródło mądrości. Chwilami jej słownictwo było zwykłym żargonem tubylców, a chwilami potrafiła użyć takich sformułowań, jakich nie powstydziłby się profesor uniwersytetu. To ona nauczyła mnie o tym, że świat ma strukturę wymiarową, że świadomość i umysł to dwie różne rzeczy. Gdy zapytałem ją, skąd czerpie swoją wiedzę, przecież nawet nie umie czytać, powiedziała, że rzeczywiście, książek to czytać nie umie, ale umie czytać świat.
– Cały świat bez przerwy mówi do ciebie i przekazuje ci swoją prawdę – mówiła. Patrz uważnie i słuchaj. Bo gdy musi powtórzyć swoją lekcję, wtedy staje się to bolesne.
– Co to znaczy? – zapytałem.
– Ludzie cierpią nie dlatego, że nie mają innego wyjścia. ZANIM DO KOGOŚ PRZYJDZIE CIERPIENIE , NAJIERW TEN CZŁOWIEK DOSTAJE OD ŚWIATA WSZYSTKIE INFORMACJE I INSTRUKCJE JAK TEGO UNIKNĄĆ. Żeby to odczytać, wystarczy chwila uwagi i logika myślenia. Widzisz, ja cierpiałam bardzo długo, bo brakowało mi tych dwóch czynników. Nie potrafiłam myśleć logicznie, bo moją całą uwagę pochłaniała emocja. Gdybym odkryła to wcześniej, mogłabym uniknąć bólu.
– W jaki sposób? – zapytałem – przecież twoje cierpienie związane było z sytuacją, jaka cię spotkała. Czy mając wiedzę, można kształtować bieg wydarzeń?
– Oczywiście, że tak. Nawet nie mając wiedzy, bez przerwy to robisz, ale nieświadomie, dlatego nie zawsze odbywa się to z korzyścią dla świata. A jeśli to, co robisz, nie odbywa się z korzyścią dla świata, to i nie ma w tym korzyści dla ciebie i prowadzi do cierpienia. Świat, dając ci cierpienie, upomina cię, jak dobry rodzic, żebyś nie robił rzeczy głupich.
– Czy zawsze działanie, które daje mi korzyść, będzie dawać korzyść światu i odwrotnie?
– Oczywiście, że tak, przecież jesteś częścią tego świata.
– To jakie działanie przynosi największą korzyść zarówno mnie, jak i jemu?
– Działanie zmierzające do uwolnienia się od jego wpływu. Widzisz, ten materialny świat nie służy do tego, żeby go budować, kształtować, wzbogacać o wielkie idee. To tylko szkoła, która uczy, jak przenieść świadomość na kolejne poziomy. Cała praca, jaką masz tu wykonać, to uwolnić się od niego.

Zanim odeszła, powiedziała mi, co robić, żeby pozbyć się świata złudzeń. Powiedziała, żebym OBSERWOWAŁ SIEBIE . Mówiła, że obserwując siebie i zadając sobie pytanie: KIM NAPRAWDE JESTEM – uwalniam swoją świadomość od zależności materialnego świata.”

 

„Głębiej” o Jodze


„Głębiej” o Jodze

Joga oznacza być świadomym samego siebie w każdym momencie, być świadomym każdego gestu, każdej myśli.

 

 

Jadąc pociągiem na trasie  Warszawa – Augustów-spoglądałem na widoki za oknem. Dzień byl szary. W bezprzedziałowym wagonie było tylko kilka osób. Miarowy stukot kół zapraszał do snu, do medytacji. By nie zasnąć i nie przegapić docelowej stacji sięgnąłem do plecaka po komputer. Czytałem…

„Wędruj brzegiem morza i pozwól, by ta medytacja na ciebie zstąpiła. Jeśli tak się stanie, nie podążaj za nią. To, za czym podążasz, będzie wspomnieniem tego, czym ona była – a to, co było, zabija to, co jest. A kiedy wędrujesz wśród wzgórz, pozwól, by wszystko wokół opowiadało ci o pięknie i bólu życia; w ten sposób uświadomisz sobie własne cierpienie i położysz mu kres. Medytacja jest korzeniem, łodygą, liśćmi, kwiatem i owocem. To słowa oddzielają owoc, kwiat, liście, łodygę i korzeń. Gdy dokona się taki podział, działanie nie rodzi dobra: cnota jest postrzeganiem całościowym…”

„W medytacji ważna jest jakość umysłu i serca. Nie to, co zyskujemy, nie przypisywane sobie osiągnięcia, ale umysł, który jest nieskalany i bezbronny. Stan pozytywny istnieje dzięki negacji. Samo gromadzenie doświadczeń lub życie w ich obrębie niweczą czystość medytacji. Medytacja nie jest środkiem wiodącym do jakiegoś celu. Jest zarówno środkiem, jak i celem . Doznania nie mogą sprawić, by umysł stał się nieskalany. To negacja doznań wywołuje ów pozytywny stan czystości, którego nie jest w stanie kształtować myśl. Myśl nigdy nie jest czysta. Medytacja wycisza myśl; nie dokonuje tego „medytujący” on bowiem jest medytacją. Bez medytacji żyjemy niczym ślepcy w cudownym świecie świateł i barw.”

 

„Poklikałem” w ikonki na ekranie komputera i znalazłem taki oto fragment tekstu:

 

„…Niespodzianką był Swami. Około siedemdziesiątki, wysoki, szczupły, lekko zgarbiony, odziany w pomarańczową tunikę, przybył w połowie tygodnia, ale już swoją pierwszą „mową o zachodzie słońca” nadał całemu seminarium nowy wymiar. Człowiek ten był wykształcony, inteligentny, bardzo bystry, ale czuło się, że nie ma żadnej potrzeby tego okazywać. Emanował pogodą ducha.

– Poszukiwanie duchowe jest poszukiwaniem poznania, a jedynym poznaniem, za jakim warto podążać, jest poznanie samego siebie – zagaił. – Sądzimy, że wiemy, ale wiemy tylko to, co widzimy, co słyszymy, czego doznajemy zmysłami. Tak naprawdę to wszystko, co jawi się nam jako rzeczywistość, nie jest rzeczywiste. Materia nie istnieje, tylko jawi się nam, jakby istniała…

Dobrze wiedział, do kogo się zwraca, i szybko zmierzył się, ze sporą dozą ironii, z tematem, który nas tam sprowadził.

– Joga?

Oczywiście, jest zdrowa dla ciała – powiedział -i przyjemnie jest móc się schylić, by podnieść kartkę, nie musząc nikogo prosić o pomoc. Jednak celem jogi nie jest ciało. Oznacza ona kontrolowanie umysłu, jedność między ciałem a umysłem; nie po to, żeby zostać atletą, ale by utrzymać ciało w zdrowiu. Ciało to środek transportu, podobnie jak samochód. Powinno być dobrze utrzymywane, żeby dotrzeć do miejsca przeznaczenia. Nie należy jednak mylić celu ze środkiem.

Było oczywiste, że nie ma wiele respektu dla tego, czym się stała joga, ani dla tych, którzy ją dzisiaj praktykują. Wyraził to jasno, mówiąc o zachodniej obsesji pojęcia własności, owej potrzeby określania wszystkiego w kategoriach „ja” i „moje”. Miał zabawny sposób wyjaśniania różnych spraw.

– Wy mówicie: „To mieszkanie jest moje”. Ale jeśli się dobrze przyjrzycie, jego podłoga to sufit mieszkania piętro niżej, a ścianę dzielicie z sąsiadem. Nic nie jest naprawdę wasze. Absolutnie nic… jeszcze mniej wasze ciało. Wiele osób może się upominać o jego własność: wasza matka, wasz ojciec, wasz współmałżonek w oparciu o sakrament małżeństwa, państwo, wobec którego wasze ciało ma obowiązki obywatelskie, sama ziemia, ogień, który utrzymuje was we właściwej temperaturze, woda i warzywa, które jecie. Wszyscy oni mogą powiedzieć: „To ciało jest moje”…

Wy sami nic nie posiadacie. Nie jest wasze nawet to, co wiecie. Dostaliście to z książek albo od nauczyciela. A jednak wciąż powtarzacie: „To jest moje ciało”. Wydaje się wam ono tak bardzo wasze, że się z nim identyfikujecie. Mówicie: ,ja” i myślicie o waszym ciele. Ale jeśli Ja” to ten, kto identyfikuje ciało, nie może więc być ciałem. Podmiot, który obserwuje przedmiot-ciało, nie może być ciałem.

Mówił też:
-Joga oznacza być świadomym samego siebie w każdym momencie, być świadomym każdego gestu, każdej myśli. A kto nie zważa na każdą chwilę swojego życia, ryzykuje, że skończy jak człowiek z historyjki, którą opowiedział z cudowną mimiką.

Pewien człowiek wie, że na świecie istnieje kamień zdolny przemienić przez samo dotknięcie żelazo w złoto. Postanawia go odnaleźć. Przepasuje się w pasie łańcuchem i wyrusza w drogę. Podnosi każdy napotkany kamień i uderza nim w łańcuch. Żelazo pozostaje żelazem, a on wyrzuca kamień. Podnosi następny, uderza i wyrzuca. I tak przez kolejne tygodnie, miesiące – coraz mniej uważnie. Aż któregoś dnia zatrzymuje go jakieś dziecko. – Ej stary, gdzie znalazłeś ten piękny, złoty łańcuch? Mężczyzna patrzy na łańcuch. Naprawdę stał się złoty! Ale który z tysięcy podniesionych i odrzuconych kamieni okazał się tym właściwym?

Swami był bardzo krytyczny w stosunku do zachodnich wartości, szczególnie amerykańskich. Mówił, że na Zachodzie wszystko musi być użyteczne, w przeciwnym wypadku nie ma żadnej wartości.- To jest mentalność sępa, który lata wysoko, ale oczy ma zawsze skierowane w dół, w poszukiwaniu czegoś, co może złapać w szpony.

W gruncie rzeczy cały czas mówił o jodze i chciał, byśmy zrozumieli, że praktyka ta kryje w sobie dużo więcej niż tylko asany i pranajamę. Były to tylko dwa z ośmiu aspektów dyscypliny jogina. Jakby rzucając wyzwanie powadze uczestników, zaczai mówić o pozostałych sześciu: rezygnacji z przemocy, oderwaniu się od spraw materialnych, rezygnacji z fałszu, wyzwoleniu się z oków zmysłów, a także o koncentracji i medytacji. Tylko połączenie tych wszystkich elementów było jogą.

– Joga jest środkiem, drogą, poprzez którą człowiek łączy swoje ograniczone Ja” z Nieskończonym Bytem. To wewnętrzna podróż. Celem jest osiągnięcie doskonałości, jednak nie ma to nic wspólnego ze stanem fizycznym. Joga nie ma leczyć takiej czy innej patologii, takiej czy innej choroby, ale dzięki niej powinniśmy wyzwolić się od wszelkich cierpień świata materialnego, które rodzą się za każdym razem, kiedy odrywamy ją od siebie, aby skupić się na zmysłach i na przedmiotach zmysłów. Dlatego joga dąży do jedności Ja” z absolutem jako lekarstwem na wszystko, jako wyzwoleniem od wszystkiego.

 

Fragmenty z tekstów T.Terzani, J Krishnamurti

Zawyć z bólu


Zawyć z bólu

i otrzeźwieć

 

 

Fotki z planu zdjęciowego “The Wall”

Leżałem kiedyś kilka dni na podłodze z okropnym bólem kręgosłupa po upadku z wysokości dziesięciu metrów. Błagałem Stwórcę by mnie uwolnił z tego bólu i zabrał do siebie. Po kilku dniach moja żona ściągnęła  lekarza, który wbił mi miedzy kręgi długą igłę. Zawyłem jak zwierze.

 

Wtedy, wbrew intelektowi, który się już dawno poddał i wybrał “zejście z tego świata”, ten straszny ból ukłucia, uruchomił we mnie program z “bazy instynktu samozachowawczego”. Podświadomość zadziałała – obudziła we mnie Najlepszego Lekarza, który natychmiast wykorzystał – Najlepszą Aptekę- i wybrał z tego co znajdowało się w moim ciele – Najlepsze Lekarstwa. Organizm ludzki jest cudowny… Czy jest kochany czy też “dźgany” daje z siebie wszystko by przeżyć. Ale jakże często intelekt jest ciała naszego wrogiem.

Wstałem wtedy błyskawicznie i chciałem pobić tego lekarza. Kiedy ochłonąłem i wrócił mi rozum do głowy – długo lekarzowi dziękowałem. Później, po miesiącach i latach czytania i praktykowania wiedzy zaczerpniętej z przeróżnych książek o niekonwencjonalnej medycynie, o uzdrowieniu duchowym, empatycznym, doszło do mnie, że:

Naszym ciałem, a tym samym naszym zdrowiem, rządzi Podświadomość a my jej własną Świadomością nie potrafimy kontrolować. Ona to – Podświadomość- prawdopodobnie rozporządza tymi 80% umysłu – a w nim programami, o których ani naukowcy ani my nie mamy jeszcze pojęcia co robią. W tych 80 % znajduje się i “zgoda” na jakąkolwiek chorobę, ale i na szczęście dla nas, programy i procedury, które chorobę usuwają.
Cały swój wysiłek – z konieczności, ciekawości, dla własnego rozwoju, i ze strachu żeby nigdy mi się nie zdarzył taki okropny ból – skierowałem by poznać własną Podświadomość.

 Ale żeby poznać Podświadomość trzeba zrezygnować z wielu przyjemności, zmienić całe życie – poglądy, mnóstwo przyzwyczajeń. W pewnym momencie poczułem , ze jestem panem we własnym domu a moje własne ciało polubiło mnie i zgodziło się współdziałać. To co było Podświadomością – zwierzakiem we mnie – uznało że na tyle go potrafię kochać, że poczęło mnie się słuchać a nie lękać i uciekać po kątach – w choroby. Miłość do Podświadomości to stały proces, który trzeba kontynuować przez całe życie – i który można nazwać Pokochaniem Siebie. Nauczyłem się, że trafniej jest stwierdzać, że jest się chorobą a nie, że ma się chorobę. To zasadnicza różnica w podejściu do swojego ciała.

Czas zmiany:

Poczucie winy, nie dawanie sobie rady w życiu, reprezentowane są w “głowie” odpowiednimi negatywnymi myślami. Każda myśl niosąc energię próbuje się rozładować w świecie zewnętrznym , czyli zrealizować. Poczucie winy (myśl) realizuje się i zamienia się wtedy w karę. Sami siebie karzemy za zupełnie bezsensowne, bo podświadome, poczucie winy.
W tamtym czasie (wypadek) byłem dobrze już po czterdziestce i pracowałem przy realizacji fabularnych filmów jako konsultant do spraw kaskaderów, kaskader, operator podwodnych zdjęć i drugi reżyser. Miałem tej pracy serdecznie dosyć – ciągłe zagrożenie zdrowia i wielka odpowiedzialność za kolegów powodowały ogromny stres. Mój organizm zbuntował się. Najlepszym rozwiązaniem okazało się dla Podświadomości – wykluczenie mnie ze stresowego życia – a więc wypadek. Z deszczu pod rynnę… Zabrakło mi mądrości – gdy masz problem zmień się. Zmień całe swoje życie. Zmień myślenie i uczucia. I cóż, porzuciłem film i zająłem się nurkowaniem – uczeniem innych.

 A gdy i to stało się zbyt stresowe…. zacząłem fotografować podwodny świat i przyrodę północno wschodniej Polski.  Postanowiłem też otworzyć szkołę – Foto Safari i uczyć innego spojrzenia na życie. Na początek uczyłem Przyjaciół. Teraz myśle o zamieszkaniu na małej  wysepce greckiej i o samotnym rejsie jachtem … gdzie oczy i wiatry poniosą.

„Ja jestem Tym i Ty jesteś Tym”

 Wieczorową porą, gdy ciało odpoczywa , a dusza przysypia leniwie, zapraszam do „intelektualnej przygody” –  do akceptacji lub nie – sekwencji myśli joginów. Przyjęłem te myśli bez wahania. Są we mnie ciągle obecne…

 

„…Trzy słowa: Postęp ku Jedności — dają nam klucz, otwierający wejście na „wąską ścieżkę rozwoju świadomości”.

1. Postęp

Prawem powszechnego Działanie – jest ruch. Działanie jest identyczne z Istnieniem. Jeśli nie możemy istnieć bez działania, to tym bardziej nie możemy się rozwijać. Jeśli dziś jesteśmy tutaj, to dlatego, że nasze działania harmonizują z działaniem środowiska, w którym żyjemy.

Do zmiany, do „podniesienia się” lub „obniżenia”, wystarczy działać odmiennie. „Co jest do siebie podobne — łączy się ze sobą”.Jeśli w naszym obecnym środowisku zmieniamy postępowanie, dostosowując je do środowiska, w którym pragniemy się znaleźć — to będziemy popchnięci samą siłą rzeczy, ku temu nowemu środowisku.

To tak jak u ryb…
Jeśli ryba, znalazłszy się wskutek swoich poprzednich działań na pewnej głębokości, zmieni objętość pęcherza pławnego, stosownie do głębokości, na której pragnie być, to zostanie uniesiona nieświadomie, samą siłą rzeczy, na tą nową głębokość.

Dla wiekszosci z nas jest to fakt, stwierdzony doświadczeniem. Wszystkie części naszej istoty rozwijają się przez powtarzające się działanie. Ciało podlega temu prawu, na równi z naszymi uczuciami i myślami. Bezczynność — to zastój, to śmierć. By rozwijać się trzeba działać — innej metody nie ma.

W czynnościach chodzi nie o zmianę form zewnętrznych, lecz o zmianę ich wewnętrznych pobudek. Te same czynności wykonane w celu egoistycznym, zatrzymują nas nieskończeie długo na utartych drogach w zastoju a dźwigają nas potężnymi skrzydłami i unoszą poza obręb niedoli, jeżeli mają na celu dobro powszechne.

Wynik owej przemiany naszych pobudek może uwidocznić się nie od razu, jednak jest on nieunikniony i przejawia się nieświadomie, jeśli tylko przezwyciężymy przeszkody, powstałe z naszych poprzednich działań, czyli, gdy się wyczerpią nasze przeszłe „błędne postępki „.

2. …ku Jedności.

Różnorodność, odrębność istnieje we wszystkich sferach przejawionego świata, lecz nigdzie poza tym. Chcąc iść do celu, do Jedności, ten podział musi zniknąć: innymi słowy — powinniśmy usunąć egoizm z naszej natury. Życie bezinteresowne jest zatem nieodzownym warunkiem duchowego wzrostu.

Egoizm, instynkt wyłączności, wyznacza nam pozycję w rozdzielności, w indywidualności. Dla osiągnięcia „punktu centralnego”, musimy pozbyć się pojęcia podziału, wyłączności.

Egoizm rodzi żądzę, jedno nie da się pomyśleć bez drugiego, zaś żądza przywiązuje nas do poszczególnych przedmiotów. Skuwa nas potężnym węzłem z kołem narodzin i śmierci. Żądza zaślepia naszą zdolność poznawania i uwodzi w królestwo ułudy, gdzie wszystko się widzi na opak.Żądza prowadzi nas  w ten zawiły labirynt czasu i przestrzeni, gdzie każda rzecz wydaje się różna od innych. Należy więc zwalczyć żądzę, o ile chcemy poznać Prawdę i zdobyć Wolność.

Oto  warunek rozwoju: Wzrastać przez Czyn — bez egoizmu, bez żądzy, bowiem egoizm rodzi żądzę, zaś żądza wytwarza cierpienie, smutek, ból – cały aparat niedoli. Sam egoizm jest tylko wyikiem nieświadomości, nieznajomości tej Prawdy, że istnieje tylko jedna Rzeczywistość, i że w istocie: „Ja jestem Tym i Ty jesteś Tym”

Fragmenty  tekstów C.J. Chatterii (Wiedza Indii)

 

Oszukują Cię cz.2


Oszukują Cię cz.2

sarin? – należy do związków stale wykorzystywanych na całym świecie jako pestycydy fosforoorganiczne. Jak to działa?

 

Stany Zjednoczone i większość krajów europejskich były gotowe doprowadzić do wojny, aby „ukarać” prezydenta Syrii, Baszszara al-Asada, który spowodował śmierć ponad tysiąca osób w wyniku ataku chemicznego z użyciem trującego sarinu.

Z mediów nie dowiesz się jednak zbyt wiele na temat sarinu. Tymczasem jest on niczym innym jak szczególnym rodzajem cieczy i tak jak roundup (randap) należy do związków fosforoorganicznych – stale wykorzystywanych na całym świecie jako pestycydy fosforoorganiczne.

Malathion (malation) (środek owadobójczy powszechnie używany w Chinach, krajach byłego ZSRR i Stanach Zjednoczonych, zabroniony w Unii Europejskiej od 2007 roku) i phosmet (środek owadobójczy stosowany najczęściej przy uprawie jabłoni) są estrami kwasów fosforowych, czyli organofosforanami, które stosowane są do produkcji pestycydów organfosforanowych.

Dlaczego organofosforany są tak skuteczne w zabijaniu?

Pestycydy organofosforanowe mają działanie neurotoksyczne podobne do sarinu: blokują przepływ impulsów nerwowych w mózgu. Gdy mózg przestaje funkcjonować, serce nadal bije, gdyż komórki mięśnia sercowego są niezależne od układu nerwowego. Dochodzi do utraty świadomości (śpiączki) i zatrzymania oddechu, co w konsekwencji prowadzi do śmierci w wyniku uduszenia.

Organofosforany uniemożliwiają neuronom wzajemną komunikację. Neurony są komórkami nerwowymi mózgu, które porozumiewają się między sobą za pomocą substancji chemicznych nazywanych neuroprzekaźnikami. Jednym z najważniejszych neuroprzekaźników jest acetylocholina. Bez niej neurony nie potrafiłyby ze sobą „rozmawiać”, myślenie byłoby niemożliwe, a mózg nie mógłby wydawać poleceń całemu organizmowi.

Związki organofosforanowe w organizmie człowieka, poprzez blokowanie acetylocholinoesterazy, uniemożliwiają prawidłowe przekaźnictwo impulsu elektrycznego między neuronami. Prowadzi to do zaburzenia funkcji mięśni oraz mózgu, czego rezultatem jest paraliż i śmierć. 

Dlaczego mycie warzyw i owoców jest tak ważne?

Spożycie pozostałości pestycydów organofosforanowych znajdujących się na nieumytych owocach i warzywach nie grozi śmiercią, może jednak prowadzić do zakłócenia funkcjonowania organizmu.

Badania naukowców przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych w ramach narodowego badania epidemiologicznego (National Health and Nutrition Examination Survey) – z udziałem 1139 dzieci w wieku od 8 do15 lat, z których 119 spełniało kryteria diagnostyczne ADHD – dowiodły, że dzieci poddane ekspozycji na duże stężenia pestycydów organofosforanowych wnikających do organizmu po zjedzeniu owoców i warzyw częściej wykazywały objawy nadpobudliwości psychoruchowej (diagnozowane jako ADHD)1.

Badanie przeprowadzone w 2010 roku wykazało, że każdy 10-krotny wzrost stężenia metabolitów organofosforanowych w moczu powodował zwiększenie ryzyka wystąpienia u dziecka objawów ADHD o 55–72%2.

Pestycydy mają również inne szkodliwe oddziaływanie na mózg. Według zbiorowego sprawozdania eksperckiego, wydanego przez Francuski Narodowy Instytut Zdrowia i Badań Medycznych (INSERM), powodują one także wzrost ryzyka rozwoju choroby Parkinsona3.

Dlatego szczególnie ważne jest dokładne mycie owoców i warzyw przed ich zjedzeniem (jeżeli nie pochodzą z upraw ekologicznych), zwłaszcza, jeżeli spożywane są na surowo i/lub ze skórką. Do mycia najlepiej używać specjalnej, przeznaczonej do tego celu szczotki.

Odkrycie dokonane podczas badań nad bronią chemiczną

Pestycydy organofosforanowe są owocem badań nad gazami bojowymi rozpoczętymi podczas II wojny światowej. W latach siedemdziesiątych XX w. zastąpiły one wyjątkowo toksyczne organochloryny (pestycydy oparte na chlorze), spośród których najczęściej stosowany był środek owadobójczy DDT.

Obecna broń chemiczna to w większości organofosforany – neurotoksyczne gazy bojowe.

Głównym celem wielu reżimów jest wynalezienie substancji o natychmiastowym działaniu i nieodwracalnych skutkach – na tyle potężnej, aby zgładzić jednocześnie dziesiątki czy nawet setki tysięcy osób. Gazy stosowane podczas I wojny światowej (chlor i gaz musztardowy – powodujące oparzenia oczu i płuc) uważane były przez przywódców politycznych i wojskowych za dalece niewystarczające, ponieważ słabo „radziły sobie” ze zgładzeniem jednorazowo choćby kilku tysięcy osób…

W 1939 roku niemieccy naukowcy znaleźli w końcu „cudowne” rozwiązanie – sarin. Wynalazcy z firmy chemicznej IG Farben byli tak dumni ze swojego odkrycia, że gazowi nadali nazwę będącą połączeniem liter ich nazwisk (Schrader, Ambros, Rüdiger oraz Van der LINde), aby na stałe wpisać się w karty historii.

Bez względu na to, jak trudno to sobie wyobrazić, sarin jest bezwonny, bezbarwny i lotny oraz posiada zdolność przenikania przez skórę. Niczego nie widać i niczego nie czuć, a wystarczy wniknięcie zaledwie kilku molekuł do organizmu przez skórę lub drogi oddechowe, aby spowodować śmierć (fatalne w skutkach jest już stężenie 10 ppm).

Sarin rozpylony na ulicach miast lub w metrze, gdy nikt tego się nie spodziewa, może spowodować, że przechodnie, młodzi i starsi, będą padać sparaliżowani, a po chwili umrą w wyniku uduszenia (zatrzymanie funkcjonowania mózgu), podczas gdy obserwatorzy tych wydarzeń nie będą w stanie zrozumieć, co się dzieje, ani podjąć jakichkolwiek działań ratunkowych.

Można mówić więc tutaj o broni apokaliptycznej, o takich samych skutkach rażenia jak w przypadku broni jądrowej. Z tego powodu została ona zakwalifikowana przez ONZ do kategorii broni masowego rażenia (rezolucja 687). W 1993 roku zakazano produkcji i przechowywania broni chemicznej.

Niestety, ostatnie wydarzenia pokazały, że piękny sen o wyeliminowaniu broni masowego rażenia jest całkowicie złudny.

Moja opinia na temat Syrii

Chociaż nikt mnie o to nie prosił, pragnę jednak ją wyrazić. Wykracza to poza temat, jednak kwestia ta bardzo leży mi na sercu. Miałem okazję przez wiele lat przemierzać Syrię wzdłuż i wszerz, podróżując autostopem – od zachodnich górskich wybrzeży po brzegi Eufratu na wschodzie. Poznałem wielu Syryjczyków, jadałem z nimi posiłki, gościłem w ich domostwach. Zetknąłem się również z przerażającymi opowieściami, przekazywanymi całkowicie poufnie, o metodach stosowanych przez policję reżimu.

Dlatego nie mam żadnego powodu, aby darzyć sympatią Baszszara al-Asada, który, co jest oczywiste, jest przestępcą. Moim zdaniem jednak niedoceniany problem tkwi w tym, że rebelianci są równie brutalni, jeśli nie gorsi od Baszszara al-Asada. Jednak jest to tylko moja osobista opinia.

Życzę zdrowia!
Jean-Marc Dupuis

***
 
Ryzyko, że umrzesz na chorobę związaną z Twoim stylem życia, wynikającą ze sposobu odżywiania się, palenia tytoniu lub braku aktywności fizycznej, wynosi aż 3 do 5. Tak wynika z badań Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Ale masz aż 80% szans, aby uniknąć tych chorób, podejmując proste środki zaradcze, prawdopodobnie nieznane Twojemu lekarzowi.

Zgoda na cierpienie jest podróżą w śmierć


Zgoda na cierpienie jest podróżą w śmierć

„Na pozór zawsze wydaje się, że ludzie mogą wybierać, lecz to czyste złudzenie. Póki twoim życiem kieruje umysł, póki jesteś swoim umysłem, jaki masz wybór? – żadnego.”

 

„Wiele osób żyje, nosząc we własnej głowie dręczyciela, który nieustannie je atakuje, poddaje rozmaitym karom i wysysa energię życiową. Bywa to źródłem nieopisanych cierpień i nieszczęść, a także chorób.”

Przeczytałem arcy-ciekawy art. Teresy Rembielińskiej „Dlaczego istnieje ból”

http://www.eioba.pl/a/4e2t/dlaczego-istnieje-bol

Odnalazłem takie oto fragmenty na ten temat z innej książki:

„Zgoda na cierpienie jest podróżą w śmierć. Spotykając się z głębokim bólem, pozwalając mu zaistnieć, uważnie weń wnikając — świadomie wkraczasz w śmierć. A kiedy już taką właśnie śmiercią umrzesz, stwierdzasz, że śmierci nie ma – nie ma więc czego się bać. Tylko ego umiera. Co by to było, gdyby któryś z promieni słonecznych zapomniał o swojej nierozerwalnej więzi ze słońcem i wmówił sobie, że musi walczyć o przetrwanie, stwarzając dla siebie niezależną od słońca tożsamość i kurczowo jej się czepiając? Czyż śmierć takiej ułudy nie byłaby ogromnym wyzwoleniem? Chciałbyś mieć lekką śmierć? Wolałbyś umrzeć bez bólu, bez męki? Jeśli tak, co chwila umieraj dla przeszłości i niech twoja obecność rozprasza swoim blaskiem to ciężkie, tkwiące w pętach czasu „ja”, o którym myślałeś, że jest prawdziwym tobą.”

„Wiele osób twierdzi, że odnalazło Boga poprzez głębokie cierpienie. Używane w tradycji chrześcijańskiej określenie „droga krzyżowa” ma chyba ten właśnie sens. Przecież tym właśnie tutaj się zajmujemy. Mówiąc ściśle, ludzie ci nie odnaleźli Boga poprzez cierpienie, póki bowiem człowiek cierpi, znaczy to, że stawia opór. Odnaleźli Go zatem dzięki poddaniu – całkowitej zgodzie na to, co j e s t, do której to wielkie cierpienie ich zmusiło. Widocznie na jakimś poziomie uświadomili sobie, że sami tworzą własny ból.”

„Nie nazywam tego doświadczenia „odnalezieniem Boga”, jak bowiem można odnaleźć coś, czego nigdy się nie utraciło – samo Życie, którym jesteś? Słowo „Bóg” ma zbyt wąski sens – nie tylko z powodu tysięcy lat wypaczeń i nadużyć, jakim je poddawano, lecz i dlatego, że zdaje się kryć za nim jakiś odrębny byt, który nie jest tobą. Tymczasem Bóg jest samym Istnieniem, nie zaś istotą. Nie ma tu żadnej relacji podmiotowo-przedmiotowej, żadnej dwoistości, żadnego rozziewu między tobą a Bogiem. Świadomość, że Bóg istnieje, to najbardziej naturalne zjawisko pod słońcem. Zdumiewające i niezrozumiałe wydaje się nie tyle to, że człowiek zdolny jest uświadomić sobie istnienie Boga, ile właśnie fakt, że go sobie n i e uświadamia. Drogą krzyżową, o której wspomniałeś, wiedzie stary – do niedawna zresztą jedyny – szlak ku oświeceniu. Ale nie bagatelizuj tego podejścia ani nie lekceważ jego skuteczności. Nadal się ono sprawdza.”

Cierpienia nie zsyła zaś ludziom Bóg, lecz sami zadają je sobie, a także bliźnim; jest ono także dziełem pewnych mechanizmów obronnych, którymi ziemia jako żywy, inteligentny organizm posłuży się, aby uchronić się przed nawałą ludzkiego szaleństwa. Na świecie przybywa jednak ludzi, którzy osiągnęli już taki poziom świadomości, że nie muszą dalej cierpieć, zanim doznają oświecenia. Bardzo możliwe, że należysz do ich grona. Oświecenie wycierpiane – osiągnięte na drodze krzyżowej – dokonuje się w ten sposób, że do królestwa niebieskiego zostajesz wtrącony siłą, chociaż gryziesz i kopiesz. W końcu się poddajesz, ponieważ ból staje się nieznośny, ale zanim to nastąpi, może cię boleć bardzo, bardzo długo. Gdy natomiast świadomie wybierasz oświecenie, wyzbywasz się przywiązania, które dotychczas wiązało cię z przeszłością i przyszłością, a twoje życie ogniskuje się odtąd w teraźniejszości. Znaczy to, że przytakujesz temu, co jest. Ból przestaje ci być potrzebny.”

„A co powiesz o ludziach, którzy najwidoczniej lubią cierpieć? Mam przyjaciółkę, której facet fizycznie nią poniewiera, a jej poprzedni związek był pod tym względem podobny. Dlaczego ona wybiera takich mężczyzn i czemu nie chce wycofać się z obecnego układu? Dlaczego tak wiele osób wybiera ból?”

„Wiem, że czasownik „wybierać” to jedno z ulubionych słów Ery Wodnika, ale w tym kontekście wydaje się ono trochę nie na miejscu. Mylące jest twierdzenie, że ktoś „wybrał” zaburzony związek czy inną negatywną sytuację. Żeby wybrać, trzeba być świadomym, i to bardzo. Bez świadomości nie masz wyboru. Pojawia się on przed tobą dopiero wtedy, kiedy wyzbywasz się utożsamienia z umysłem i jego wytrenowanymi zagraniami, czyli stajesz się obecny. Póki do tego nie dojdziesz, jesteś – w sensie duchowym – nieświadomy: ulegasz przymusowi myślenia, odczuwania i działania zgodnego z tresurą, którą przeszedł twój umysł. Właśnie dlatego Jezus powiedział: „Wybaczcie im, albowiem nie wiedzą, co czynią”.

„Nie ma to nic wspólnego z konwencjonalnie pojmowaną inteligencją. Znałem wielu bardzo inteligentnych i wykształconych ludzi, którzy byli zarazem całkowicie pozbawieni świadomości, bez reszty utożsamieni z własnym umysłem. Gdy rozwoju umysłowego i gromadzenia wiedzy nie równoważy proporcjonalny do nich wzrost świadomości, istnieje ogromne ryzyko, że człowiek będzie nieszczęśliwy i ściągnie na siebie katastrofę.”

„Twoja przyjaciółka tkwi w związku z mężczyzną, który nią pomiata, i nie jest to pierwszy tego rodzaju związek w jej życiu. Dlaczego? Z powodu braku wyboru. Posłuszny musztrze, której poddano go w przeszłości, umysł zawsze stara się odtworzyć coś, co już zna – coś swojskiego. Niechby nawet bolało, byle by było swojskie. Umysł zawsze lgnie do rzeczy znajomych. Nieznane jest niebezpieczne, ponieważ nie podlega władzy umysłu. Właśnie dlatego nie lubi on obecnej chwili i ją ignoruje. Gdy obecna chwila dociera do świadomości, powstaje luka nie tylko w umysłowym nurcie, lecz także w kontinuum, które stanowią przeszłość i przyszłość. Wszystko, co naprawdę nowe i twórcze, może przyjść na ten świat jedynie przez tę lukę – jasną przestrzeń, mieszczącą w sobie bezmiar możliwości.”

Może więc twoja przyjaciółka w wyniku utożsamienia z umysłem odtwarza wyuczony niegdyś schemat, zgodnie z którym intymności nieodłącznie towarzyszy brutalność. Albo odgrywa wpojony jej we wczesnym dzieciństwie scenariusz, wedle którego niewiele jest warta i należy jej się wyłącznie kara. „

„Na pozór zawsze wydaje się, że ludzie mogą wybierać, lecz to czyste złudzenie. Póki twoim życiem kieruje umysł, podążający głęboko wyjeżdżoną koleiną, póki jesteś swoim umysłem, jaki masz wybór? – żadnego.”

Fragmenty z książek Eckharta Tolle

 

 

To opowieść o Greku


To opowieść o Greku

 

 

To opowieść o Greku (Stamatis Moraitis , ur.1915), któremu lekarze dawali  od 6 do 9 miesięcy życia (diagnoza – rak płuc w 1960). Ze względu na to, że pogrzeb w USA był bardzo drogi  (tam mieszkał z rodziną), wrócił z żoną na wyspę Ikaria (Grecja, miejsce urodzenia).

W ruchu i w rozmowie można go ujrzeć i posłuchać na:

http://www.bbc.co.uk/news/magazine-20898379 

Fotki zartykułu „The Greek island of old age”

By Andrew Bomford BBC News, Ikaria, Greece

Stamatis Moraitis

 

Grapes

 

Ikaria

Map showing Ikaria
Ikaria

 

 
Stamatis Moraitis

 

 

Stamatis with classmates
Ikaria

 

                                                                                                

Opis Jean-Marc Dupuis  100 latka

 

W amerykańskim The New York Times opublikowano kiedyś artykuł pod zaskakującym tytułem: „Wyspa, na której ludzie zapominają umrzeć” (The Island Where People Forget To Die)1.

Artykuł ten opisywał historię pochodzącego z Grecji weterana drugiej wojny światowej, Stamatisa Moraitisa, który po zakończeniu wojny wyjechał do USA. 

Przyjął on amerykański styl życia, miał troje dzieci, dom na Florydzie i dwa samochody, lecz w 1976 roku dowiedział się, że ma raka płuc. Diagnozę potwierdziło dziewięciu lekarzy, którzy dawali mu dziewięć miesięcy życia. Stamatis Moraitis miał wtedy 62 lata. 

Zdecydował, że wróci na wyspę, na której się urodził, czyli położoną na Morzu Egejskim Ikarię, aby spocząć wśród swoich przodków na zacienionym cmentarzu nad morzem. Zamieszkał w chacie bielonej wapnem, pośrodku hektarowej winnicy położonej na wzgórzu na północno-wschodnim wybrzeżu Ikarii i czekał na śmierć…

Czekał na śmierć, a potem…

Początkowo – pod opieką matki i żony – spędzał całe dnie w łóżku. Jednak wkrótce na nowo odkrył wiarę swojego dzieciństwa – jego dziadek był prawosławnym księdzem – i każdego niedzielnego poranka wędrował do położonej na szczycie wzgórza prawosławnej kapliczki.

Kiedy przyjaciele dowiedzieli się o jego powrocie, zaczęli odwiedzać go każdego popołudnia. Rozmawiali godzinami, nieodmiennie wypijając jedną czy dwie butelki miejscowego wina. „Umrę szczęśliwy” – myślał Stamatis. 

Jednakże w ciągu kilku kolejnych miesięcy stało się coś dziwnego. Stamatis poczuł, że wracają mu siły. Pewnego dnia czuł się na tyle dobrze, że nawet zasadził nieco warzyw w ogrodzie. Nie miał planów zbierać ich sam – uszczęśliwiało go samo przebywanie na słońcu i wdychanie nadmorskiego powietrza, a także to, że jego żonę będą mogły cieszyć warzywa, kiedy go już nie będzie.

Minęło pół roku. Stamatis Moraitis ciągle żył i był coraz dalszy od agonii. Powiększył ogródek, a czując, że wracają mu siły, zabrał się za oczyszczanie winnicy. Coraz lepiej dostosowywał się do rytmu życia na małej wyspie. Wstawał rano wtedy, kiedy miał na to ochotę, wczesnym popołudniem szedł do winnicy, potem jadł dobry obiad i udawał się na sjestę. Wieczorem chadzał do pobliskiej tawerny, w której grał w domino aż do późnej nocy.

Mijały lata. Zdrowie Stamatisa stale się poprawiało. Do domu swoich rodziców dobudował kilka pokoi. Jego winnica przynosiła 1500 litrów wina rocznie. W 2012 roku, w chwili tworzenia wspomnianego artykułu, czyli 35 lat później, miał 97 lat (zgodnie z oficjalnymi dokumentami, których wiarygodność podważa, ponieważ jego zdaniem miał 102 lata) i nie chorował już na raka. Nigdy nie skorzystał z chemioterapii i nie brał żadnych leków. Wyjechał jedynie na Ikarię.

Czy ten przypadek jest reprezentatywny?

Historię Stamatisa Moraitisa i Ikarii rozpowszechnił członek towarzystwa National Geographic Society(wydawcy słynnego czasopisma National Geographic), specjalizujący się w opisywaniu długowiecznych populacji na całym świecie.

We wszystkich tego rodzaju cudownych historiach przedstawiano przede wszystkim mieszkańców doliny Vilabamba w Ekwadorze, Buruszów zamieszkujących północny Pakistan oraz górali z Kaukazu i Gruzji, których spodziewana średnia długość życia wynosiła sto lat. Mit ten wziął się stąd, że ludzie ci nie znali swojego dokładnego wieku, a podróżnicy – często w dobrej wierze – nieco podkolorowywali fakty.

Jednakże obecnie wiemy, że najdłużej żyjące kobiety na świecie mieszkają na japońskiej wyspie Okinawa.Jeśli zaś chodzi o mężczyzn, to najdłużej żyją mieszkańcy prowincji Nuoro na Sardynii, w której mieszka najwięcej stulatków.

Na półwyspie Nicoya w Kostaryce odkryto populację liczącą 100 000 osób, w której śmiertelność osób w średnim wieku jest jedną z najniższych na świecie. Z kolei w Kalifornii w mieście Loma Linda mieszkają adwentyści dnia siódmego (odłam chrześcijaństwa), których średnia długość życia przekracza średnią oczekiwaną długość życia pozostałych Amerykanów o dziesięć lat.

Belgijski demograf, Michel Poulain, stwierdził podczas badań prowadzonych przez Uniwersytet Ateński, że mieszkańcy Ikarii dwa i pół razy częściej niż Amerykanie dożywali wieku 90 lat.

Zwłaszcza mężczyźni mają cztery razy większe szanse dożycia dziewięćdziesiątki niż Amerykanie i zazwyczaj w lepszym zdrowiu. A co więcej, na raka lub choroby układu krążenia umierają od ośmiu do dziesięciu lat później, rzadziej chorują na depresję, a procent chorych na demencję starczą wynosi jedną czwartą wartości tego wskaźnika w Ameryce!

Tajemnice Ikarii

Według doktora Leriadisa, który mieszka na Ikarii i opiekuje się jej mieszkańcami, ich dobre zdrowie wynika przede wszystkim z prowadzonego trybu życia i doskonałych relacji międzyludzkich, ale przysłużyło mu się również stosowanie specjalnej ziołowej „herbatki górskiej”. Przygotowuje się ją z suszonych ziół rosnących na wyspie i podaje z cytryną na koniec dnia. Jest mieszanką dzikiego majeranku, szałwii, rozmarynu, piołunu, liści mniszka i mięty. 

Dr Ionna Chinou, profesor farmacji Uniwersytetu Ateńskiego i jeden z najlepszych europejskich ekspertów w dziedzinie właściwości bioaktywnych roślin, potwierdza, że dzika mięta pomaga zwalczać zapalenie dziąseł i łagodzi problemy żołądkowo-jelitowe. Rozmaryn stosuje się w leczeniu podagry. Piołun poprawia krążenie. Ta herbata jest ważnym źródłem polifenoli, czyli silnych przeciwutleniaczy. Większość z tych roślin ma działanie lekko moczopędne, co z kolei obniża ciśnienie krwi. 

Również miód uznawany jest za panaceum. „Niektórych z dostępnych tutaj rodzajów miodu nie można znaleźć nigdzie indziej na świecie” – mówi dr Leriadis. „Używa się ich do leczenia wszelkich dolegliwości, od skaleczeń po kaca, w tym także grypy. Osoby w podeszłym wieku rozpoczynają dzień od łyżeczki miodu, którą zażywają jak lekarstwo.”

Podstawy diety mieszkańców Ikarii

Śniadanie mieszkańców Ikarii składa się z koziego mleka, wina, naparu z szałwii lub kawy, chleba i miodu. Na obiad jedzą niemal zawsze soczewicę lub fasolę, ziemniaki, sałatkę z mniszka, kopru i rośliny podobnej do szpinaku i nazywanej „horta”, a także sezonowe warzywa – a wszystko podane z oliwą z oliwek. Na kolację jada się chleb popijany kozim mlekiem. Na Boże Narodzenie i Wielkanoc każda rodzina urządza świniobicie, a boczek zjada po trochu podczas kolejnych miesięcy.

Warto odnotować, że kozie mleko zawiera tryptofan, aminokwas będący prekursorem serotoniny, hormonu dobrego samopoczucia.

Dr Christina Chrysohou, kardiolog z wydziału medycyny Uniwersytetu Ateńskiego przeanalizowała dietę 673 mieszkańców Ikarii i doszła do wniosku, że jedzą oni sześć razy więcej roślin strączkowych (fasoli, soczewicy i grochu) niż Amerykanie, a ponadto jedzą ryby dwa razy w tygodniu, a mięso – pięć razy w miesiącu i piją dwie do trzech filiżanek kawy i od dwóch do czterech kieliszków wina dziennie.

Oczywiście dobre zdrowie mieszkańców Ikarii jest związane z tym, czego nie jedzą. W ich tradycyjnej diecie nie ma białej mąki i cukru.

Na zdrowie! 
Jean-Marc Dupuis

PS: Ryzyko, że umrzesz na chorobę związaną z Twoim stylem życia, wynikającą ze sposobu odżywiania się, palenia tytoniu lub braku aktywności fizycznej, wynosi aż 3 do 5. Tak wynika z badań Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Ale masz aż 80% szans, aby uniknąć tych chorób, podejmując proste środki zaradcze, prawdopodobnie nieznane Twojemu lekarzowi.

 

Źródła: 
(1) http://www.nytimes.com/2012/10/28/magazine/
the-island-where-people-forget-to-die.html

 

Dodam też lekarstwo Najlepsze z tych co znam – rzecz jasna na długowieczność:

 

Wydaje nam się, że śmiech jest rodzajem emocji, która występuje głównie w mózgu i widoczna jest na twarzy, a zaczyna się od uśmiechu na ustach. Tymczasem w rzeczywistości śmiech zaczyna się od silnego skurczu przepony, dużego mięśnia zlokalizowanego pomiędzy jamą brzuszną a klatką piersiową. W wyniku tego skurczu dochodzi do ściśnięcia płuc, które wywołuje gwałtowny wyrzut powietrza.

Uchodzące z płuc powietrze powoduje niekontrolowane drgania strun głosowych. W ten sposób wydobywa się z nas tak nam dobrze znane „Ha!”, po którym natychmiast następuje kaskada innych „ha, ha, ha”, „ho, ho, ho, ho” i „hi, hi, hi”, ponieważ skurcze przepony występują seriami. Przy przedłużającym się śmiechu z płuc uchodzi całe powietrze, a Ty zginasz się w pół lub w skrajnym przypadku tarzasz się po podłodze i zwijasz ze śmiechu. Niepohamowany śmiech powoduje utratę kontroli nad mięśniami. Pod wpływem ucisku mięśnie brzucha zaczynają nas boleć, jak przy wyczerpującej serii ćwiczeń. Można też zauważyć, że człowiek ogarnięty szaleńczym śmiechem zaczyna się pocić. Jego żyły oraz mięśnie szyi i twarzy pęcznieją i kurczą się jak przy silnym bólu. Zamieszanie dodatkowo potęguje fakt, że z oczu pękającej ze śmiechu osoby tryskają fontanny łez. W końcu rozbawienie otoczenia może ustąpić miejsca zaniepokojeniu otoczenia: „Właściwie to ty się śmiejesz, czy płaczesz?”

I jest to pytanie zasadne, ponieważ na tym etapie już bardzo mało brakuje do popsucia zabawy, gdy parcie na pęcherz lub – co gorsza – na jelita, wymknie się spod kontroli…Tak czy inaczej, po solidnej dawce śmiechu nie jesteś już tą samą osobą. To dlatego, że ból i napięcie mięśni wywołane śmiechem, podobnie jak ogromny wysiłek u żołnierzy lub sportowców, powodują wzmożoną produkcję endorfin.

Daje to następujące efekty:

1. Czujesz się szczęśliwszy
Endorfiny poprawiają Twój nastrój. Zauważ, że to sam śmiech wywołuje u nas szczęście, a niekoniecznie sytuacja, która go sprowokowała.
2. Zmniejsza się ból
Jeśli przed wybuchem śmiechu odczuwałeś ból, z pewnością zauważysz, że uległ on złagodzeniu. Zjawisko to zaobserwowali w warunkach laboratoryjnych naukowcy z Uniwersytetu Oksfordzkiego, którzy właśnie opublikowali swoje badanie w periodyku medycznym Proceedings of the Royal Society B1.
3. Odprężasz się
Podobnie jak opium, endorfiny wywołują uczucie wewnętrznego spokoju i odprężenia. To dlatego śmiech uśmierza ból i wprawia Cię w błogi nastrój.
Śmiech grupowy jest skuteczniejszy
Czy trzeba było badań szacownych naukowców z Oksfordu, by dowieść rzeczy tak oczywistej?

Możesz uzdrowić swoje życie


Możesz uzdrowić swoje życie

Gdy odchodzimy z tego życia, nie zabieramy ze sobą swoich związków międzyludzkich, samochodu, konta bankowego lub pracy. Jedyną rzeczą, którą zabieramy, jest umiejętność kochania!

 

Istnieje na tym świecie wszelka obfitość czekająca wprost, żeby jej zakosztować. Jeżeli zrozumiesz, że istnieje więcej pieniędzy, niż mógłbyś kiedykolwiek wydać, więcej ludzi, niż mógłbyś kiedykolwiek spotkać, i więcej radości, niż możesz sobie wyobrazić, to będziesz miał wszystko, czego potrzebujesz i pragniesz.

Wszelkie związki są ważne, gdyż odzwierciedlają nasz stosunek do samych siebie. Jeżeli ciągle obarczasz siebie winą za wszystko, co ci się nie udaje, lub nieustannie uważasz się za osobę poszkodowaną, natrafisz zawsze na taki związek, który wzmocni to przekonanie.

Rodzicom, którzy kochają siebie, łatwiej będzie nauczyć dzieci, aby też darzyły siebie miłością. Gdy jesteśmy w zgodzie ze sobą, przez dawanie przykładu łatwiej będzie nam wpoić dzieciom poczucie własnej wartości. Im więcej będziemy pracowali nad odczuwaniem miłości do samego siebie, tym łatwiej nasze dzieci docenią jej wartość.

Jeżeli Twoje życie wypełnione jest miłością i radością, nie słuchaj nieszczęśliwej, samotnej osoby, która mówi Ci, jak żyć. Jeżeli w Twoim życiu niczego nie brakuje, nie słuchaj osób, które nie umieją sprostać własnym kłopotom, a jednak udzielają porad.

Jeżeli inni ludzie mówią Ci, że nie możesz czegoś mieć, a Ty pod ich wpływem rezygnujesz z tego, znajdujące się w Tobie dziecko nie wierzy, że zasługujesz na dobro.

Nie znajdujemy się tutaj, żeby zadowalać innych ludzi lub żeby żyć tak, jak oni sobie tego życzą. Możemy jedynie żyć tak, jak nam to odpowiada i kroczyć własna drogą. Przybyliśmy tu, żeby nasze życie było spełnione i żebyśmy wyrażali miłość na najgłębszym poziomie. Znajdujemy się tutaj, żeby się uczyć i rozwijać i żeby otrzymywać i dawać współczucie i zrozumienie.

Gdy odchodzimy z tego życia, nie zabieramy ze sobą swoich związków międzyludzkich, samochodu, konta bankowego lub pracy. Jedyną rzeczą, którą zabieramy, jest umiejętność kochania!

Pamiętaj, że wraz ze zrozumieniem przychodzi przebaczenie, a wraz z przebaczeniem miłość. Gdy dotrzemy do punktu, w którym będziemy mogli przebaczyć naszym rodzicom i kochać ich, znajdziemy się na prostej drodze do tego, by cieszyć się harmonijnymi stosunkami z wszystkimi ludźmi, z którymi stykamy się w życiu.

Gdy szczerze siebie kochamy, wszystko układa się po naszej myśli., napotykamy „zielone światła” i „miejsca do parkowania”. Pomyślność towarzyszy nam w drobnych i dużych sprawach i życie staje się wspanialsze. Wstajemy rano w dobrym nastroju i dzień upływa nam cudownie.

Nie możemy tak naprawdę pokochać drugiej osoby, dopóki w nas samych nie narodzi się miłość. Miłość do siebie jest najpiękniejszym darem, jaki możemy sobie ofiarować. Jeżeli bowiem kochamy siebie takimi, jakimi jesteśmy, nie skrzywdzimy ani siebie, ani nikogo innego.

Jeżeli zauważyłeś, że masz zwyczaj tworzenia w umyśle negatywnych scenariuszy, zastanów się, czym chciałbyś je zastąpić. Może to być piękny widok, zachód słońca, kwiaty sport lub cokolwiek, co kochasz. Użyj tego wyobrażenia jako sposobu ucieczki za każdym razem, gdy zdajesz sobie sprawę, że tworzysz przerażające Cię myśli.

Myśli tworzą uczucia, a my zaczynamy żyć zgodnie z naszymi uczuciami i przekonaniami. Nie chodzi o to, by obarczać się winą za nasze życiowe niepowodzenia. Istnieje różnica pomiędzy odpowiedzialnością, a obwinianiem siebie lub innych. Mówiąc o odpowiedzialności, mam właściwie na myśli posiadanie mocy, a obwinianie się świadczy o jej utracie. To odpowiedzialność daje nam siłę, która pozwala zmieniać nasze życie.

Wierzę, ze w każdym z nas istnieje Moc, która z miłością może pokierować nas ku doskonałemu zdrowiu, harmonii z otoczeniem, wspaniałej karierze i sprowadzić na nas pomyślność wszelkiego rodzaju. Żeby te wszystkie rzeczy osiągnąć, musimy najpierw uwierzyć, że są one możliwe.

 

Tekst z zasobów internetu: Inspirujące cytaty – Louise L. Hay

Louise Hay (ur. 8 października 1926) – amerykańska autorka poradników samorozwoju i książek motywacyjnych. Także wydawca – założycielka wydawnictwa Hay House. Najbardziej znana (także w Polsce) z książki „Możesz uzdrowić swoje życie„. Książka ta została przetłumaczona na ponad 30 języków i sprzedana w łącznym nakładzie ponad 50 milionów egzemplarzy , na jej podstawie został także nakręcony film

Kazanie o ciele


Kazanie o ciele

„Zanim wejdziesz do świątyni, wybacz”

 

 

„Przebaczyć znaczy wyrzec się tego, o co mamy żal, a więc przestać kurczowo się czepiać własnego rozżalenia. Następuje to automatycznie, gdy tylko uświadomisz sobie, że twoje rozżalenie służy wyłącznie umacnianiu fałszywego poczucia ,ja”. Przebaczyć znaczy zaniechać oporu wobec życia -pozwolić życiu, żeby  żyło za twoim pośrednictwem. W przeciwnym razie czeka cię ból i cierpienie, wyraźne ograniczenie przepływu energii, a nierzadko choroba somatyczna. Gdy szczerze wybaczasz, natychmiast odzyskujesz własną moc, która dotąd była uwięziona w umyśle. Mściwość leży w samej naturze umysłu, ponieważ stworzone przez umysł fałszywe „ja”, czyli ego, nie może przetrwać bez walki i konfliktu. Umysł nie umie wybaczać. Jedynie t y to potrafisz. To ty stajesz się obecny, to ty wnikasz we własne ciało, to ty czujesz wibrujący spokój i cichy bezruch, którym emanuje Istnienie. Właśnie dlatego Jezus powiedział: „Zanim wejdziesz do świątyni, wybacz”.

 

„Złość i gniew mają zawsze cechę izolowania ludzi. Podobnie jak smutek oddzielają nas od innych, i przynajmniej na pewien czas, przecinają wszelką możliwość porozumienia. Gniew daje nam chwilowo swoista siłę i żywotność, właśnie dzięki temu oddzieleniu się i jakby odrzuceniu. Ale tai się w gniewie także jakaś dziwna rozpacz. Odosobnienie jest zawsze rozpaczą. Złość wyrażająca się rozczarowaniem, zazdrością, chęcią dokuczenia komuś, jest gwałtownym wyładowaniem energii, które nam chwilowo sprawia przyjemność bo usprawiedliwiamy w nim siebie.

Gdy potępiamy innych kryje się w tym zwykle usprawiedliwianie siebie. Bez pewnego rodzaju zadowolenia z własnej osoby – cnoty swojej, czy prawości – lub też odwrotnie: bez poniżania czy niedoceniania siebie, czymże jesteśmy? Używamy wszelkich środków dla samo – utwierdzenia; a gniew jak i nienawiść są jednym z najłatwiejszych ku temu sposobów. Zwykłe rozgniewanie się – nagły wybuch gniewu o którym w chwilę później się zapomina – jest jednak czymś zupełnie innym aniżeli świadomie żywiona i myślą zasilana złość, która szuka sposobności by dokuczyć, zranić, zaszkodzić. Zwykłe zirytowanie się może mieć po prostu fizjologiczne przyczyny, które łatwo usunąć; ale złość wyrastająca z psychologicznego podłoża jest o wiele bardziej złożona i trudniejsza do zrozumienia, a co za tym idzie i do pozbycia się jej.”

 

„To, co widzisz jako strukturę fizyczną o wielkiej gęstości, zwaną ciałem, podlegającą chorobom, starzeniu się i umieraniu, w ostatecznym rozrachunku nie jest rzeczywiste – nie jest tobą, lecz tylko fałszywym obrazem twojej rzeczywistej istoty, której nie dotyczą narodziny ani śmierć. Obraz ów powstaje za sprawą ograniczeń twojego umysłu, ten bowiem, utraciwszy łączność z Istnieniem, stwarza ciało jako dowód rzekomej słuszności swojej wiary w odrębność, chcąc przez to zarazem uprawomocnić własny lęk.

Nie odwracaj się jednak od ciała, bo ten symbol nietrwałości, skrępowania i śmierci, który postrzegasz jako złudny twór własnego umysłu, skrywa w sobie całą wspaniałość twojej prawdziwej i nieśmiertelnej istoty. Nie szukaj Prawdy nigdzie indziej, ponieważ odnajdziesz ją jedynie we własnym ciele. Nie walcz z ciałem, bo walczysz wtedy z prawdziwym sobą.

Ciało, które możesz zobaczyć, którego możesz dotknąć, stanowi zaledwie cienką, złudną przesłonę. Głębiej zaś tkwi niewidzialne ciało wewnętrzne – Brama Istnienia Życia Nieprzejawionego. Poprzez ciało wewnętrzne jesteś nierozerwalnie związany z nieprzejawionym – Jednym Życiem – nigdy nie narodzonym, nieśmiertelnym, wiecznie obecnym. Poprzez ciało wewnętrzne trwasz w wiecznej jedności z Bogiem.

Zakorzeń się głęboko w sobie. Kluczem do wszystkiego jest stała łączność z własnym ciałem wewnętrznym – i to, żeby w każdej chwili je czuć. Dzięki temu twoje życie szybko nabiera głębi i zaczyna się zmieniać. Im więcej świadomości kierujesz w ciało wewnętrzne, tym wyższą częstotliwość osiąga jego wibracja: to tak jak ze światłem, które tym silniej świeci, im bardziej podkręcisz regulator, zwiększając dopływ elektryczności. Na wyższym poziomie energii nie ma już do ciebie dostępu nic negatywnego, zaczynasz więc ściągać ku sobie nowe sytuacje, odzwierciedlające ową wyższą częstotliwość.

Jeśli postarasz się możliwie najbardziej skupić uwagę w ciele, zakotwiczysz się w teraźniejszości. Nie zagubisz się ani w świecie zewnętrznym, ani we własnym umyśle. Myśli i emocje, lęki i pragnienia mogą jeszcze czasem się pojawiać, ale już tobą nie zawładną.

Sprawdź, proszę, na czym jesteś teraz skupiony.  Jesteś zarazem w pewien marginalny sposób świadom swojego otoczenia, obecności innych ludzi itd. Jednocześnie wokół tego, co słyszysz lub czytasz, może trwać taka czy inna działalność umysłowa, komentowanie na bieżąco. Nie ma jednak potrzeby, żeby którykolwiek z tych wątków pochłaniał całą twoją uwagę. Sprawdź, czy potrafisz równolegle podtrzymywać kontakt z ciałem wewnętrznym. Zwróć część uwagi do wnętrza. Nie kieruj jej całej na zewnątrz. Poczuj ciało od środka jako jedno pole energii. To prawie tak, jakbyś słuchał albo czytał całym ciałem.”

„Wiele osób twierdzi, że odnalazło Boga poprzez głębokie cierpienie. Używane w tradycji chrześcijańskiej określenie „droga krzyżowa” ma chyba ten właśnie sens.  Mówiąc ściśle, ludzie ci nie odnaleźli Boga poprzez cierpienie, póki bowiem człowiek cierpi, znaczy to, że stawia opór. Odnaleźli Go zatem dzięki poddaniu – całkowitej zgodzie na to, co j e s t, do której to wielkie cierpienie ich zmusiło. Widocznie na jakimś poziomie uświadomili sobie, że sami tworzą własny ból. „

Fragmenty przemyśleń wielu autorów: w tym Eckharda Tolla, Rudolfa Steinera i własne

 

Dla Przemiłego Adama

 

Dzwiek i jego tajemnicza moc

„Istnieje wiele szkół, które uczą, a także setki ośrodków utrzymujących, że leczą za pomocą muzyki wiele zaburzeń, od migreny po otyłość i obstrukcję.

Idea, że dźwięk ma w sobie ogromną i tajemniczą moc, jest stara jak człowiek. To nie przypadek, że w różnych mitach dotyczących stworzenia, poczynając od Biblii, właśnie dźwięk wskazywany jest jako źródło wszystkiego. „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo” – tak rozpoczyna się Ewangelia według świętego Jana.

Dla Hindusów owym dźwiękiem było magiczne OM, pierwszy ze wszystkich dźwięków, skupiający w sobie wszystkie inne; dźwięk, poprzez który Brahman, stwórca, objawia się, zanim się jeszcze ukaże w swej postaci. Również według współczesnej nauki wszechświat zaczął się od dźwięku: Wielkiego Wybuchu.

Domniemana boska natura dźwięku sprawiła, że w wielu cywilizacjach człowiek dostrzegał w nim związek z bogami, a dzwony, dzwonki i talerze, bębny i gongi są wciąż obecne w ceremoniach różnych religii, natomiast szamani na wszystkich kontynentach nadal używają muszli i rogów, aby wejść w kontakt z duchami.

OM dla Hindusów składa się z A (pierwszy dźwięk wydawany przez kogoś, kto otwiera usta). U (dźwięk, kiedy usta się zamykają), M (odgios zamkniętych ust). Od tego A+U + M = OM miałoby pochodzić amen z modlitw chrześcijańskich .

W kulturach różnych ludów istnieją legendy – bardzo do siebie podobne – według których dźwięk stosowany przez kogoś, kto potrafi kontrolować jego moc, może zabić albo wskrzesić człowieka, może wywołać deszcz lub burzę ognia, może wytworzyć obrazy z niczego lub też zniszczyć materię – tak jak się stało z murami Jerycha.

W starożytnych Chinach przypisywano muzyce moc czynienia ziemi urodzajną oraz zmieniania charakteru człowieka. W starożytnym Egipcie stosowano muzykę dla złagodzenia bólu rodzących. W Indiach istnieją stare teksty sanskryckie, opisujące terapeutyczne walory muzyki. Podobne traktaty zapisano także po arabsku. Jak wiadomo, sam Hipokrates uciekał się czasem do muzyki w trakcie leczenia swoich pacjentów na wyspie Kos.

Teoria terapeutycznego efektu dźwięku była początkowo owocem intuicji mistycznych, które nauka zdaje się dziś na swój sposób potwierdzać. Według tych hipotez każda żyjąca istota i każdy przedmiot, będąc zbiorem części pozostających w nieustannym ruchu („w nieustannym tańcu” – jak mawiali starożytni), wydaje dźwięk, który odzwierciedla naturę tego stworzenia lub tej rzeczy. Każde zakłócenie, każda dysharmonia w tym dźwięku staje się powodem choroby. Chory może zostać wyleczony, jeśli przywróci się pierwotną harmonię człowieka poprzez interwencję „właściwego” dźwięku, który wytworzy konieczne współbrzmienie.

Szaleństwo? Może jednak nie. Jeśli pomyśleć, jaki wpływ może mieć muzyka na nasz stan ducha, jak marsze wojskowe pobudzają żołnierzy na polu bitwy lub jak rozczulają nas melodie miłosne, nietrudno sobie wyobrazić efekt wywołany przez muzykę, której dźwięk wychodzi poza poziom emocjonalny i naprawdę przenika do naszego ciała, powodując, że komórki zaczynają wibrować we właściwym rytmie.

Posiłkując się tymi teoriami, niektórzy współcześni muzycy indyjscy próbują rozpoznać, które ragi, klasyczne struktury muzyczne, mają właściwy rytm dla leczenia których chorób. Długa seria zależności została już ustalona dla różnych patologii, poczynając od anoreksji po gorączki reumatyczne.

Od samego początku swego istnienia, w czasach ryszich, joga uznawała wielkie znaczenie dźwięku, a jedną z dyscyplin pozwalających na wyjście poza ciało i spowodowanie, że jednostka staje się jednością z absolutem, jest właśnie nada-joga, joga dźwięku. Docierając świadomością aż do chwili, kiedy myśl boska staje się słowem – to znaczy dźwiękiem i stworzeniem – jogin jest w stanie usłyszeć, nie za pomocą fizycznego narządu słuchu, ale wewnętrznymi uszami duszy, boski dźwięk i połączyć się z ową rzeczywistością transcendentną, która jest ostatecznym celem jego praktyki.”

Tekst za T.Terzanim

Fotki – z „Mszy na Wodzie” i nocne śpiewy przy ognisku (Studzieniczna – Sanktuarium maryjne)