Monthly Archives: Wrzesień 2014

Splątanie

Splątanie

i sztuczka ze świeczką

Tylko umysł człowieka wolnego, nie powodowanego lękiem, zazdrością czy cierpieniem, spontanicznie staje się cichy i spokojny. Wówczas nie tylko z chwili na chwilę może on dostrzegać prawdę w życiu codziennym, ale jest w stanie wykroczyć poza wszelkie spostrzeżenia; w rezultacie niknie ten, kto obserwuje, oraz to co obserwowane, i kończy się rozdwojenie

Za Starcem z książki T.Terzaniego „Nic nie zdarza się przypadkiem” , zastosowałem „sztuczkę ze świeczką” –  wpatrywanie się w płomyczek zapalonej świecy . Po  medytacji skorzystałem z internetu, wchodząc w globalną sieć, i trafiłem na film „Życie po śmierci” z serii „Zagadki Wszechświata z Morganem Freemanem” .  Oto co zapamiętałem:

Ostatnio pojawia się grupa biologów, fizyków i filozofów, których bardzo frapuje wielkie pytanie – czy istnieje życie pozagrobowe.

Czy śmierć to zupełny koniec? Wieczna cisza, ciemność, pustka? A może mamy w sobie jakąś iskrę która będzie tlić się pomimo śmierci naszego ciała? Oto pytania nad którymi filozofowie i naukowcy głowią się od tysięcy lat. Każdemu z nas też kiedyś przyjdzie się z nimi zmierzyć. Jak to jest kiedy się umiera? Czy najzwyczajniej przestaje się istnieć czy nadal się istnieje ale w innej postaci?

Pytanie skąd bierze się nasza świadomość to największa tajemnica istnienia zdająca się wykraczać poza możliwości naukowego poznania. Czy przeżycia z pogranicza śmierci to ostatnie podrygi mózgu przed ostatecznym unicestwieniem? Czy może raczej są przedsmakiem tego co czeka nas po śmierci ? Aby odpowiedzieć na te pytania trzeba przeprowadzić badania naukowe nastawione na odkrycie ludzkiej duszy. Czy istnienie duszy to mit czy też może jest ona jednym z podstawowych elementów wszechświata?

Dla naukowców kwestia istnienia życia łączy się nieodłącznie z innym pytaniem – pytaniem o istotę świadomości- skąd bierze się świadomość i co się z nią dzieje kiedy umieramy.

Stuard Hameroff kieruje badaniami nad świadomością prowadzonymi na Uniwersytecie Arizony. Jest jednocześnie praktykującym anestezjologiem.

Oto jego wypowiedzi ze wspomnianego filmu:

SH: Pacjentom w znieczuleniu ogólnym nic się nie śni. Nie ma świadomości, nie ma poczucia upływu czasu. Pacjenci nie wiedzą czy spali 5 min. czy 5 godzin. Znieczulenie powoduje utratę świadomości ale mózg wykazuje dużą aktywność co wciąż jest do pewnego stopnia zagadką.

Po latach obserwowania znieczulanych pacjentów Hameroff poczuł silną potrzebę zbadania związków między aktywnością mózgu a świadomością. Piętnaście lat temu spotkał słynnego brytyjskiego fizyka Rogera Penrosa. Wspólnie stworzyli zupełnie nową teorię funkcjonowania mózgu. Teoria ta przekształciła się z czasem w naukowy argument na rzecz istnienia wiecznej duszy. Kluczowe dla tej teorii są unikalne maleńkie struktury w mózgu tzw. Mikrorurki.

Mikrorurki

SH: Jeśli przyjrzymy się komórce zobaczymy w niej elementy strukturalne pełniące podobną rolę co kości w naszych ciałach. Mikrorurki tworzą dosłownie las w każdej komórki określająć jej architekturę. Uważamy, że mikrorurki mogą pełnić funkcję komputera przekształcającego dane na poziomie molekularnym. 

Hamerow i Penrose sugerują, że mikrorurki pozwalają neuronom i mózgowi jako całości funkcjonować jak komputer kwantowy, który przetwarza informację w sposób zasadniczo odmienny od zwykłych komputerów.

SH: Oto mózg z dwiema półkulami. Na ogół mózg traktuje się jako zbiór pojedynczych neuronów. Neuron przekazuje sygnał do sąsiedniego neuronu za pośrednictwem synaps, powodując uaktywnienie tego neuronu i przekazanie sygnału do kolejnego neuronu na zasadzie efektu domina. W ten sposób impulsy nerwowe wędrują po mózgu. Tak to wygląda w podejściu klastycznym. 

W konwencjonalnym komputerze sygnały są przesyłane z jednego miejsca w drugie, wzdłuż dających się zidentyfikować dróg. Natomiast w komputerze kwantowym pewne miejsca są powiązane ze sobą za pośrednictwem tajemniczego zjawiska zwanego splątaniem.

SH: Niektórzy badacze uważają, że procesy kwantowe odgrywają ważną rolę w procesie kształtowania się świadomości. Ich nielokalny charakter może powodować zdalną aktywację neuronów. Neurony aktywują się nawzajem nawet gdy są daleko od siebie. Aktywność w jednym miejscu może natychmiastowo wyzwalać aktywność gdzie indziej.

Hameroff i Penrose twierdzą, że zmiany w mikrorurkach powiązanych komórek następują jednocześnie, niezależnie od odległości. Zatem w świetle teorii kwantowej każdy punkt przestrzeni, nawet pustej przestrzeni może być nośnikiem informacji.

SH: Na bardzo głębokim poziomie wszechświat składa się z bitów kwantowych działających inaczej niż domino. Wszystkie bity są powiązane w pary . Jeśli którykolwiek się zmieni natychmiast zmieni się drugi od pary.  To zaś oznacza że informacja zawarta w mikrorurkach danej komórki w mózgu może być splątana z dowolnym punktem poza organizmem człowieka. Na podobnej zasadzie jak splątane są neurony świadomość zawarta w mózgu może być splątana z całym otaczającym nas wszechświatem. 

Według Hameroffa nasze dusze są zbudowane z czegoś bardziej podstawowego niż neurony. Są zbudowane z materiału tworzącego osnowę Wszechświata.

SH: Uważam że świadomość oraz jej bezpośredni prekursor czyli protoświadomość istnieją we Wszechświecie od dawna. Być może od Wielkiego Wybuchu.

Wszystko to kojarzy się z wyrażanym przez buddyzm i hinduizm przekonaniem, że nasza świadomość jest integralną częścią Wszechświata i być może jest nawet jedynym realnym bytem.

Jeśli świadomość to proces kwantowy, łatwiej sobie wyobrazić co się dzieje z umysłem człowieka na pograniczu śmierci.

SH: Przypuśćmy, że serce zatrzymuje się i przestaje płynąć krew. Mikrorurki tracą swój stan kwantowy, ale kwantowa informacja zawarta w tych mikrorurkach nie znika. Po prostu staje się rozpuszczona we wszechświecie. Jeśli pacjent zostanie odratowany kwantowa informacja może powrócić do mikrorurek. Wtedy pacjent mówi, że był na progu śmierci i widział białe światło w tunelu, nieżyjących krewnych i być może przebywał nawet poza ciałem. Jeśli zaś pacjent nie da się przywrócić do życia, to ta kwantowa informacja może istnieć poza ciałem. Być może nawet nieskończenie długo w postaci duszy.

Wielu badaczom trudno uwierzyć, że dusza jest komputerem kwantowym wbudowanym w kosmos. Hameroff uważa jednak, że najnowsze badania zaczynają potwierdzać jego przeczucia. Niedawno udowodniono, że zjawiska kwantowe mają kluczowe znaczenie dla szeregu procesów biologicznych, począwszy od wędrówek ptaków, po fotosyntezę i zmysł węchu u ludzi.

SH: Jak dotąd nikomu nie udało się znaleźć mocnego argumentu przeciwko tej teorii. Z drugiej strony wciąż pojawiają się nowe argumenty na poparcie koncepcji, którą sformułowaliśmy 15 lat temu.

Prawda jest jednak taka, że dalej nie wiemy skąd wzięła się świadomość i co się z nią dzieje kiedy umieramy. Być może łatwiej byłoby odpowiedzieć na te pytania gdybyśmy mogli jakoś świadomość zmierzyć. Być może niedługo będziemy dysponować taką metodą dzięki wysiłkom pewnego naukowca, który bada głębiny naszych umysłów w poszukiwaniu wzorca człowieczeństwa.

Ludzki mózg nie jest duży. To półtora kilograma miękkiej tkanki. A mimo to potrafi zrodzić rewolucyjne idee i bywa siedliskiej tak odmiennych osobowości. W dodatku ma świadomość własnego istnienia. Uważamy też, że jest obdarzony duszą. Skąd jednak bierze się ta dusza? Czy świadomość jest wytworem mózgu? Czy może żyć dłużej niż mózg? Nie jest łatwo badać co dzieje się z ludzkim mózgiem kiedy człowiek umiera. Śmierć rzadko zapowiada z wyprzedzeniem swoje nadejście. Ale pewien jej aspekt każdy z nas przeżywa codziennie. Każdej nocy kiedy zapadamy sen zasypia także nasza świadomość.

Może się naukowo okazać że zapis „naszej istoty” jest wieczny w Wszechświecie . Jeśli tak:

– to warto do tego Wynikowego Zapisu podczas każdego żywota dodawać informację o sobie:  o polepszeniu zdrowia, najlepszych uczuciach  i  myślach.

– oraz uzyskiwać, już tu na Ziemi, taki poziom świadomości, który pozwoliłby nam na powrót na Ziemię lepszymi i w miejsce i w czas wg naszej woli. Czy to możliwe?

Nie mam pojęcia… ale bez-wątpienia: najważniejsze w życiu są : zdrowie, miłość i mądrość i o nie trzeba dbać bo to skarby …

Reklamy

Jak promyk do Słońca

Jak promyk do Słońca.

jesienne wędrówki

 

 Izabella ma rację pisząc ” Podobają mi się te nowsze  (  obrazy) , bardziej ambitne, choć może nie wszystkie rozumiem. ”  Chociaż symbolika obrazów jest  tajemnicą autora uchylę rąbka….

 

Na początku …

Gdy jedzie się pociągiem i miarowo stukają koła, a za oknem przelatują krajobrazy pełne cudów przyrody, zmęczony w końcu wzrok prosi o odpoczynek.

„Gdybyś wiedział coś, w co nikt by nie uwierzył, to czy próbowałbyś to powiedzieć innym?” – przypomniało mi się pytanie z filmu „Deja Vu”. Przymknąłem oczy a niespokojny umysł przywołał strumień przedziwnych myśli o jasnowidzach i innych światach. Fizycy teoretyczni, mistycy i jasnowidzący w swoich poglądach na Wszechświat mają dużo wspólnego. Interesują ich inne światy w innych wymiarach. Fizycy umieścili te światy w „Hiperprzestrzeni” i podali prawa matematycznie panujące w wielowymiarowości. Mistycy przeczuwają, że światy te są zamieszkane. Jasnowidzący – te światy spostrzegają swoimi „subtelnymi” zmysłami.

Nikt z nas nie umiera. Każdy koniec jest równocześnie początkiem. Umierając rodzimy się w innym wymiarze. Inne wszechświaty, przenikające nasz wszechświat, i zbudowane z innej materii, zaludnione są jak nasz. Opuszczając kolejne ciała: fizyczne, astralne, mentalne, „rodzimy się” mniej lub bardziej świadomie w coraz wyższych wymiarach. Podróżujemy w wielowymiarowości. A tam spotykamy swoich najbliższych a także naszych Opiekunów i Nauczycieli. I nie tylko , bo i Anioły, Elfy, Gnomy, Rusałki i całą plejadę wszelakich Duszków i wszystko po to by

Po co żyjemy? – to odwieczne pytanie każdej Istoty. Pewien jasnowidz tak na to pytanie odpowiedział. 
Stwórca jako Najpotężniejszy i Najmądrzejszy, krótko mówiąc – Absolut, był też Najsamotniejszy. Więc oddzielił z siebie cząstki – Iskierki, duszyczki – i posłał je do materii stworzonej zawczasu . Trudnej do życia materii, bo fizycznej z jakiej zbudowany jest nasz Wszechświat. 
„Idźcie moje dzieci. Daje wam…” Wszyscy wiemy co nam dał. Nieskończoną ilość wyzwań i kłopotów ale też i radość, szczęście i miłość. Nasze duszyczki, rzecz jasna nieśmiertelne tak jak ich Ojciec, wylądowały na planecie Ziemia by doskonalić się przez własne doświadczenia. Ale też i cierpieć za zejścia z drogi rozwoju wyznaczonego prawami Ojca. Duszyczki zaczęły stopniowo „ubierać się” w ochronne szaty: materialną – ciało, astralną – uczucia, mentalną –myśli. W ten sposób dopasowując się do ewolucyjnych zmian na Planecie Ziemia. Te szaty, jak wiemy, nie są i jeszcze dzisiaj doskonałe. W ich tkaninie mocno szwankują: zdrowie, uczuciowość i myślenie. Ale są przed duszyczkami do opanowania coraz wyższe poziomy świadomości. 
Nasuwają się pytania: Po co tak Stwórca uczynił? Po co oddzielił z siebie duszyczki i “wrzucił”… na Ziemię w kłopoty?
Otóż, jak stwierdził Jasnowidz – “Uczynił to żeby mieć kogo kochać”. 
Przyznaje, że trochę zapachniało mi tu absolutnym egoizmem Stwórcy. Ale nie będę wybrzydzał – pomyślałem – istnieję przecież dzięki Niemu. I dziękuję, za tą pierwotną,
zakodowaną w nas myśl, że życie bez miłości nie ma sensu.

 Słońce

Księżyc

 

 Ziemia

Srebrne punkciki na zewnątrz planety i wewnątrz symbolizują dusze wszystkich istot związanych z życiem na Ziemi 

Ouroboros – Król Wąż 

Symbol wiecznego powrotu i ciągłego  odradzania się życia. Na obrazie pochłania Słońce, Księżyc i Ziemię. Powrót do punktu wyjścia tych trzech ciał niebieskich.  (cykliczność procesu można nazwać inkarnacjami Ziemi, Księżyca i Słońca) 

—————-

Koło życia – wędrówki dusz

 

Dusze Istot opanowują materię i rozwijają się w Królestwie Materii na Ziemi 

Dusze Istot opanowują ciała roślin i rozwijają się w Królestwie Roślin na  Ziemi

Dusze Istot opanowują ciała zwierząt i  rozwijają się w Królestwie Zwierząt na  Ziemi

Dusze Istot opanowują ciała ludzkie i rozwijają się w Królestwie Ludzi na  Ziemi

Dusze istot wędrują miedzy Ziemią a Niebem i między Niebem a Ziemią

No cóż: Dobra Nowina jest taka, że jesteśmy jako Dusze Nieśmiertelni i w Kole Życia, w ciągłych powrotach  na Planetę, możemy się rozwijać zmieniając i doświadczając życie w ciągle bardziej wymagających miłości i mądrości, kolejnych ciałach . Życie po życiu oto nasz Los…

Oczywiście to tylko mój osobisty „punkt widzenia”i szanuję wszystkie inne poglądy. Każdy z nas jest inny i dobrze, że nie jesteśmy klonami  w działaniu, uczuciach i myśleniu. Komu to zawdzięczamy?

Nie mam pojęcia…

——-

Obrazy są wymiarów 100 x 70 cm. Naklejałem elementy (głownie z pianki- tworząc płaskorzeźby ale też z różnych materiałów )  na czarną piankę (100×70 cm) o grubości 0,5 cm i malowałem akrylowymi farbami. Użyłem sporo złotej i srebrnej akrylowej farby i setki „duszyczek” … W wieczornym oświetleniu obrazy lśnią srebrzyście i dość tajemniczo… Podejrzewam, ze To  duszyczki, które tęsknią za powrotem do nas , na Ziemię…

W Pracowni… 

 ——————-

Mija 10 lat od odejścia mojego Nauczyciela

Dom nauczyciela 

Lilie

Pewien żebrak od ponad trzydziestu lat siedział przy drodze. Aż tu któregoś dnia nadszedł jakiś nieznajomy. „Ma pan trochę drobnych?” – wymamrotał żebrak, machinalnie wyciągając rękę, w której trzymał stara czapkę do baseballu. „Nie mam niczego, co mógłbym ci dać” – odparł przechodzeń, a po chwili spytał : ” Ale na czym ty właściwie siedzisz ? „. ” Och, to tylko stara skrzynka” – odpowiedział żebrak. ” Siedzę na niej, odkąd pamiętam ” . ” A zajrzałeś kiedyś do środka? ” – zapytał nieznajomy. ” Nie ” odrzekł żebrak. Po co miąłbym zaglądać ? Tam nic nie ma ” . ” Może jednak zajrzyj ” – powiedział przechodzień.Żebrak zdołał podważyć wieko. Ze zdumieniem, niedowierzaniem i uniesieniem stwierdził, ze skrzynka jest pełna złota.

Gdy spotkałem Proboszcza ze Studzienicznej trzymałem w rękach zerwane lilie będące pod ochroną: „W życiu trzeba sobie jakoś radzić”. – powiedział. Teraz (po 30 latach przyjaźni)  trzymam w sercu skarby – Jego dobroć i mądrość. Są takie spotkania, które zmieniają całkowicie „kierunek” w którym podążaliśmy w życiu. Miałem takie szczęście i spotkałem Nauczyciela..

Śp. Ks. Kanonik Mieczysław Daniłowicz

 

Dwa Słońca

Dwa Słońca

opowiadanie

085

„Położyć głowę na ramieniu Kochanego Człowieka i nie bać się, nie uciekać, nie niepokoić o nic. Obudzić się rano przy jego boku, by wieczorem zasnąć w jego cieple. Czasami chciałabym, aby zadzwonił telefon i rozwiązał wszystkie moje problemy, ee… chyba majaczę. To byłoby może za proste? Już sama nie wiem. Potrzebuje czegoś, co mi przypnie skrzydła. Aktualnie są mokre i ciężkie od śniegu. Wcale nie nadają się do latania” – tak do mnie napisałaś.

Tamtego pamiętnego dnia wstałem przed świtem. Werandę plebani w Studzienicznej zalewała księżycowa poświata. Cicho, by nie zbudzić przemiłego gospodarza, wyjąłem z torby sprzęt fotograficzny. Na bosaka, po srebrzystej od rosy łące, doszedłem do zbitego z kilku desek pomostu. Przysiadłem na ławce. Nad powierzchnią jeziora kłęby mgły stworzyły przemijające postacie jeziornych duchów. Zerwał się lekki wiatr marszcząc wodną tafle. Balet mgielnych, ulotnych postaci nimf i rusałek, rozpłynął się w nicość.
„Życia wieczność, życia chwila istnienia. Jak to pogodzić? Jak zrozumieć strumienie przepływających przez nas uczuć, skojarzeń, myśli? Które z nich są dogłębnie nasze, a które napływają i znikają do jakiegoś tajemniczego miejsca, na podobieństwo mgielnego baletu, który „tu i teraz” na moich oczach ulatuje z wiatrem? Minęło dominujące we mnie uczucie olśnienia, oczarowania baletem, a zawładnęły mną uczucia zwątpienia, oczekiwania, a ja nie  czuję bym istotnie się zmienił. Kim więc jestem naprawdę? Kim jestem w swojej niepowtarzalnej istotności?” – pomyślałem.
Po chwili ponad trzcinami wzeszło słońce. Spojrzałem w głąb wody i ujrzałem tam blisko siebie dwa słoneczne odbicia. Ująłem je w kadr i zrobiłem zdjęcie.

Odbicia słoneczne po chwili rozpłynęły się w wodną drogę pomarszczoną podmuchami wiatru i roziskrzoną niezliczonymi błyskami padających z Nieba promieni. Wsiadłem do jachtu przycumowanego przy pomoście. Postawiłem żagle i pożeglowałem tą słoneczną drogą. Byłem szczęśliwy. Moi uczniowie czekali na mnie po drugiej stronie jeziora.
Pracowałem wtedy jako instruktor kierując bazą nurkową „BIG BLUE” działającą na uroczym, zalesionym cyplu jeziora Studzieniczne. Jeziora, znajdującego się koło miasteczka Augustów, w północno-wschodniej części kraju. Tego słonecznego poranka podczas silnego wiatru wywrócił się i zatonął kabinowy jacht. Kilkuosobową załogę wyłowiła przepływająca nieopodal zdarzenia wiosłowa łódka. Wkrótce nasz jacht „ DELFIN” rzucił kotwicę obok miejsca wypadku. Poproszony o pomoc przy wydobyciu jachtu zszedłem pod wodę. To co mi się przydarzyło pod wodą trwało niewiele dłużej niż kilka minut. Trwało tyle ile może trwać oddech przesycony pragnieniem powrotu do życia. Po wielu latach doświadczeń w nurkowaniu, każde wejście pod wodę traktuję jako wejście do innego świata, a każdy powrót na powierzchnię, jako powrót do domu. Powrót do jedynej, nienaruszalnej rzeczywistości. Tym razem stało się inaczej. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że mój dom, że Nasz Dom, znajduje się również gdzie indziej.
Oto kilka refleksji z tamtych dramatycznych kilku minut:

„Brak powietrza. Zginiesz”- błyska myśl. Szamoczę się próbując wyrwać się z plątaniny lin. Przerażone zniszczeniem neurony wyją z rozpaczy. Grzmot trwogi wstrząsa intelektem. Umysł w czerwień rozpala słowa „Ratuj się”. Miernik nie kłamie. Nie mam powietrza w butli. Krtań zaciska się. Duszę się. Utknąłem we wnętrzu zatopionego na 20 metrach kabinowego jachtu. „W sprzęt na plecach wplątała się lina! Przetnij ją!”- w panice wrzeszczy intelekt. Posłusznie sięgam po nóż. Spoglądam ku górze i widzę słońce jako rozmytą plamę. Tracę przytomność. Ogarnia mnie błogość. Cichnie umysł. Z tej cichości, z sennego wymiaru, spoza ziemskiego czasu i przestrzeni budzi się nadzieja. Błyska w oddali światełko. Wchodzę w jasność tunelu wewnętrznego słońca. Objawia się duchowa strona istnienia. Moja najwyższa istotność uaktywnia dawno zapomniane zmysły, włącza do tej pory nieznane świadomości programy. Ktoś, kto jest naprawdę mną emigruje poza ciało. Unosząc się swobodnie Ja – duch obserwuje siebie – ciało. Czuję, myślę i przenikam materie jasnym widzeniem. Przeżywam dramat i jednocześnie obiektywnie obserwuje go bez emocji. Świetlistą drogą nadciąga pełna jasności postać. Wola tej istoty nakazuje dłoniom otwierać kolejne klamry pasków mocujących nurkowy sprzęt do mego ciała. Jestem wolny. Wplątany w linę sprzęt pozostaje we wnętrzu jachtu. Wynurzam się bezwładnie z czeluści jachtu. Żeby wypłynąć na powierzchnię wystarczy zrzucić ołowiany pas balastowy. Dłoń zaciska się na klamrze pasa. Świetlana postać swymi myślami przenika mnie, ogarnia współczuciem, wszystko wybaczającą miłością. Dociera do mnie pytanie.
„Masz wybór, wolną wole, masz wolność. Decyduj. Zostajesz? Wypływasz?” Ku własnemu zdziwieniu nie śpieszę się z odpowiedzią. W tym niezwykłym stanie, nie czuję żadnego zagrożenia, czas jakby przestał istnieć, więc mam go bez liku. Ogarnia mnie ciekawość dziecka, radość odkrywcy. Jestem otwarty na wszelkie zdarzenia, wszelkie pytania i odpowiedzi. Objawia mi się zarówno względność jak i ukryty sens przeszłych pomyłek, porażek, błędów, grzechów. Z radością wybaczam sobie, wybaczam wszystkim. Ten proces nie wymaga ode mnie żadnego wysiłku. Teraz wiem, że tu na Ziemi przejawiłem się wraz z innymi w wiecznej szkole życia. W szkole w której jest się zarówno uczniem jak i własnym nauczycielem. W Szkole Kosmicznej, w klasie Ziemia, w której wszyscy uczą się przebaczania i miłości. Nie powstrzymuje ciekawości, i pytam świetlaną postać:
„Jak to jest? Czy to wyuczone treningiem ruchy ratują mi życie? Czy też może, niewidzialny dla normalnego stanu zmysłów świat istnieje realnie, i właśnie „tu i teraz” w sytuacji pozornie bez wyjścia, mogę poznać Ciebie, realną istotę „nie z tego świata”, która pomaga mi z nieznanych mi pobudek? Kim jesteś? Zjawą generowaną przez przerażony mózg w którym procesowi śmierci, samo-eutanazji towarzyszy podświadoma projekcja znieczulająca cierpienie. Odpowiedz, proszę! Czy wyłącznie jesteś narkotycznym widziadłem zafundowanym mi przez mój mózg jak chce większość naukowców, czy też realnym bytem z którym mogę wejść w związek podobny do ludzkich?” ” Masz wolną wole. Sam pytasz, sam odpowiadasz, sam podejmujesz decyzje. Nie lękaj się. Jesteś wieczny.” – przenika mnie myśl.
„Czy ten strumień pojawiających się i odchodzących myśli, pytań i odpowiedzi, to jedynie wspomnienia utartych frazesów, strzępów przeczytanych książek, zasłyszanych opinii, czy też realny z Tobą dialog?- pytam dalej z uporem. „Gdy uczeń jest gotowy, mistrz zawsze jest gotowy.”- przenika mnie myśl. „Jesteś więc moim Mistrzem?” – pytam.
„Ja Jestem”. W „Ja” zawarta jest wieczność, w „Jestem” jedność z całym Istnieniem. W stanie świadomości, w którym się znalazłeś ja jestem tobą a ty jesteś mną. Czas i przestrzeń tak naprawdę to kategorie naszego poznania. Istnieje jedynie chwila obecna. Czas jest czynnością liczenia zdarzeń, kolejnością poznawania, a przestrzeń jest czynnością wskazywania, kierunkiem postrzegania w sieci przeglądanych zdarzeń.”- przenika mnie myśl. Znika Jasna Postać. Odchodzi Mistrz . Rozpływa się moja Narkotyczna Wizja. Czuję się wolny bez krępującego ruchy podwodnego sprzętu i szczęśliwy bez ciała ograniczającego swobodę poruszania się. Moje myśli uwolnione z fizycznej struktury mózgu nabierają jasności. Jestem w sieci nieskończonej ilości zdarzeń. W ezoterycznym Matrix. W węźle – centrum, z którego rozbiegają się drogi. Widzę je, gdy kieruję na nie uwagę. Skupiam się na najbliższych zdarzeniach. Mogę to z łatwością uczynić. W stanie umysłu w którym się znalazłem jestem jasnowidzem. Ze swobodą poruszam się po łańcuchach zdarzeń. Przewijam swoją przeszłość zdarzenie po zdarzeniu jak taśmę filmową klatka po klatce, aż docieram do chwili obecnej. Mocą woli analizuję zdarzenie najbliższe z możliwych, i oto śledzę jak: „Zrzucam ołowiany pas, wynurzam się i jestem wśród przyjaciół”. Przeglądam coraz dalej i dalej aż spostrzegam siebie piszącego zakończenie do Ciebie listu:
„Kochana!
Połóż swoją głowę na moim ramieniu. Nie bój się, nie uciekaj, nie niepokój się już o nic. Zasypiaj i budź się w moim cieple. Ślę do Ciebie słoneczny myślokształt, pełny miłości, mocy dobra i szczęścia który rozwiąże wszystkie Twoje problemy. Przypinam Ci skrzydła. Jesteś przepięknym, pachnącym źródlaną wodą Aniołem. Zainspirowałaś mnie do napisania wspomnienia, więc ono jako cząstka mnie staje się Twoim owocem. W pierwszej chwili kiedy budzimy się ze snu, nie wiemy przecież kim jesteśmy. Ustalamy swa osobowość, indywidualność dopiero po chwili, kiedy pamięć przywraca nam wspomnienia. Co by się stało, gdyby jakiś Duszek,  Mag, Mistrz, Anioł podczas snu zabrał, usunął nasze wspomnienia a miejsce ich wypełnił innymi? Wygląda na to, że w takiej hipotetycznej sytuacji uległa by zmianie nasza osobowość a my o tym byśmy po przebudzeniu nic a nic nie wiedzieli.
Wyznam ci, że podczas wstrzymanego pod wodą oddechu, kiedy straciłem przytomność, w błysku jasnego widzenia ujrzałem Ciebie, naszą wspólną szczęśliwą przyszłość i pełnię czekającej nas miłości. Jestem pewien, że to Niebo przeznaczyło nas sobie i dotknięciami skrzydeł Aniołów przypomniało o tym. Dwa Słońca, dwa Anioły, nas dwoje…Teraz wiesz, że wróciłem tu dla Ciebie. Proszę, otrzep ze śniegu i wysusz swemu Aniołowi skrzydła i razem z nim przybądź na spotkanie…

170

W więzieniu, mój drogi, nie ma wolności, choćby było ono nie wiem jak wygodne i przyozdobione. Jeśli prowadzi się dialog z wolnością, to nie można odbywać go w granicach wspomnień, wiedzy i doznań. Wolność domaga się zburzenia murów więziennych, choćby ograniczony chaos, ograniczone zniewolenie, praca w obrębie tych barier sprawiały nam przyjemność. Wolność nie jest czymś względnym – albo jest, albo jej nie ma. Jeśli jej nie ma, to musimy pogodzić się z życiem ciasnym, ograniczonym, zaakceptować jego konflikty, cierpienia i bóle, i ograniczyć się do wprowadzania tu i ówdzie jakichś niepozornych zmian.

Bycie dobrym, a stawanie się dobrym to nie to samo. Rozkwit dobroci nie jest jej osiąganiem. Stawanie się lepszym jest zaprzeczaniem temu, co jest. To, co lepsze, psuje to, co jest. Dobrym jest się teraz, w tej chwili. Planowanie, że staniemy się dobrzy w przyszłości wymyśla umysł usidlony przez wiarę, przez zasadę porównań i czasu. Gdy dokonuje się porównań, dobro ginie. Ważne jest nie to, w co się wierzy, jak brzmią formuły, zasady, dogmaty i opinie, ale to, dlaczego je się w ogóle posiada.

Wiele lat temu, kiedy z młodzieńczą arogancją paplałem trzy po trzy na temat autentyczności życiorysu Chrystusa, Proboszcz ze Studzienicznej spojrzał na mnie surowo: „Mój drogi. Jeśli chodzi o Boga, to ma się Go w sercu przebudzonego, albo On w sercu śpi.”
Zamilkłem i poczułem się najbiedniejszym człowiekiem na świecie. Długo przeszukiwałem własne serce. Znalazłem tam i groźne pouczenie:
„Zanim dusza stanie przed Nauczycielem obmyć się musi we krwi swojego serca.” i cudowną opowieść o tym jak magowie pragnąc ukryć szczęście przed ludzką zachłannością, ukryli je w ludzkich sercach, mądrze przewidując, że ludzie kojarząc raczej szczęście z władzą, sławą i pieniędzmi łatwo nie odnajdą takiej kryjówki – w zakamarkach własnych serc.

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych pracowałem w zespołach filmowych. To był ciekawy ale wielce stresowy okres mojego życia. Jak większość z rodziny filmowców, przebywając miesiącami poza domem w plenerze i mieszkając w przeróżnych hotelach na terenie całego kraju – nie dosypiałem, jadłem co popadnie, nie wylewałem za kołnierz, paliłem papierosy a wieczorami bawiłem się w doborowej, filmowej rodzinie aż do „białego dnia” – jakby to był ostatni dzień mojego życia. Każdy pobożny człowiek zapewne zobaczyłby we mnie grzesznika.

Na planie filmowym „Śpiewy po rosie” (plenery -okolice Augustowa) poproszono mnie bym w „awaryjnym trybie” znalazł pęk lilii wodnych – były konieczne w kręconej tego dnia scenie. Wsiadłem do samochodu i pojechałem pod kościółek w Studzienicznej. Wszedłem do wody i zrywałem lilie. Z mostku przyglądał mi się starszy pan. Gdy pakowałem lilie do bagażnika podszedł i powiedział z uśmiechem: „W życiu trzeba sobie jakoś radzić”. 
Obaj wiedzieliśmy, że lilie wodne są pod ochroną. Opowiedziałem mu o filmie. Zaprosił mnie wieczorem do siebie – na plebanie. Nasza przyjaźń trwała ponad trzydzieści lat aż do jego odejścia w wieku 94 lat.

Są takie spotkania, które zmieniają całkowicie kierunek w którym podążaliśmy. Po kilku latach od tego spotkania porzuciłem prace w filmie i zacząłem żyć według swoich młodzieńczych marzeń. Zamieszkałem w Studzienicznej (u Proboszcza, na jachcie lub  w przyczepie kempingowej) . W letnich miesiącach uczyłem nurkowania, żeglarstwa.  Po pewnym czasie kupiłem nad jeziorem kawałek ziemi….  i fotografowałem.

 DSC_0336

Gdy On w sercu śpi

Opowiadanie

Mija upalny dzień. Późne popołudnie zastaje mnie siedzącego na pomoście i wpatrzonego w drobne fale jednostajnie niezmordowanie atakujące piaszczysty brzeg. Intensywny zapach róż z proboszczowego kwietnika budzi we mnie nostalgiczne refleksje. Wpatrzony w wodę widzę odbicia falujących i przesuwających się chmur. Obserwuje myśli pojawiające się i zanikających w moim umyśli: o róży Małego Księcia, o sensie życia, przemijaniu i przeznaczeniu, o rozwoju, łańcuchach przyczyn i skutków, o mocy i głębi marzeń, o olśnieniu, zauroczeniu, spełnieniu i Aniołach. Z zadumy wyrywa mnie odgłos grzmotu. Nad jezioro, z zachodu, wtaczają się groźnie wyglądające chmury. Chmury te płoną ciemnoczerwonym żarem, a kilka z nich sprawia wrażenie jakby jarzyły się od wewnątrz. Tak jak przepływające przez umysł myśli nie są istotnością bo są zapożyczeniem, chmury nie tworzą przestrzeni, one w niej istnieją. Chmury jak i myśli sprawiają wrażenie, że ciągną się od wieczności w wieczność. Odbicie w wodzie przyjmuje kształt tornada. Nie czekając na pierwsze krople deszczu skrywam się w oszklonej werandzie plebani. W wiklinowym bujanym fotelu drzemie proboszcz, wystawiając twarz do padających przez szybę promieni zachodzącego słońca.

„Nie za zimno wam pod tą wodą? Podziwiam, że panu jeszcze się chce nurkować. Nie szkoda to zdrowia?”- proboszcz z rozbawieniem zerka na mnie spod krzaczastych, siwiutkich brwi.
W głębinach można spotkać Anioły. To one mnie pociągają. Lubię z nimi pogadać.”- odpowiadam ze śmiechem.
” Bądź ostrożny, mój drogi. Anioły to eteryczne istoty. Inaczej czują i myślą niż my. Pomagają nam, ale nie są na naszych usługach. Z Biblii dowie się pan więcej o Anielskich zwyczajach.”

Bezpieczni, osłonięci przed deszczem i wiatrem przez okna werandy obserwujemy burzę. Nadciąga czerwono – krwistym kowadłem. Gna przed sobą skłębione, czarne i poszarpane chmury. Jezioro zmusza do wrzenia. Swą mocą podrywa wodę. Pianą przybiela grzywy stromych fal. Czarne cienie chmur wbija w głębinę. Grozą gasi słońce. Wypiętrzonym w niebo zachłannym kowadłem wchłania jeziorną wilgoć, i po chwili pionowym kołowrotem wichrów przemienić ją w lodowe odłamki, i z pasją zrzucić strumieniami zmarzlin na jezioro. Bębni gradem po dachu plebani. Spadającym z nieba wichrem przeoruje powierzchnię wody pasmami białej piany. W górę unosi jęzory zawiesiny wodnej, tworzy zaczątki wirujących pępowin tornad, i po chwili w szalonej rotacji łączy otchłań jeziora z opuszczającą się podstawą chmur. Błyskami, grzmotami, gradem i wyciem wiatru atakuje przycupniętą na brzegu wioskę.

„Jak sens ma ten gniew Natury, składający się ze swoistego łańcucha burzliwych zdarzeń? Czy ten nieokiełznany wybuch żywiołów ma służyć oczyszczeniu, skrusze człowieczej? Jest karą? Kto tu zawinił i kto tu kogo i za co karze?” – myślę.
I nagle, czy to dla otuchy, czy też z pychy, w kościółku odzywają się dzwony zwołując wiernych na wieczorną mszę.
„Lepiej by było, żeby z mszą zaczekać jak skończy się burza. ” – mówię.

Ale księdza już na werandzie nie ma. Docieram do kościółka w strugach deszczu, w zgiełku piorunów, w scenerii rozgniewanego nieba co chwila rozdartego błyskawicami. Kierowany niezrozumiałym impulsem, zamiast wejść do przytulnego, skąpanego w świetle zapalonych świec wnętrza kościółka i w skupieniu i spokoju wysłuchać kazania proboszcza, omijam kościółek i idę dalej brzozową alejką w kierunku kaplicy Matki Boskiej. Przysiadam nad wodą obok kamiennej figurki św. Jana Nepomucena.
„Strzeż nas od nie sławy w życiu i wieczności” – przekrzykując burzę czytam na głos słowa wyryte na postumencie.
Nagle, włosy na głowie stają mi dęba a figurkę świętego otacza sieć fioletowych iskierek. W drzewo obok uderza piorun. Błysk i grzmot zlewają się w jedność Olśnienia. Przestrzeń i czas ulegają rozerwaniu. Wpadam w nicość a moja świadomość doczesności ustępuje miejsca błogości usypiania. Opadam w głębinę. Otacza mnie świecąca mgła. Raczej ją czuję niż widzę. Otula mnie uczucie bezpieczeństwa,  matczyne, bez granic, a serce oddycha tchnieniem wielkiego dobra, dobra niewysłowionego i czuję na czole delikatne, pełne miłości dotknięcie dłoni.

„To dobrze że tu jesteś. Czekam na Ciebie. Nie lękaj się. Jestem Twoim Aniołem. Znam Twoje marzenia. Całe swe dojrzałe życie marzyłeś o spotkaniu kobiety Tobie przeznaczonej. Teraz ją zobaczysz. Ale pamiętaj: wielka miłość pociąga wielkie ryzyko. Ona jest piękna i ulotna: jak obłoczek, jak promyczek, płomyczek, iskierka, jak tęcza. Spleć z nią dłonie a napełnię was wieczną miłością o jakiej marzyłeś.”
Na wprost mnie, ze środka wirującej tęczowymi kolorami spirali, wypływa jasna kobieca postać. Zbliżając się powoli, wpatruje się we mnie z rozbawieniem.

„Jesteś taka piękna” – szepcze – Taka cudowna. Taka moja…”.
Obejmuje mnie, wtula się, przenika i delikatnie wirując schodzimy coraz głębiej i głębiej…

****

pajeczyna

Matrix

Opowiadanie

Pewien człowiek postanawia opuścić rodzinę, żeby zostać pustelnikiem. Którejś nocy, kiedy ma ukradkiem wyruszyć w drogę, rzuca ostatnie spojrzenie na śpiącą żonę i dzieci, i zwracając się do nich, mówi:Kim jesteście, że trzymacie mnie tu przywiązanego?Jakiś głos w ciemności szepce: Oni są mną, są Bogiem.

Mężczyzna nie zwraca na to uwagi. Nie słucha i opuszcza dom. A Bogu pozostaje tylko stwierdzić: Oto ktoś, kto, żeby mnie odszukać, porzuca mnie.

****

„W zderzeniu z niebezpieczeństwem poszerza się nasza świadomość. Odmienność fizycznych warunków Głębi zmusza nasze zmysły do intensywnej pracy. Nasze ciało i psychika, po niewielkim treningu, znakomicie radzą sobie pod wodą z nieważkością, odmiennością w widzeniu, dotykaniu i słyszeniu. Taka elastyczność – nas ludzi; czy to nie jest jeden z dowodów, że jesteśmy w głębi swego jestestwa kosmitami i podróżujemy po całym Nieboskłonie odwiedzając to tu, to tam ciekawe planety? Może jest tak, jak twierdzą delfiny, że przybyliśmy razem z nimi na Ziemię z gwiazdozbioru Syriusza? Oddychanie sprężonym powietrzem, zmieniając parametry życiodajnej krwi, wywołuje niecodzienne stany umysłu. Z podświadomości, w głębinach wód, w kosmosie, w niezwykłych fizycznych i psychicznych warunkach, jak z worka Pandory, wynurzają się lęki, i wtedy przejmują władze nad nami przerażające senne straszydła. Po powrocie do domu uważajcie na swoje sny kochani.” – pół serio pół żartem powiedziałem na pożegnanie.
„Lubię przyglądać się burzy. Odwiozę ich i wrócę. Opiekuj się kotem!” – szepcze do mnie dziewczyna, kiedy całuję ją w policzek i odprowadzam do czekających w samochodzie uczestników nurkowego kursu.
Nad jeziorem Studzienicznym i okolicznymi terenami zalegają ciemne, zwaliste, burzowe chmury. Zachodzi słońce. Robię kilka pożegnalnych zdjęć. Skończyło się szkolenie w bazie nurkowej. Macham ręką na pożegnanie. Zostaje sam na leśnej polanie. Schodząc po schodach do przystani zauważam pajęczynę rozwieszoną pomiędzy konarem sosny a wyschniętą gałęzią. Obchodzę drzewo kilka by znaleźć dobrą pozycję do wykonania zdjęcia. W kroplach deszczu, tkwiących w śmiercionośnej sieci, udaje mi się odnaleźć tęczowe odbicie zachodzącego słońca. Podczas krzątaniny, wielki pająk. zajmujący centralne miejsce w sieci, zastyga w bezruchu.

„Na ofiarę czekasz braciszku? Czekasz na tylko sobie znane drgnięcie? – Ty zachłanny głodomorze.” – mówię na głos  lekko naciskając palcem delikatną sieć.
„Tęcza przed burzą? Dziwne. Żar ostatniego papierosa skazańca?
Ustawiam kadr i robię zdjęcie. Wsiadam do pontonu by po chwili, już w strugach deszczu, cumować do burty jachtu. Szarość wieczoru przechodzi w ciemność nocy. Jachtem rzuca na fali. Wiatr wzmaga się. W kajucie wita mnie szary perski kot Peri. Mruczy i wtula się w moją szyję kiedy kładę się w koi. Obaj przeczuwamy zbliżającą się nawałnicę.
„Na rubieżach zanikają utarte drogi, a na krańcach poznania myślenie zawodzi.” – jak na ekranie komputera pojawia się napis w mojej wyobraźni.
Przenikam przez pomarańczowe źrenice szeroko otwartych kocich oczu i jestem w ezoterycznej sieci wiecznego życia – w Matrix.
„Czyżbym odnalazł bramę do spokojniejszego świata? Gdzie naprawdę jest mój dom, bo przecież nie na tym rozhuśtanym falami jeziorze?” – zasypiając, w świat snu, wysyłam pytania.
Krótki błysk światła i suchy wystrzał pioruna przywracają mi świadomość. Głęboko oddycham. Wyciągam kota spod koszuli. Wbił się pazurkami w moje ciało. Jego pomarańczowe oczy żarzą się nieprzytomnym lękiem. Słyszę łomot skrzydeł, wielki plusk, i pojękiwania podobne podniesionemu, wściekłemu, starczemu gderaniu. Wystawiam głowę z zejściówki mesy. Na zewnątrz panuje upiorna ciemność. Po oczach zacina deszcz. Twarz oblepiają mokre liście. Obrywam w głowę skrzydłem. W świetle błyskawicy spostrzegam ptaka, przypominającego kształtem dzioba sępa. Obok trzepoczą inne. „Harpie!” – błyska w głowie. „Zgadza się, to Hades!”- ironicznie chichocze Intelekt. Umysł uwikłany w senne wizje znajduje w końcu racjonalne wyjaśnienie. Na jacht zwaliła się wysoka, nachylona nad wodą brzoza z siedzącym na niej stadem kormoranów. Słyszę uderzenia o wodę skrzydeł startujących do lotu ptaków. Spycham drzewo za burtę. W błysku pioruna widzę nisko pędzące chmury. Dookoła pobłyskują białą pianą jeziorne grzywacze. Burza przetacza swe cielsko nad jeziorem. Jest groźna, ale i piękna. „Na zimne dmuchaj” a i „Licho nie śpi” – mówią ludowe przysłowia. Nie lękam się burzy i…bardzo się mylę. Myśląc o dziewczynie, tęczy, domu, nie odczytałem ostrzeżenia, przegapiłem „pajęczynowy sygnał”. Przegapiłem go omamiony myślą o czekających mnie przyjemnościach. Straciłem jasność osądu, wolność wyboru, przestałem być kowalem swego losu, i niepomny przestrodze:
„Nie podlegaj gwiazdom, sam układaj je w szczęśliwe konstelacje”, niebezpiecznie zbliżyłem się do nieznanych mi węzłów w sieci zdarzeń – w pajęczynie życia. Uderzenia fal o burtę jachtu nie dają mi zasnąć. Mam dość hałasów.
„Przed spotkaniem z dziewczyną przyda mi się chwila spokoju.” – myślę.
W kajucie odnajduję i zakładam na siebie suchy nurkowy skafander. Wciskam kota głęboko w koję i otulam wełnianym kocem. Na chwilę kładę się przy nim. A on zaczyna mruczando – pełną tajemnej mocy kołysankę, wymyśloną zapewne przez jego egipskich przodków i nieustannie tworzoną i poprawianą przez wszystkie koty świata. To mruczando jest kluczem do ezoterycznego świata. Potulnie przekręcam klucz i otwieram bramę Wyobraźni.
Na pokładzie zakładam resztę nurkowego wyposażenia. Otwieram zawory butli, napełniam kamizelkę powietrzem, ustnik oddechowego automatu zaciskam w zębach, naciągam maskę na twarz, przytraczam podwodną lampę do przegubu ręki i skaczę do wody. Dopływam do pomarańczowej boi wskazującej miejsce zanurzonego pod nią podwodnego pomostu. Trzymając się boi, przez szkło maski i zacinający deszcz, ledwo dostrzegam zapalone światła w kabinie jachtu. Rozglądam się dookoła. To co widzę zapiera dech w piersiach. Tak mogłoby wyglądać piekło; Hades – szaleństwo natury, omamy narkotycznej wyobraźni. Żywioły zwarły się w śmiertelnym uścisku.
„Co na dole to na górze?”
Na górze: czarne strzępy porozrywanych wichurą chmur gnają bezrozumnie ku zderzeniu i zagładzie. Na dole: chaotyczne, uderzenia porywistego wiatru wściekłe smagają wypiętrzone grzywacze.
„A w Niebie tak jak i na Ziemi?”.
W Niebie: chmury pełne krwistej czerwieni i zimnego fioletu rozżarzane od wewnątrz przez przerażające fajerwerki splątanych z sobą błyskawic. A na Ziemi: grzywacze upiornie migoczące srebrem, wzbijane ku niebu porywami wiatru i splątane pasmami piany poskręcanymi w warkocze.
Mam dość tego widoku. Zapalam lampę. Wypuszczam unoszące mnie na powierzchni powietrze z kamizelki i zanurzam się. Nurkuje wzdłuż liny kotwiczącej boje. Po chwili opadam na podwodny pomost i siadam wygodnie w fotelu. Ogarnia mnie cisza i spokój. Mam nadzieję, że jak zwykle, w Głębi, odnajdę odpoczynek, przeczekam atak burzy, uwolnię umysł od chaosu myśli, poczuje istotną samotność, odkryje i odnajdę siebie. W tym podwodnym Domu czuję się bezpieczny. Pomost zakotwiczony jest w toni, na piętnastu metrach głębokości. Umieszczony na nim jest stolik, cztery fotele oraz skrzynia do chowania przeróżnych przyborów do ćwiczeń. Otwieram wieko skrzyni i odnajduje pudełko z szachami. Rozstawiam pionki i figury i zaczynam grę.

Gdzieś nade mną gromowładną rapsodią straszy Monstrum z otchłani snu. A tu w głębinie, oddzielony kilkunastu metrową warstwą wody, odczuwam kosmiczną ciszę i błogi spokój. Wygaszam w sobie emocje. Odprężam ciało. Kładę zapaloną lampę na stole oświetlając szachowe figury. W półcieniu, w fotelu na wprost mnie, zasiada Jasna Postać – Intuicja. Gra w szachy to gra wyobraźni. Intelekt docieka, przewiduje, stawia hipotezy, weryfikuje je, wraca do źródeł, przegląda, sprawdza, modeluje, stymuluje, symuluje. A Intuicja zna prawdę – posiada dar bezpośredniego poznania. Trafne wybory dokonuje bez wahania.
Gramy. Jak obłoki płyną myśli: Czy warto z samym sobą grać? W świecie prawości, harmonii i jedności nie ma sensu ani wygrana, ani przegrana.
Co na to Intuicja?: To, czego faktycznie pragniesz, to bezpieczeństwa, prawda? Dlatego więc chcesz być innym, sprytniejszym, bardziej bystrym i pomysłowym. Dlaczego zależy ci właśnie na trwałym bezpieczeństwie? Czy coś takiego w ogóle istnieje? Otóż, bezpieczeństwa nie znajdziesz we wzajemnych związkach, w wierze, w działaniach , ale ponieważ go wciąż szukasz, tak jak inni – wywołujesz w świecie chaos. Uwierz! To myśli stwarzają chaos na Ziemi. Zauważ, że każda myśl dzieli! Ład nie jest wynikiem myślenia. Ład nastaje, gdy chaos zanika. To w ciszy rozkwita kwiat, to w ciszy słyszy się podszept Boga.
A Intelekt? Intelekt swoje dociekanie stawia wyżej od bezpośredniego poznania. Teraz z natarczywością godną mistrzów reklamy odpowiada: Wiem. Jest tak od zarania: „Najlepszy wygrywa a zwycięzca bierze wszystko.”- I nagle skoczkiem atakuje białą królową.
A co na to Intuicja: Prawo przyczynowości, tak jak prawo grawitacji, jest boskim prawem. Zasiałeś niepokój, zbierzesz gromy. Atakując czyjąś królowa narażasz na niebezpieczeństwo własną. Kto pod kim dołki kopie ten sam w nie wpada, znasz to przysłowie?
Przed moim wewnętrznym wzrokiem wyświetla się krótki film:
Unoszę się ponad lasem. Zawisam nad skrzyżowaniem szosy z leśną drogą prowadzącą do bazy nurkowej. Deszcz przemienia się w ulewę. Przenoszę się do wnętrza samochodu którym wraca dziewczyna. Właśnie, wypatrując zjazdu w leśną drogę, przybliża głowę do przedniej szyby. Za ścianą deszczu migoczą światła. Przenoszę się do nadjeżdżającego z przeciwka ciężarowego samochodu. Na podłogę kabiny, z ręki kierowcy, wypada kaseta magnetofonowa. Kierowca nie patrząc na drogę schyla się i nieświadomie pokręca kierownicą. Na głowie ma czapkę z daszkiem i napisem: „KOCHAJCIE MNIE” . Dwa samochody, nieubłaganie, zbliżają się do siebie. Ciężarowy zjeżdża ze swego pasa…
„Ratuj ją! Ratuj!” – wrzeszczę nie wiadomo do kogo.
Przerażony kot jednym susem przeskakuje z koi na nawigacyjny stolik. Mój wzrok pada na umieszczony tam radiotelefon. Włączam go i krzyczę: ”  Odezwij się!”
W głośniku – cisza. Przysiadam przy stoliku. Jestem w nurkowym skafandrze. Przespałem w nim całą noc. Z głupim wyrazem twarzy spoglądam na kota. Nastaje nowy dzień. Przez szybę okna wpadają promienie wschodzącego słońca układając się na wodzie w roziskrzoną gwiazdami konstelacje. Zdejmuję skafander, odsuwam klapę zejściówki i oddycham głęboko rześkim rannym powietrzem. Lekki powiew wiatru wpada do kabiny i przegania nocne, senne koszmary. Przymykam oczy i żarliwie modlę się:
„Boże! Jesteś Wszechmocny. Nie mam pojęcia co się stało, ale uratuj ją. Jest taka młoda i piękna. Wysyłam jej miłość, radość, szczęście i oddaje jej wszystko co we mnie najcenniejsze, najlepsze. Uratuj ją. Proszę”.
„Hej tam baza! Słyszysz mnie! Zamarzłam czekając tu na brzegu. Odezwij się! – z głośnika grzmi radosny głos.
Wyskakuje na pokład. Wsiadam do pontonu, uruchamiam silnik i ruszam pełnym gazem. Dziewczyna macha do mnie z pomostu. Kiedy jestem już blisko pomostu zauważam, że w dłoni trzyma czapkę z daszkiem. Znam tę czapkę!- błyska mi myśl. „KOCHAJCIE MNIE”- ta sama co… u….
Ponton nagle hamuje. Kątem oka zauważam, że zderzył się z dryfującym drzewem. Wylatuję jak z procy w powietrze. Wpadam do wody. Uderzam głowa o konar. Tracę przytomność. Znów ląduje w jakimś dziwnym i nieznanym mi wewnętrznym świecie. Słyszę nieznośny chichot i docierają do mnie słowa – nie z tego świata:
„Jej Los wziąłeś w swoje ręce, ale w Ostateczności wszystko musi się zgadzać.”
Kim jesteś?- śle w ciemność pytanie.
„Niebawem się dowiesz. Szach i mat. Stawiam ci mata Królu” .
Ogarnia mnie przerażająca Cisza, otacza bezdenna Ciemność, osacza bez nadziei Samotność. Ale jak zwykle w tym pełnym zagadek wewnętrznym świecie, to jeszcze nie koniec utrapień. Z Ciszy – wydobywają się słowa radosnej kołysanki. Z Ciemności – napływają tęczowych kolorów obrazy. Nie jestem już sam. Na kładce przerzuconej przez rzeczkę siedzi Wróżka w słomkowym kapeluszu i kwiecistej powiewnej sukni. Moczy nogi w bystrym strumieniu. Obok niej, na kładce, leżą sandały uplecione z rzemyków. Znam dobrze to miejsce. To rzeczka koło Studzienicznej. A ta wróżka to wróżka z Augustowa. Do wartko płynącej wody opadają kolejne listki zrywane z brzozowej gałązki. „Kocha, lubi, szanuje. Nie chce, nie dba, żartuje.” – i pac! – palec Wróżki trafia we mnie.
– Ty jesteś Odys!
– Tak trochę…lubię podróżować – jąkam się zaskoczony.
– Twoją żoną będzie Penelopa!
– Mam już żonę. – wyjaśniam.
– To będziesz miał drugą!
– Ale, nie jestem pewien czy chce… – zaczynam, ale ona przerywa.
– Bez żadnego ale. Nic już nie kombinuj. Córka czeka na was. Byś się wstydził! To jest dar od Ateny.
Wraca mi świadomość. Czuje jak jakaś ręka brutalnie łapie mnie za włosy i ciągnie na powierzchnie . ..

Pamiętasz? Gdy złapałem oddech i doszedłem do siebie zapytałaś o zdrowie kota. To byłaś cała ty. Nie wierzysz mi, że to ja uratowałem ci życie? Nie będę cię już przekonywał. Niech każdy zostanie przy swoim. Mam prośbę, lata minęły, a i córka już dorosła, więc może zdradź mi sekret i wyjaśnij: jakim to sposobem, tamtej nocy, weszłaś w posiadanie czapki z daszkiem. Pamiętasz? Tej z napisem „KOCHAJCIE MNIE.”

*****

Młodzi ludzie myślą, że jeśli ktoś podniesie kamień i rzuci nim, a on trafi lub chybi celu, to ów czyn na tym się kończy. Ale tak nie jest, czy to rozumiesz. Gdy ten kamień zostanie podniesiony, ziemia stanie się lżejsza, a ręka, która go unosi cięższa. Kiedy się go rzuci, jego ruch wpłynie na obroty gwiazd, a tam gdzie uderzy i spadnie, zmieni się wszechświat. Od każdego czynu zależy równowaga całości. Wiatry i morza, wszystkie przejawy działania sił wody, ziemi, światła, wszystko to co czynią zwierzęta i rośliny, jest słuszne i właściwe. Wszystkie te czyny stanowią część równowagi. Od huraganów, przez głosy wielkich wielorybów pluskających w morzu, do upadku suchego liścia i lotu komara, wszystko to zawiera się w harmonii całości. Lecz my, z tego powodu, że posiadamy władzę nad światem i sobą musimy uczyć się tego, co liść, wieloryb i wiatr czynią z własnej swej natury. Musimy uczyć się utrzymywać równowagę. Posiadając rozum, nie możemy działać w nieświadomości. Mając możliwość wyborów, nie możemy działać lekkomyślnie.
Kim jestem – chociaż mam moc, żeby to czynić – aby karać i nagradzać igrając z ludzkim przeznaczeniem? Ale z drugiej strony czy bezczynność sprzyja utrzymaniu równowagi? Chyba jednak człowiek musi działać, nawet jeśli nie zna wszystkich skutków swoich czynów. Jeśli w ogóle ma coś do zrobienia.
Nie bój się. Ludziom o wiele łatwiej przychodzi działać, niż powstrzymywać się od działania. Dalej będziemy czynić dobrze i źle.
Gdybym jednak mógł radzić, powiedziałbym tak::

Nie czyńcie NIC, ponieważ właśnie to jest sprawiedliwe, godne pochwały i szlachetne. Nie czyńcie NIC, ponieważ wydaje się właściwym tak postępować; czyńcie tylko to, co musicie, I CZEGO NIE MOŻECIE ZROBIĆ W ŻADEN INNY SPOSÓB.

.
Aby osiągnąć zaspokojenie we wszystkim,
Pragnij posiąść zaspokojenie w niczym.
Aby posiąść wszystko, pragnij nic nie posiadać.
Aby stać się wszystkim, pragnij być niczym.
Aby poznać wszystko, pragnij wiedzy o niczym.
Kochaj nicość, podążaj w spokoju
Od chaosu… w prostotę i w harmonie.

Czy napewno chcesz być bogaty


To się zresztą dobrze składa, bo ja też nie mam dużo władzy ani pieniędzy. Nikt mi nie proponuje Nagrody Nobla i nie piszą o mnie w gazetach,


 

 

 

Czy na pewno chcesz być bogaty?

motto:
„Prostota w jedzeniu i w stylu życia pozwala nie tylko oszczędzić pieniądze. Nie tylko daje lepsze zdrowie. Sprawia, że stajemy się autentycznie szczęśliwsi”

Czy widziałeś już zdjęcie Arthura De Vany? W wieku niemal 80 lat jest bardziej przystojny, umięśniony, opalony, promienny i zdrowszy niż większość 40-letnich mężczyzn.

Arthur De Vany zwany jest ojcem stylu życia paleo. Styl ten powstał w USA i zrzesza ludzi, którzy starają się żyć w sposób jak najbardziej zbliżony do stylu życia naszych przodków z czasów zbieracko – łowieckich. Ludy zbieracko – łowieckie żyły przed wynalezieniem rolnictwa, 10 tysięcy lat temu, w epoce paleolitu. Stąd właśnie nazwa „styl paleo”.

Gdyby porównać posturę Arthura De Vany do zgrzybiałej sylwetki zamożnych Polaków czy Francuzów, przywódców politycznych czy celebrytów w jego wieku, nasuwa mi się jeden wniosek.

Za każdym razem, gdy o tym myślę, dochodzę do przekonania, że ci, którzy mają środki pozwalające im na opiekę medyczną, którzy spożywają najdroższe jedzenie i przebywają w najwygodniejszych miejscach, ostatecznie przegrywają swoje życie.

Tymczasem szczęście i zdrowie według Arthura De Vany wydaje się takie naturalne, proste i niedrogie. Prawdziwe szczęście polega na tym, aby spać spokojnie, mieć jasny umysł, dobry apetyt, nie odczuwać nienawiści ani zazdrości, śmiać się często i serdecznie, jeść posiłki w dobrym towarzystwie, wykonywać prace fizyczne na świeżym powietrzu (lub zdrowo i aktywnie wypoczywać), pływać w morzu, nie chodzić na zebrania, za to regularnie otaczać się przyjaznymi ludźmi – a do tego nie trzeba mieć milionów na koncie.

Mówiąc zupełnie szczerze, to, co nasza cywilizacja ma najlepszego do zaoferowania ludziom o największych możliwościach finansowych, jest nic nie warte w porównaniu z tym, co każdy człowiek może zaoferować sobie sam, przy odrobinie wyobraźni.

Czym jest styl życia paleo?

Styl paleo to sposób życia naszych przodków sprzed powstania rolnictwa. Charakteryzowały go długie marsze w celach migracji lub poszukiwania jedzenia, łowienie ryb oraz polowania wymagające odwagi, wytrzymałości, siły i zwinności, po których następowały uczty, jeśli upolowano zwierzynę.

Człowiek z epoki paleolitu żył na świeżym powietrzu i jadł dużo mięsa, ryb i skorupiaków. Białko stanowiło do 34% jego diety, a dzisiaj zaledwie do 12%. Odżywiał się też oczywiście roślinami, owocami i orzechami. W jego diecie nie było mleka, zbóż ani cukru. Owoce, które zbierał, były bogate w witaminy i składniki odżywcze, za to mało słodkie.

W taki sposób żyło i funkcjonowało 84 tysiące pokoleń ludzi (od mniej więcej 2,5 miliona lat aż do okresu sprzed 10 tysięcy lat).

Twoje mięśnie, kręgosłup, organy wewnętrzne i oczywiście mózg przez tysiąclecia ewoluowały, aby dopasować się do potrzeb ludzi z tamtych czasów, a nie do stylu życia, który prowadzimy od 10 tysięcy lat.

10 tysięcy lat to naprawdę zbyt krótko, aby gatunek miał czas na dostosowanie się do rolnictwa, hodowli i wszystkich cywilizacyjnych udogodnień. 10 tysięcy lat obejmuje tylko 350 pokoleń. Na mapie ewolucyjnej to bardzo mało.

Co więcej, 7 pokoleń temu doświadczyliśmy rewolucji przemysłowej. To przyniosło drastyczne zmiany w naszym sposobie życia. Koniec długiego maszerowania, skoro pojawiły się pociągi. Dużo mniej ręcznej pracy, mniej przebywania na zewnątrz, a co za tym idzie – mniej słońca, skoro pojawiły się maszyny. Komfort życia znacznie wzrósł (ogrzewanie, windy, klimatyzacja, woda bieżąca, ciepła woda, elektryczność itd.) za cenę naszego zdrowia.

Raptem jedno pokolenie wstecz byliśmy świadkami rewolucji cyfrowej, która głęboko zmieniła nasz sposób komunikowania się z innymi oraz nasze środowisko społeczne.

Nie ma się co dziwić, że człowiek czuje się zdezorientowany i łapie wszelkiego typu choroby fizyczne i psychiczne trudne do wyleczenia.

Te osiągnięcia cywilizacyjne wydają nam się wspaniałe. Wspominamy czasem, jak ciężkie było kiedyś życie, gdy jeszcze nie znaliśmy współczesnych udogodnień. Jednak niedawne badania (biologiczne, historyczne i antropologiczne) wykazały, że ludność zbieracko-łowiecka z okresu paleolitu miała ogólnie lepsze zdrowie, lepszą kondycję fizyczną, rzadziej dotykały ją choroby, będące w dzisiejszych czasach główną przyczyną zgonów (choroby krążenia, rak, cukrzyca, depresja prowadząca do samobójstw).

Stąd też idea powrotu do stylu życia zbliżonego do człowieka z paleolitu.

Wzrost oczekiwanej długości życia to mit

Mówią nam, że średnia długość życia praprzodków wynosiła wówczas tylko 30 lat.

Jest to jednak wynik uśredniony, któremu nie za bardzo należy wierzyć, ponieważ wlicza się tu liczne wówczas zgony w młodym wieku (np. nowo narodzonych dzieci). To zjawisko wysokiej umieralności w młodym wieku występowało aż do pierwszej wojny światowej.

Oczekiwana długość życia osób, które osiągnęły 20. rok życia, wcale w dzisiejszych czasach nie jest dużo wyższa. A różnica wynika głównie z tego, że u naszych przodków występowało wyższe ryzyko gwałtownej śmierci (wypadki, wojny).

Nawet w XXI wieku wzrost średniej oczekiwanej długości życia wciąż jest przeszacowany.

Prof. Richard Lewontin z Harvardu oszacował, że przez ostatnie 50 lat statystyczna średnia oczekiwana długość życia 60-latka wzrosła o zaledwie 4 miesiące, mimo całego postępu technicznego i wzrostu wydatków na zdrowie.

Według danych amerykańskiego Center for Disease Control (CDC), średnia oczekiwana długość życia osoby 20-letniej wynosiła 62 lata w latach 1900–1902. W 2002 roku oczekiwana długość życia 20-latka wynosiła 78 lat. Widać więc przyrost o 15 lat w okresie 100-letnim, jednak to wcale nie robi wrażenia. Ponieważ większość tego wzrostu należy przypisać higienie, bieżącej wodzie, lepszym normom bezpieczeństwa i niższej przestępczości. Mimo wszystko wzrost średniej oczekiwanej długości życia mało zależał od postępu medycyny, włącznie z tym najbardziej spektakularnym osiągnięciem, czyli odkryciem antybiotyków w latach 40. XX w.

Poza tym ta fantastyczna wizja obiecywana naszej młodzieży („W waszym pokoleniu wszyscy będziecie stulatkami!”) szczególnie lekceważy ryzyko, zupełnie realne, że w międzyczasie może wystąpić globalna katastrofa nuklearna lub ekologiczna. Taka katastrofa zredukowałaby na wiele dziesięcioleci życie całej ludności świata, włącznie z osobami dorosłymi o dobrym zdrowiu.

To, że do tej pory się to nie wydarzyło, nie znaczy, że się nigdy nie wydarzy. Moim zdaniem taka ewentualność jest wysoce prawdopodobna, patrząc na szaleństwo społeczeństw. Zaczynając od społeczeństwa europejskiego i amerykańskiego, szaleństwem jest pozwalanie swoim przywódcom politycznym na tak szeroką władzę i na posiadanie przerażającej broni. Pomimo że nie zasługują ani na grosz zaufania, które otrzymują.

Nie zapominajmy, iż projekt bomby atomowej, opracowany przez niemieckich uczonych chroniących się w USA, a także projekty pocisków międzykontynentalnych, opracowane przez niemieckich uczonych, którzy pozostali w Niemczech, przeszły w całości w ręce największych wrogów Stanów Zjednoczonych i Niemiec, czyli w ręce przywódców sowieckich.

Przywódcy amerykańscy przekazali je następnie, tym razem oficjalnie, swoim przyjaciołom rządzącym Anglią, a następnie, potajemnie, przywódcom izraelskim, a potem indyjskim. W tym samym czasie władze rosyjskie przekazały je władzom chińskim. Przywódcy chińscy przekazali je przywódcom północno-koreańskim, którzy sprzedali je potem władzom pakistańskim, a ci właśnie przekazują je przywódcom irańskim. Ci sami przywódcy Pakistanu otwarcie deklarują, że są gotowi sprzedać bombę atomową komukolwiek, kto tylko zapłaci im w zamian miliard dolarów, co jest kwotą porównywalną do kieszonkowego pierwszego lepszego terrorysty saudyjskiego.

Dla tych wszystkich ekstrawaganckich dyktatorów, bardziej lub mniej zdrowych na umyśle, paranoików, fundamentalistów, życie dzieci ich własnego narodu nie znaczy nic w porównaniu z ich żądzą zapisania swego nazwiska w historii. Kto uwierzy, że oni wszyscy na zawsze powstrzymają się od popełnienia czegoś, czego się nie da naprawić, choćby tylko dla przyjemności wywołania wielkich fajerwerków przed swą śmiercią?

A nawet jeśli taka katastrofa się nie wydarzy, czy to nie jest bez sensu nieustannie świętować wzrost oczekiwanej długości życia, skoro stwierdza się endemiczny wzrost otyłości (do 50% wśród dorosłych w Stanach Zjednoczonych, Chinach, Indiach i krajach arabskich), cukrzycy (40 – 50% ludności w niektórych krajach), nadciśnienia (90% dorosłych Amerykanów) w krajach uprzemysłowionych, a także w krajach rozwijających się, które szybko przejmują zachodni styl życia?

Ta zaprogramowana hekatomba musi dziś skłonić do zastanowienia się, jakich wyborów musimy pilnie dokonać, aby ocalić przyszłość człowieka.

Szczęśliwa prostota

Pierre Rabhi (znany francuski pisarz i propagator powrotu do natury) mówi o bezwzględnej konieczności poszukiwania „szczęśliwej prostoty”. Prostota w jedzeniu i w stylu życia pozwala nie tylko oszczędzić pieniądze. Nie tylko daje lepsze zdrowie. Sprawia, że stajemy się autentycznie szczęśliwsi.

Mówiąc szczerze, nie jest to wcale oryginalne, ponieważ dokładnie to samo twierdzą najwięksi prorocy i filozofowie od czasów starożytnych (od Platona po Senekę, przez Mojżesza, świętego Augustyna, Monteskiusza i innych): przestań się łudzić, że jeśli zostaniesz miliarderem lub będziesz sławny, to staniesz się szczęśliwy.

Nie ma dzisiaj nic łatwiejszego, jak włączyć ekran komputera, żeby zobaczyć z bliska zdjęcia wszystkich możnych tego świata, czyli tych, którzy stali się bogaci lub sławni. Oczywiście nie mówię o oficjalnych zdjęciach, wyretuszowanych i zmanipulowanych. Mówię o prawdziwych zdjęciach, zrobionych z bliska i bez makijażu.

Nie przygnębia Cię, gdy patrzysz, czym stali się Silvio Berlusconi, The Rolling Stones, Madonna, Catherine Deneuve?

Czy oni wszyscy, dla własnego dobra i własnego szczęścia (dla naszego również), nie powinny jak najszybciej zmienić stylu życia? Wyjechać i zamieszkać w chacie, nad brzegiem rzeki pełnej ryb, w słonecznym regionie, spać na twardym materacu, obserwować gwiazdy, uprawiać ogródek lub mieszkać w małym domu na plaży nad brzegiem oceanu? Przestać pić, jeździć, latać samolotami, przestać czytać gazety i pozwalać się fotografować paparazzim?

Można mi zarzucić, że przecież nie wszyscy są tacy. Że Barack Obama jest przystojnym mężczyzną, że są też inni. Bez wątpienia, ale ilu z nich żyje okopanych za kratami i opancerzonymi szybami, w fortyfikowanych rezydencjach w obawie przed zamachem, przed utratą władzy lub uprowadzeniem ich dzieci dla okupu? To samo dotyczy  rosyjskich oligarchów, chińskich miliarderów, znanych aktorów i piosenkarzy oraz baronów z Wall Street.

Nie wspominając o tym, że każdy z nich produkuje takie ilości dwutlenku węgla, iż mogą one mieć wpływ na nasze zdrowie tu i teraz. Czy wiesz, że kiedy François Hollande udaje się gdzieś dalej samochodem, zamiast polecieć swoim prywatnym odrzutowcem, patrole żandarmerii są w mobilizacji, aby ochraniać wszystkie mosty i wszystkie skrzyżowania dróg na całej trasie przejazdu, a helikoptery i samoloty wojskowe bez przerwy  kontrolują przestrzeń powietrzną, aby zapewnić, że nikt nie dokona zamachu na jego życie? Czy wiesz, że kiedy Barack Obama wybiera się za granicę, towarzyszą mu lotniskowce, bombowce i setki opancerzonych samochodów, transportowane samolotami?

Te absurdy przedstawia się nam jako nieuniknione. Ale tak nie było jeszcze 30 lat temu. Nawet podczas mrocznych czasów w Niemczech w okresie  międzywojennym można było spotkać wieczorem na ulicy kanclerza Stresemanna zażywającego świeżego powietrza na Unter den Linden, głównej ulicy Berlina. Nawet dzisiaj prezydent Konfederacji Szwajcarskiej jeździ rowerem po ulicach Berna, stolicy Szwajcarii.

Większość Szwajcarów, nie wspominając o obcokrajowcach, nie zna nawet jego  nazwiska. To człowiek, który nie ma dużo władzy, nie jest miliarderem. Nikt nie przyznaje mu Pokojowej Nagrody Nobla. Nie ma go nawet na okładkach gazet. Dlatego ludzie drwią ze Szwajcarów.

Osobiście jednak tysiąckrotnie wolę jego życie. To się zresztą dobrze składa, bo ja też nie mam dużo władzy ani pieniędzy. Nikt mi nie proponuje Nagrody Nobla i nie piszą o mnie w gazetach. Za to mam rower!

Zdrowia życzę!
Jean-Marc Dupuis

 

 

Pomysł na Miłość

http://www.eioba.pl/a/4mom/z-cyklu-pekaes-poradnik-dla-zakochanych-1

Pomysł na Miłość

Gdy przyjdzie Miłość i znowu poprosi
by jej obiecać co już zapomniane,
nie kuś kwiatami – spójrz w jej oczu kolor,
zobacz czekanie jak namalowane.

A jeśli przyjdzie Miłość niecierpliwa,
szepnie, że twego boi się kochania,
niepewność lękiem jej serce przeszywa –
ułóż swe myśli z takiego wyznania:

”Nie o dźwięk słowa – ale o znak proszę,
który osłoni naszą tajemnicę
i zmieni w pewność Twoje niepokoje,
aż to co ptakiem serca jest – uchwycę”

Mów – że od blasku pożyczone oczy
tak zapłonęły, bo się wargi boją
by obojętność, na którą noc cierpi
nie była zimną, niedostępną zbroją.

Mów – podaj dłonie, moje wciąż czekają,
gdy chłód poczujesz wtul się w to kochanie
a rozpleciony meteorów warkocz
będzie nas bawić radosnym spadaniem.

Gdyby się miłość jednak… zawahała…
szepnij, że skoro boi się kochania,
to tylko wróżba może was ośmielić.

Ułóż jej wróżbę z takiego wyznania..

(Janusz.D) 

 

Nic nie zdarza się przypadkiem?

Poznałem Sylwie w samolocie lecącym do Hurhgady (Egipt). Podwodna przygoda  połączyła nas „węzłem przyjaźni” Cudowny to węzeł…I gdyby nie pozytywny łańcuch zdarzeń podwodny  filmik z m.Czerwonego „nie ujrzał by światła dziennego”.  Otóż, moi „kumple z ławy studenckiej”  (Elektronika 61-67) organizują spotkania „po latach”.  Ostatnie odbyło się rok temu i zaowocowało księgą wspomnień „Elektronika 1961 obrazek pokolenia” oraz  mailową listą absolwentów. Ta lista, z trudem ułożona, zapoczątkowała wiele wątków  korespondencji -byłych studentów a teraz „wcześnie urodzonych”. Kilka tygodni temu,   będąc w dobrym humorze (czytaj wisielczym) wysłałem do wszystkich anegdotkę, która spodobała się Krysi mieszkającej w USA. I cóż.. po latach odnowiona znajomość zaowocowała wspólną pracą: Krysia – znakomity elektronik – filmik zmontowała i dobrała muzykę.

Film:

https://drive.google.com/file/d/0B_CLTyde0DYhdHdROXhPUUNoNXM/edit?usp=sharing

 

Zastanawiam się:  jakie dalsze zdarzenia   wywoła wspomniana anegdotka. zamieniona w łańcuchu zdarzeń w podwodny filmik.:

  Januszu,

Dziękując Krysi i Sylwii,, zacytuję  zwrotkę Twojego pięknego wiersza . Wyobrażam sobie że jest  to refren miłosnej piosenki budzący serca ze snu:

”Nie o dźwięk słowa – ale o znak proszę,
który osłoni naszą tajemnicę
i zmieni w pewność Twoje niepokoje,
aż to co ptakiem serca jest – uchwycę”

i dodam fragment własnego wiersza:

Kiedy już tak posprawdzamy
Inne, innych; pójdźmy razem
W drogę jasną i świetlistą
W miłość mądrą i rozsądną

W pięknym domku zamieszkajmy
Nad zatoką fal spokojnych
I tam sobie przy kominku
Patrząc w ogień pogadajmy

O tej pustce, strachach, lękach
O alchemii życia w mękach
I przekaże Ci bez słów
Że ja z Tobą tak z miłości
Tak w radości i w jedności
Wśród złocistych łanów pójdę
Na bosaka i za ręce
Tak w milczeniu i w powadze
W oczy jasno Ci popatrzę
I zobaczę promień złoty
I tęczową kroplę łzy
I zaproszę Cię na zawsze
W siedem Światów w siedem Sfer
Gdzie Magowie i Prorocy
Z Aniołami i Elfami
Od prawieków spory wiodą
Nie są pewni…
Czy być z Tobą, tak z miłości
Tak w jedności, dla radości
Przeznaczeniem jest czy snem

Januszu! Ułóż mą wróżbę z takiego wyznania..

 

Przygoda z malarstwem

Przygoda z malarstwem

Moja koleżanka ze studenckiej ławy tak napisała: ” urodziłeś się z pędzlem w zębach”. Zacząłem się śmiać… i pędzel wypadł… Kto go teraz z odwiedzających Eiobę podniesie?

Ku chwale Świstakowi z Eioba i podziękowanie:

Trzy lata temu Świstak przywitał mnie miło na Eioba i napisał „instrukcję malowania obrazów”. Wysłał ją do mnie. Miałem wtedy  wielką ochotę by malować ale nie miałem o tym „zielonego” pojęcia. 

Zaczęło się od krajobrazów: na bristolu, farbami akrylowymi:

Potem szkicowałem ołówkiem i malowałem akrylami tło: (dla przekory zabrałem się miedzy innymi za uznane ogólnie trudne tematy – portret, akt, konie)

A aktualnie maluje duże formaty (70×100 cm)  –  fragmenty pianki oraz inne elementy 5 mm naklejam i maluje akrylami – rodzaj płaskorzeźby w połączeniu z malarstwem

W mojej pracowni tak to wygląda:

Pozdrawiam Świstaka z całego serca, dziękując mu za rady i często ostrą polemikę… nigdy na temat malarstwa.

Oto cenne rady Świstaka zebrane z kilku liścików:

Marcinie !

Gdy nie było tak wspaniale rozwiniętej fotografii cyfrowej malarze marzyli by obraz, jak Dama z łasiczką był maksymalnie zbliżony do realu. Dziś pejzażyści mają ułatwione zadanie i by nie marznąć w plenerze, podpierają się zdjęciem. Te w Twoim arcie są artystycznym oddaniem powierzchownego piękna natury, bo do pełni doznań brakuje zapachu, smaku wdychanego powietrza, powiewu wiatru, temperatury, odgłosów ptaków, zwierząt itp. Ja do takich pejzaży dołączam osobno wyciętego jelenia, bo umieszczenie go na obrazie, zawsze będzie oskarżeniem, że to kicz. Dziś są programy komputerowe potrafiące przekształcić zdjęcie w obraz, lub wydrukować po zeskanowaniu replikę na płótnie.
Żyjący artysta malarz, może wykonać setki kopii udanego własnego dzieła. Jest to sprzeczne z interesem koneserów dzieł sztuki i tak zwanych .handlarzy / mecenasów/. Zwykły człowiek zadowala się tanią reprodukcja dzieła, która nie służy do szpanowania wobec znajomych. Dlatego nie da się wyżyć z malarstwa. Warto natomiast malować dla własnej przyjemności i satysfakcji. Może po śmierci zarobi na tym rodzina. Malowanie to czasochłonna i kosztowna zabawa.
Traktowana jest przez otoczenie jako uciążliwy bzik. Poplamione ciuchy, nieprzyjemne zapachy itp.
Prawdziwe dzieło sztuki, to pomysł mający wzbogacić duchowo innego człowieka, zmaterializowany jako rzeźba, obraz, fotografia, teledysk, film, sztuka teatralna, wiersz, aforyzm, fraszka, maksyma itp.
To co proponujesz jest do przyjęcia. Namalowałem kilka pejzaży i mogę na podstawie Twoich zdjęć namalować kolejne. Jeżeli chcesz spróbować, to zagruntuj farbą emulsyjną jakąś płytę, naszkicuj lekko ołówkiem obiekty, czy plamy w określonym kolorze i do dzieła. Obraz to taka kolorowanka, gdzie w określonych miejscach powtarzają się kolory. Można je uzyskiwać przez mieszanie farb na palecie, albo na obrazie. Potrzebujesz kilku pędzli do przenoszenia i mieszania kolorowych farb. Nie umyte pędzle można do następnego dnia przechować w wodzie.
Efekty mgły, chmur, przenikanie się barw i odcieni świetnie uzyskuje się za pomocą kawałka gąbki, takiej której używa się w tapicerstwie, gospodarstwie domowym. By namalować pejzaż nie należy kopiować fotografii tylko nastrój jaki wywołuje ona w patrzącym. To przetworzenie to artyzm, który widać w pracach impresjonistów.
Stąd profani sztuki, zawsze porównują dzieło z oryginałem, domagając się szczegółowej wierności. Dla nich trzeba by malować obraz pikselami stawiając miliony kolorowych kropek na płótnie.
Dla oszczędności, przy dużych powierzchniach korzystam ze zwykłych farb olejnych i pigmentów. Ponieważ wysychają zbyt szybko dodaje do nich 10 % pokostu lnianego. Życzę udanych prób, najlepiej na powietrzu a nie w pokoju bez dobrego światła.

Marcinie !

Jeżeli masz papierowe szkice, to przyklej je klejem lateksowym do sklejki lub płyty spilśnionej, czy co tam masz i pokryj werniksem, lub tym samym, bardziej rozcieńczonym klejem. Ten klej jest do nabycia w sklepach z panelami podłogowymi, tapetami itp. Kiedyś z lenistwa stosowałem taką technikę podpierając się odbitkami z xero.
Można też przenosić rysunek z odbitki xero na zagruntowane emulsją płótno, czy płytę, metodą kalkowania. Wystarczy miękkim ołówkiem pokryć druga stronę szkicu, odbijając rysunek, jak przy pomocy kalki ołówkowej. W poradniku malarskim pewnie jest metoda powiększania rysunku za pomocą kratki. Wystarczy pokratkować dowolną reprodukcję, by potem przenieść zawartość każdej kratki, na pokratkowane w dowolnie większej skali, podobrazie . Oglądałem wszystkie fotki na picasie, ale nie chcę Ci narzucać co warto malować na początku. Najlepiej jeden temat kilka razy, by dojść do kolorystycznej i technicznej wprawy. Pejzaże to wdzięczny temat by poszaleć improwizując kolorystycznie. Warto malować ten sam temat trzy razy jednocześnie. Oszczędzamy w ten sposób drogie farby i czas związany z przygotowaniem się trzykrotnie do malowania, potem łatwiej obdzielić przyjaciół. Każdy będzie zadowolony, bo obrazy nigdy nie będą identyczne, jak zabawimy się na różny sposób kolorystyką nieba.

Więcej:

Gąbkę tnę nożyczkami na kostki o boku 2 cm. Po umoczeniu w farbie należy ją kilkakrotnie odcisnąć na palecie by dobrze wchłonęła farbę i do dzieła . Od wielkości nacisku, topowania, lekkich pociągnięć i maźnięć na wcześniej położonej farbie/ np. niebieskie tło nieba pokrywam białymi obłokami/ zależą efekty, których nigdy nie uzyska się żadnym pędzlem, takie jak obłok na niebie, kolorowa mgła czy lekka mgiełka ,dym, opar. Suchą gąbką uzyskuje się cieniowanie, mieszanie, przenikanie i łączenie kolorów. Na jeden obraz zużywam do dziesięciu kostek, bo nie warto ich myć czy czyścić. Najlepiej trzymać gąbkę ręką przez foliową rękawiczkę. Często wycieram ręce i pędzle w szmatę, którą też się wyrzuca. Na koniec pędzle się wyciera po namoczeniu w rozcieńczalniku w papier toaletowy albo papierowy ręcznik i pozostawia w słoiku z czysta wodą. Po ponownym wytarciu z wody w szmatkę lub papier toaletowy znowu można je używać.

Więcej:

Mistrzostwo to umiejętność prostego przekazania swojej wiedzy uczniowi. Szkoląc blondynki na kursie prawa jazdy mam znakomite efekty. Wystarczy całokształt kunsztu kierowcy określić jako potrzebę opanowania skrętu pojazdem w prawo lub w lewo na najbliższym skrzyżowaniu. Silnik uwalnia nas od konia z przodu, a skrzynia biegów to jak przerzutka w rowerze. Ważne by pojazd zacząć traktować z czasem jak ciało ożywiane przez sympatyczna i empatyczną duchowość kierującego. Pojazd potrafi się odwdzięczyć bez awaryjnością i kosmicznym przebiegiem.
Wracając na raty do malowania, to radzę Ci jak najwcześniej zacząć malować zwykłymi farbami olejnymi. Mogą być to emalie. Ja kupuje cztery puszki, pokost lniany, białą, czarna i czerwoną i pigmenty, mogą być te do emulsyjnych , żółty i niebieski. Reszta kolorów to pochodne podstawowych barw. Gdy coś się nie uda na obrazie można to usunąć szmatka lekko zwilżona w benzynie ekstrakcyjnej. Czas malowania obrazu to dwie godziny. Zawsze można po wyschnięciu coś zmienić, albo dodać. Dłuższe ślęczenie jest niezdrowe dla płuc, oczu i kręgosłupa.
Kolory przygotowuje sobie w plastikowych naczyniach, każdy osobno osobnym pędzlem. Pozostałe po malowaniu farby zlewam do plastikowych butelek. Nie wyschną a na następny raz przydadzą się do gruntowania podobrazie tłem które zajmuje najwięcej miejsca na obrazie. Od tego rozpoczynam malowanie. Najpierw nanosi się ten kolor i w te miejsca gdzie on występuje w największej ilości, czyli powtarza się najczęściej. Potem inne wg tej samej zasady.
Czyli niebo na niebiesko, a jezioro na jasno szaro. To stanowi 70 % powierzchni i sobie podsycha. Wtedy nanosimy resztę kolorów, by w końcu gąbką bawić się w półcienie i przenikanie wzajemne barw. Mając tło z głowy możemy przejść do szczegółów jak drzewa, trawy, słońce itp. Przyznasz rację, że po namalowaniu drzewa, trudno jest wstawić tło w przestrzenie między gałązkami ! To co jest blisko jest wyraźniejsze, a to co dalej mniej. Tak tworzymy perspektywę, którą świetnie oddaje zdjęcie i kąt padania światła. Podobrazie dobrej jakości / płótno na ramie drewnianej/ kosztuje w sklepie dla plastyków 18 zł. Oprawa dzieła 50 zł. Ja dla siebie i znajomych maluje obrazy na płycie spilśnionej, sklejce zagruntowanej farbą emulsyjna.
/Farba ta wysycha na drugi dzień, zapobiega wnikaniu farby olejnej w płytę i obraz nigdy nie zmatowieje. Porowata powierzchnia podkładu lepiej nadaje się do szkicowania, a obraz postawiony na sztaludze nie zacieka/. Mogą sobie oprawić sami ! Cztery litry farby i pigmenty starczają na 30 obrazów. Często wykorzystuję stare ramki z reprodukcji obrazów, zbitych luster itp. dokupując w sklepie plastycznym podobrazia na twardej tekturze, Można je przycinać na wymiar ramek. Też gruntuje je białą emulsyjną farbą. Podobrazia na płótnie można zagruntować obustronnie. Nie będzie ryzyka deformacji płótna i potrzeby naciągania go za pomocą klinów.
Gotowy zestaw farb artystycznych, to tylko kilka dzieł i trzeba dokupywać osobno biel, czerń i czerwień. cdn..

Więcej:

cdn. Ja sobie kiedyś sam robiłem pędzelki do malowania drobnych detali i szczegółów na ikonach. Zbierałem własne włosy po strzyżeniu a raz nawet dostałem cały warkocz od znajomej. Trzeba kosmyk włosów związać na środku nicią i przeciągnąć przez jakąś rurkę aż pokaże się węzełek i 3 do 5 mm kosmyka. Wówczas lutownicą podgrzewamy kalafonie by jej kroplą skleić kosmyk zapobiegając wypadaniu włosów z pędzla. Kosmyk umieszczamy docelowo w rurce metalowej taniego pędzelka kupionego w kiosku Ruchu, z którego po demontażu obsadki usuwamy świńska szczecinę.
Włos nowego pędzla prostuje się zanurzając go na chwilę we wrzątku, po wyschnięciu przycinany i szlifujemy delikatnie końcówkę drobnym papierem ściernym. Takimi pędzelkami można malować po szkle, porcelanie, miniatury, modele itp.

Dla Świstaka o Ikonach

Zrobiłem fotkę z książeczki „Najpiękniejsze Modlitwy” (odbitka 20 x 30 cm – tu św. Franciszka) i nakleiłem fotkę na sosnową deseczkę 30 x 40 cm . Przykleiliśmy kawałki kory jako zarys ramy i nakleiliśmy roślinki na dole.  Wpadłem na pomysł by zrobić drugą  fotkę z tymi zielonymi jeszcze roślinkami. W pierwszym egzemplarzu ikony,  roślinki pokryte lakierem  zwiędły i straciły kolor zielony. Drugi egzemplarz już był  lepszy. Oto on:

Fotka źródłowa z książeczki

Dla Świstaka: Madonna  – ale też inny kadr (sama twarz) bez dzieciątka