Dwa Słońca

Dwa Słońca

opowiadanie

085

„Położyć głowę na ramieniu Kochanego Człowieka i nie bać się, nie uciekać, nie niepokoić o nic. Obudzić się rano przy jego boku, by wieczorem zasnąć w jego cieple. Czasami chciałabym, aby zadzwonił telefon i rozwiązał wszystkie moje problemy, ee… chyba majaczę. To byłoby może za proste? Już sama nie wiem. Potrzebuje czegoś, co mi przypnie skrzydła. Aktualnie są mokre i ciężkie od śniegu. Wcale nie nadają się do latania” – tak do mnie napisałaś.

Tamtego pamiętnego dnia wstałem przed świtem. Werandę plebani w Studzienicznej zalewała księżycowa poświata. Cicho, by nie zbudzić przemiłego gospodarza, wyjąłem z torby sprzęt fotograficzny. Na bosaka, po srebrzystej od rosy łące, doszedłem do zbitego z kilku desek pomostu. Przysiadłem na ławce. Nad powierzchnią jeziora kłęby mgły stworzyły przemijające postacie jeziornych duchów. Zerwał się lekki wiatr marszcząc wodną tafle. Balet mgielnych, ulotnych postaci nimf i rusałek, rozpłynął się w nicość.
„Życia wieczność, życia chwila istnienia. Jak to pogodzić? Jak zrozumieć strumienie przepływających przez nas uczuć, skojarzeń, myśli? Które z nich są dogłębnie nasze, a które napływają i znikają do jakiegoś tajemniczego miejsca, na podobieństwo mgielnego baletu, który „tu i teraz” na moich oczach ulatuje z wiatrem? Minęło dominujące we mnie uczucie olśnienia, oczarowania baletem, a zawładnęły mną uczucia zwątpienia, oczekiwania, a ja nie  czuję bym istotnie się zmienił. Kim więc jestem naprawdę? Kim jestem w swojej niepowtarzalnej istotności?” – pomyślałem.
Po chwili ponad trzcinami wzeszło słońce. Spojrzałem w głąb wody i ujrzałem tam blisko siebie dwa słoneczne odbicia. Ująłem je w kadr i zrobiłem zdjęcie.

Odbicia słoneczne po chwili rozpłynęły się w wodną drogę pomarszczoną podmuchami wiatru i roziskrzoną niezliczonymi błyskami padających z Nieba promieni. Wsiadłem do jachtu przycumowanego przy pomoście. Postawiłem żagle i pożeglowałem tą słoneczną drogą. Byłem szczęśliwy. Moi uczniowie czekali na mnie po drugiej stronie jeziora.
Pracowałem wtedy jako instruktor kierując bazą nurkową „BIG BLUE” działającą na uroczym, zalesionym cyplu jeziora Studzieniczne. Jeziora, znajdującego się koło miasteczka Augustów, w północno-wschodniej części kraju. Tego słonecznego poranka podczas silnego wiatru wywrócił się i zatonął kabinowy jacht. Kilkuosobową załogę wyłowiła przepływająca nieopodal zdarzenia wiosłowa łódka. Wkrótce nasz jacht „ DELFIN” rzucił kotwicę obok miejsca wypadku. Poproszony o pomoc przy wydobyciu jachtu zszedłem pod wodę. To co mi się przydarzyło pod wodą trwało niewiele dłużej niż kilka minut. Trwało tyle ile może trwać oddech przesycony pragnieniem powrotu do życia. Po wielu latach doświadczeń w nurkowaniu, każde wejście pod wodę traktuję jako wejście do innego świata, a każdy powrót na powierzchnię, jako powrót do domu. Powrót do jedynej, nienaruszalnej rzeczywistości. Tym razem stało się inaczej. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że mój dom, że Nasz Dom, znajduje się również gdzie indziej.
Oto kilka refleksji z tamtych dramatycznych kilku minut:

„Brak powietrza. Zginiesz”- błyska myśl. Szamoczę się próbując wyrwać się z plątaniny lin. Przerażone zniszczeniem neurony wyją z rozpaczy. Grzmot trwogi wstrząsa intelektem. Umysł w czerwień rozpala słowa „Ratuj się”. Miernik nie kłamie. Nie mam powietrza w butli. Krtań zaciska się. Duszę się. Utknąłem we wnętrzu zatopionego na 20 metrach kabinowego jachtu. „W sprzęt na plecach wplątała się lina! Przetnij ją!”- w panice wrzeszczy intelekt. Posłusznie sięgam po nóż. Spoglądam ku górze i widzę słońce jako rozmytą plamę. Tracę przytomność. Ogarnia mnie błogość. Cichnie umysł. Z tej cichości, z sennego wymiaru, spoza ziemskiego czasu i przestrzeni budzi się nadzieja. Błyska w oddali światełko. Wchodzę w jasność tunelu wewnętrznego słońca. Objawia się duchowa strona istnienia. Moja najwyższa istotność uaktywnia dawno zapomniane zmysły, włącza do tej pory nieznane świadomości programy. Ktoś, kto jest naprawdę mną emigruje poza ciało. Unosząc się swobodnie Ja – duch obserwuje siebie – ciało. Czuję, myślę i przenikam materie jasnym widzeniem. Przeżywam dramat i jednocześnie obiektywnie obserwuje go bez emocji. Świetlistą drogą nadciąga pełna jasności postać. Wola tej istoty nakazuje dłoniom otwierać kolejne klamry pasków mocujących nurkowy sprzęt do mego ciała. Jestem wolny. Wplątany w linę sprzęt pozostaje we wnętrzu jachtu. Wynurzam się bezwładnie z czeluści jachtu. Żeby wypłynąć na powierzchnię wystarczy zrzucić ołowiany pas balastowy. Dłoń zaciska się na klamrze pasa. Świetlana postać swymi myślami przenika mnie, ogarnia współczuciem, wszystko wybaczającą miłością. Dociera do mnie pytanie.
„Masz wybór, wolną wole, masz wolność. Decyduj. Zostajesz? Wypływasz?” Ku własnemu zdziwieniu nie śpieszę się z odpowiedzią. W tym niezwykłym stanie, nie czuję żadnego zagrożenia, czas jakby przestał istnieć, więc mam go bez liku. Ogarnia mnie ciekawość dziecka, radość odkrywcy. Jestem otwarty na wszelkie zdarzenia, wszelkie pytania i odpowiedzi. Objawia mi się zarówno względność jak i ukryty sens przeszłych pomyłek, porażek, błędów, grzechów. Z radością wybaczam sobie, wybaczam wszystkim. Ten proces nie wymaga ode mnie żadnego wysiłku. Teraz wiem, że tu na Ziemi przejawiłem się wraz z innymi w wiecznej szkole życia. W szkole w której jest się zarówno uczniem jak i własnym nauczycielem. W Szkole Kosmicznej, w klasie Ziemia, w której wszyscy uczą się przebaczania i miłości. Nie powstrzymuje ciekawości, i pytam świetlaną postać:
„Jak to jest? Czy to wyuczone treningiem ruchy ratują mi życie? Czy też może, niewidzialny dla normalnego stanu zmysłów świat istnieje realnie, i właśnie „tu i teraz” w sytuacji pozornie bez wyjścia, mogę poznać Ciebie, realną istotę „nie z tego świata”, która pomaga mi z nieznanych mi pobudek? Kim jesteś? Zjawą generowaną przez przerażony mózg w którym procesowi śmierci, samo-eutanazji towarzyszy podświadoma projekcja znieczulająca cierpienie. Odpowiedz, proszę! Czy wyłącznie jesteś narkotycznym widziadłem zafundowanym mi przez mój mózg jak chce większość naukowców, czy też realnym bytem z którym mogę wejść w związek podobny do ludzkich?” ” Masz wolną wole. Sam pytasz, sam odpowiadasz, sam podejmujesz decyzje. Nie lękaj się. Jesteś wieczny.” – przenika mnie myśl.
„Czy ten strumień pojawiających się i odchodzących myśli, pytań i odpowiedzi, to jedynie wspomnienia utartych frazesów, strzępów przeczytanych książek, zasłyszanych opinii, czy też realny z Tobą dialog?- pytam dalej z uporem. „Gdy uczeń jest gotowy, mistrz zawsze jest gotowy.”- przenika mnie myśl. „Jesteś więc moim Mistrzem?” – pytam.
„Ja Jestem”. W „Ja” zawarta jest wieczność, w „Jestem” jedność z całym Istnieniem. W stanie świadomości, w którym się znalazłeś ja jestem tobą a ty jesteś mną. Czas i przestrzeń tak naprawdę to kategorie naszego poznania. Istnieje jedynie chwila obecna. Czas jest czynnością liczenia zdarzeń, kolejnością poznawania, a przestrzeń jest czynnością wskazywania, kierunkiem postrzegania w sieci przeglądanych zdarzeń.”- przenika mnie myśl. Znika Jasna Postać. Odchodzi Mistrz . Rozpływa się moja Narkotyczna Wizja. Czuję się wolny bez krępującego ruchy podwodnego sprzętu i szczęśliwy bez ciała ograniczającego swobodę poruszania się. Moje myśli uwolnione z fizycznej struktury mózgu nabierają jasności. Jestem w sieci nieskończonej ilości zdarzeń. W ezoterycznym Matrix. W węźle – centrum, z którego rozbiegają się drogi. Widzę je, gdy kieruję na nie uwagę. Skupiam się na najbliższych zdarzeniach. Mogę to z łatwością uczynić. W stanie umysłu w którym się znalazłem jestem jasnowidzem. Ze swobodą poruszam się po łańcuchach zdarzeń. Przewijam swoją przeszłość zdarzenie po zdarzeniu jak taśmę filmową klatka po klatce, aż docieram do chwili obecnej. Mocą woli analizuję zdarzenie najbliższe z możliwych, i oto śledzę jak: „Zrzucam ołowiany pas, wynurzam się i jestem wśród przyjaciół”. Przeglądam coraz dalej i dalej aż spostrzegam siebie piszącego zakończenie do Ciebie listu:
„Kochana!
Połóż swoją głowę na moim ramieniu. Nie bój się, nie uciekaj, nie niepokój się już o nic. Zasypiaj i budź się w moim cieple. Ślę do Ciebie słoneczny myślokształt, pełny miłości, mocy dobra i szczęścia który rozwiąże wszystkie Twoje problemy. Przypinam Ci skrzydła. Jesteś przepięknym, pachnącym źródlaną wodą Aniołem. Zainspirowałaś mnie do napisania wspomnienia, więc ono jako cząstka mnie staje się Twoim owocem. W pierwszej chwili kiedy budzimy się ze snu, nie wiemy przecież kim jesteśmy. Ustalamy swa osobowość, indywidualność dopiero po chwili, kiedy pamięć przywraca nam wspomnienia. Co by się stało, gdyby jakiś Duszek,  Mag, Mistrz, Anioł podczas snu zabrał, usunął nasze wspomnienia a miejsce ich wypełnił innymi? Wygląda na to, że w takiej hipotetycznej sytuacji uległa by zmianie nasza osobowość a my o tym byśmy po przebudzeniu nic a nic nie wiedzieli.
Wyznam ci, że podczas wstrzymanego pod wodą oddechu, kiedy straciłem przytomność, w błysku jasnego widzenia ujrzałem Ciebie, naszą wspólną szczęśliwą przyszłość i pełnię czekającej nas miłości. Jestem pewien, że to Niebo przeznaczyło nas sobie i dotknięciami skrzydeł Aniołów przypomniało o tym. Dwa Słońca, dwa Anioły, nas dwoje…Teraz wiesz, że wróciłem tu dla Ciebie. Proszę, otrzep ze śniegu i wysusz swemu Aniołowi skrzydła i razem z nim przybądź na spotkanie…

170

W więzieniu, mój drogi, nie ma wolności, choćby było ono nie wiem jak wygodne i przyozdobione. Jeśli prowadzi się dialog z wolnością, to nie można odbywać go w granicach wspomnień, wiedzy i doznań. Wolność domaga się zburzenia murów więziennych, choćby ograniczony chaos, ograniczone zniewolenie, praca w obrębie tych barier sprawiały nam przyjemność. Wolność nie jest czymś względnym – albo jest, albo jej nie ma. Jeśli jej nie ma, to musimy pogodzić się z życiem ciasnym, ograniczonym, zaakceptować jego konflikty, cierpienia i bóle, i ograniczyć się do wprowadzania tu i ówdzie jakichś niepozornych zmian.

Bycie dobrym, a stawanie się dobrym to nie to samo. Rozkwit dobroci nie jest jej osiąganiem. Stawanie się lepszym jest zaprzeczaniem temu, co jest. To, co lepsze, psuje to, co jest. Dobrym jest się teraz, w tej chwili. Planowanie, że staniemy się dobrzy w przyszłości wymyśla umysł usidlony przez wiarę, przez zasadę porównań i czasu. Gdy dokonuje się porównań, dobro ginie. Ważne jest nie to, w co się wierzy, jak brzmią formuły, zasady, dogmaty i opinie, ale to, dlaczego je się w ogóle posiada.

Wiele lat temu, kiedy z młodzieńczą arogancją paplałem trzy po trzy na temat autentyczności życiorysu Chrystusa, Proboszcz ze Studzienicznej spojrzał na mnie surowo: „Mój drogi. Jeśli chodzi o Boga, to ma się Go w sercu przebudzonego, albo On w sercu śpi.”
Zamilkłem i poczułem się najbiedniejszym człowiekiem na świecie. Długo przeszukiwałem własne serce. Znalazłem tam i groźne pouczenie:
„Zanim dusza stanie przed Nauczycielem obmyć się musi we krwi swojego serca.” i cudowną opowieść o tym jak magowie pragnąc ukryć szczęście przed ludzką zachłannością, ukryli je w ludzkich sercach, mądrze przewidując, że ludzie kojarząc raczej szczęście z władzą, sławą i pieniędzmi łatwo nie odnajdą takiej kryjówki – w zakamarkach własnych serc.

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych pracowałem w zespołach filmowych. To był ciekawy ale wielce stresowy okres mojego życia. Jak większość z rodziny filmowców, przebywając miesiącami poza domem w plenerze i mieszkając w przeróżnych hotelach na terenie całego kraju – nie dosypiałem, jadłem co popadnie, nie wylewałem za kołnierz, paliłem papierosy a wieczorami bawiłem się w doborowej, filmowej rodzinie aż do „białego dnia” – jakby to był ostatni dzień mojego życia. Każdy pobożny człowiek zapewne zobaczyłby we mnie grzesznika.

Na planie filmowym „Śpiewy po rosie” (plenery -okolice Augustowa) poproszono mnie bym w „awaryjnym trybie” znalazł pęk lilii wodnych – były konieczne w kręconej tego dnia scenie. Wsiadłem do samochodu i pojechałem pod kościółek w Studzienicznej. Wszedłem do wody i zrywałem lilie. Z mostku przyglądał mi się starszy pan. Gdy pakowałem lilie do bagażnika podszedł i powiedział z uśmiechem: „W życiu trzeba sobie jakoś radzić”. 
Obaj wiedzieliśmy, że lilie wodne są pod ochroną. Opowiedziałem mu o filmie. Zaprosił mnie wieczorem do siebie – na plebanie. Nasza przyjaźń trwała ponad trzydzieści lat aż do jego odejścia w wieku 94 lat.

Są takie spotkania, które zmieniają całkowicie kierunek w którym podążaliśmy. Po kilku latach od tego spotkania porzuciłem prace w filmie i zacząłem żyć według swoich młodzieńczych marzeń. Zamieszkałem w Studzienicznej (u Proboszcza, na jachcie lub  w przyczepie kempingowej) . W letnich miesiącach uczyłem nurkowania, żeglarstwa.  Po pewnym czasie kupiłem nad jeziorem kawałek ziemi….  i fotografowałem.

 DSC_0336

Gdy On w sercu śpi

Opowiadanie

Mija upalny dzień. Późne popołudnie zastaje mnie siedzącego na pomoście i wpatrzonego w drobne fale jednostajnie niezmordowanie atakujące piaszczysty brzeg. Intensywny zapach róż z proboszczowego kwietnika budzi we mnie nostalgiczne refleksje. Wpatrzony w wodę widzę odbicia falujących i przesuwających się chmur. Obserwuje myśli pojawiające się i zanikających w moim umyśli: o róży Małego Księcia, o sensie życia, przemijaniu i przeznaczeniu, o rozwoju, łańcuchach przyczyn i skutków, o mocy i głębi marzeń, o olśnieniu, zauroczeniu, spełnieniu i Aniołach. Z zadumy wyrywa mnie odgłos grzmotu. Nad jezioro, z zachodu, wtaczają się groźnie wyglądające chmury. Chmury te płoną ciemnoczerwonym żarem, a kilka z nich sprawia wrażenie jakby jarzyły się od wewnątrz. Tak jak przepływające przez umysł myśli nie są istotnością bo są zapożyczeniem, chmury nie tworzą przestrzeni, one w niej istnieją. Chmury jak i myśli sprawiają wrażenie, że ciągną się od wieczności w wieczność. Odbicie w wodzie przyjmuje kształt tornada. Nie czekając na pierwsze krople deszczu skrywam się w oszklonej werandzie plebani. W wiklinowym bujanym fotelu drzemie proboszcz, wystawiając twarz do padających przez szybę promieni zachodzącego słońca.

„Nie za zimno wam pod tą wodą? Podziwiam, że panu jeszcze się chce nurkować. Nie szkoda to zdrowia?”- proboszcz z rozbawieniem zerka na mnie spod krzaczastych, siwiutkich brwi.
W głębinach można spotkać Anioły. To one mnie pociągają. Lubię z nimi pogadać.”- odpowiadam ze śmiechem.
” Bądź ostrożny, mój drogi. Anioły to eteryczne istoty. Inaczej czują i myślą niż my. Pomagają nam, ale nie są na naszych usługach. Z Biblii dowie się pan więcej o Anielskich zwyczajach.”

Bezpieczni, osłonięci przed deszczem i wiatrem przez okna werandy obserwujemy burzę. Nadciąga czerwono – krwistym kowadłem. Gna przed sobą skłębione, czarne i poszarpane chmury. Jezioro zmusza do wrzenia. Swą mocą podrywa wodę. Pianą przybiela grzywy stromych fal. Czarne cienie chmur wbija w głębinę. Grozą gasi słońce. Wypiętrzonym w niebo zachłannym kowadłem wchłania jeziorną wilgoć, i po chwili pionowym kołowrotem wichrów przemienić ją w lodowe odłamki, i z pasją zrzucić strumieniami zmarzlin na jezioro. Bębni gradem po dachu plebani. Spadającym z nieba wichrem przeoruje powierzchnię wody pasmami białej piany. W górę unosi jęzory zawiesiny wodnej, tworzy zaczątki wirujących pępowin tornad, i po chwili w szalonej rotacji łączy otchłań jeziora z opuszczającą się podstawą chmur. Błyskami, grzmotami, gradem i wyciem wiatru atakuje przycupniętą na brzegu wioskę.

„Jak sens ma ten gniew Natury, składający się ze swoistego łańcucha burzliwych zdarzeń? Czy ten nieokiełznany wybuch żywiołów ma służyć oczyszczeniu, skrusze człowieczej? Jest karą? Kto tu zawinił i kto tu kogo i za co karze?” – myślę.
I nagle, czy to dla otuchy, czy też z pychy, w kościółku odzywają się dzwony zwołując wiernych na wieczorną mszę.
„Lepiej by było, żeby z mszą zaczekać jak skończy się burza. ” – mówię.

Ale księdza już na werandzie nie ma. Docieram do kościółka w strugach deszczu, w zgiełku piorunów, w scenerii rozgniewanego nieba co chwila rozdartego błyskawicami. Kierowany niezrozumiałym impulsem, zamiast wejść do przytulnego, skąpanego w świetle zapalonych świec wnętrza kościółka i w skupieniu i spokoju wysłuchać kazania proboszcza, omijam kościółek i idę dalej brzozową alejką w kierunku kaplicy Matki Boskiej. Przysiadam nad wodą obok kamiennej figurki św. Jana Nepomucena.
„Strzeż nas od nie sławy w życiu i wieczności” – przekrzykując burzę czytam na głos słowa wyryte na postumencie.
Nagle, włosy na głowie stają mi dęba a figurkę świętego otacza sieć fioletowych iskierek. W drzewo obok uderza piorun. Błysk i grzmot zlewają się w jedność Olśnienia. Przestrzeń i czas ulegają rozerwaniu. Wpadam w nicość a moja świadomość doczesności ustępuje miejsca błogości usypiania. Opadam w głębinę. Otacza mnie świecąca mgła. Raczej ją czuję niż widzę. Otula mnie uczucie bezpieczeństwa,  matczyne, bez granic, a serce oddycha tchnieniem wielkiego dobra, dobra niewysłowionego i czuję na czole delikatne, pełne miłości dotknięcie dłoni.

„To dobrze że tu jesteś. Czekam na Ciebie. Nie lękaj się. Jestem Twoim Aniołem. Znam Twoje marzenia. Całe swe dojrzałe życie marzyłeś o spotkaniu kobiety Tobie przeznaczonej. Teraz ją zobaczysz. Ale pamiętaj: wielka miłość pociąga wielkie ryzyko. Ona jest piękna i ulotna: jak obłoczek, jak promyczek, płomyczek, iskierka, jak tęcza. Spleć z nią dłonie a napełnię was wieczną miłością o jakiej marzyłeś.”
Na wprost mnie, ze środka wirującej tęczowymi kolorami spirali, wypływa jasna kobieca postać. Zbliżając się powoli, wpatruje się we mnie z rozbawieniem.

„Jesteś taka piękna” – szepcze – Taka cudowna. Taka moja…”.
Obejmuje mnie, wtula się, przenika i delikatnie wirując schodzimy coraz głębiej i głębiej…

****

pajeczyna

Matrix

Opowiadanie

Pewien człowiek postanawia opuścić rodzinę, żeby zostać pustelnikiem. Którejś nocy, kiedy ma ukradkiem wyruszyć w drogę, rzuca ostatnie spojrzenie na śpiącą żonę i dzieci, i zwracając się do nich, mówi:Kim jesteście, że trzymacie mnie tu przywiązanego?Jakiś głos w ciemności szepce: Oni są mną, są Bogiem.

Mężczyzna nie zwraca na to uwagi. Nie słucha i opuszcza dom. A Bogu pozostaje tylko stwierdzić: Oto ktoś, kto, żeby mnie odszukać, porzuca mnie.

****

„W zderzeniu z niebezpieczeństwem poszerza się nasza świadomość. Odmienność fizycznych warunków Głębi zmusza nasze zmysły do intensywnej pracy. Nasze ciało i psychika, po niewielkim treningu, znakomicie radzą sobie pod wodą z nieważkością, odmiennością w widzeniu, dotykaniu i słyszeniu. Taka elastyczność – nas ludzi; czy to nie jest jeden z dowodów, że jesteśmy w głębi swego jestestwa kosmitami i podróżujemy po całym Nieboskłonie odwiedzając to tu, to tam ciekawe planety? Może jest tak, jak twierdzą delfiny, że przybyliśmy razem z nimi na Ziemię z gwiazdozbioru Syriusza? Oddychanie sprężonym powietrzem, zmieniając parametry życiodajnej krwi, wywołuje niecodzienne stany umysłu. Z podświadomości, w głębinach wód, w kosmosie, w niezwykłych fizycznych i psychicznych warunkach, jak z worka Pandory, wynurzają się lęki, i wtedy przejmują władze nad nami przerażające senne straszydła. Po powrocie do domu uważajcie na swoje sny kochani.” – pół serio pół żartem powiedziałem na pożegnanie.
„Lubię przyglądać się burzy. Odwiozę ich i wrócę. Opiekuj się kotem!” – szepcze do mnie dziewczyna, kiedy całuję ją w policzek i odprowadzam do czekających w samochodzie uczestników nurkowego kursu.
Nad jeziorem Studzienicznym i okolicznymi terenami zalegają ciemne, zwaliste, burzowe chmury. Zachodzi słońce. Robię kilka pożegnalnych zdjęć. Skończyło się szkolenie w bazie nurkowej. Macham ręką na pożegnanie. Zostaje sam na leśnej polanie. Schodząc po schodach do przystani zauważam pajęczynę rozwieszoną pomiędzy konarem sosny a wyschniętą gałęzią. Obchodzę drzewo kilka by znaleźć dobrą pozycję do wykonania zdjęcia. W kroplach deszczu, tkwiących w śmiercionośnej sieci, udaje mi się odnaleźć tęczowe odbicie zachodzącego słońca. Podczas krzątaniny, wielki pająk. zajmujący centralne miejsce w sieci, zastyga w bezruchu.

„Na ofiarę czekasz braciszku? Czekasz na tylko sobie znane drgnięcie? – Ty zachłanny głodomorze.” – mówię na głos  lekko naciskając palcem delikatną sieć.
„Tęcza przed burzą? Dziwne. Żar ostatniego papierosa skazańca?
Ustawiam kadr i robię zdjęcie. Wsiadam do pontonu by po chwili, już w strugach deszczu, cumować do burty jachtu. Szarość wieczoru przechodzi w ciemność nocy. Jachtem rzuca na fali. Wiatr wzmaga się. W kajucie wita mnie szary perski kot Peri. Mruczy i wtula się w moją szyję kiedy kładę się w koi. Obaj przeczuwamy zbliżającą się nawałnicę.
„Na rubieżach zanikają utarte drogi, a na krańcach poznania myślenie zawodzi.” – jak na ekranie komputera pojawia się napis w mojej wyobraźni.
Przenikam przez pomarańczowe źrenice szeroko otwartych kocich oczu i jestem w ezoterycznej sieci wiecznego życia – w Matrix.
„Czyżbym odnalazł bramę do spokojniejszego świata? Gdzie naprawdę jest mój dom, bo przecież nie na tym rozhuśtanym falami jeziorze?” – zasypiając, w świat snu, wysyłam pytania.
Krótki błysk światła i suchy wystrzał pioruna przywracają mi świadomość. Głęboko oddycham. Wyciągam kota spod koszuli. Wbił się pazurkami w moje ciało. Jego pomarańczowe oczy żarzą się nieprzytomnym lękiem. Słyszę łomot skrzydeł, wielki plusk, i pojękiwania podobne podniesionemu, wściekłemu, starczemu gderaniu. Wystawiam głowę z zejściówki mesy. Na zewnątrz panuje upiorna ciemność. Po oczach zacina deszcz. Twarz oblepiają mokre liście. Obrywam w głowę skrzydłem. W świetle błyskawicy spostrzegam ptaka, przypominającego kształtem dzioba sępa. Obok trzepoczą inne. „Harpie!” – błyska w głowie. „Zgadza się, to Hades!”- ironicznie chichocze Intelekt. Umysł uwikłany w senne wizje znajduje w końcu racjonalne wyjaśnienie. Na jacht zwaliła się wysoka, nachylona nad wodą brzoza z siedzącym na niej stadem kormoranów. Słyszę uderzenia o wodę skrzydeł startujących do lotu ptaków. Spycham drzewo za burtę. W błysku pioruna widzę nisko pędzące chmury. Dookoła pobłyskują białą pianą jeziorne grzywacze. Burza przetacza swe cielsko nad jeziorem. Jest groźna, ale i piękna. „Na zimne dmuchaj” a i „Licho nie śpi” – mówią ludowe przysłowia. Nie lękam się burzy i…bardzo się mylę. Myśląc o dziewczynie, tęczy, domu, nie odczytałem ostrzeżenia, przegapiłem „pajęczynowy sygnał”. Przegapiłem go omamiony myślą o czekających mnie przyjemnościach. Straciłem jasność osądu, wolność wyboru, przestałem być kowalem swego losu, i niepomny przestrodze:
„Nie podlegaj gwiazdom, sam układaj je w szczęśliwe konstelacje”, niebezpiecznie zbliżyłem się do nieznanych mi węzłów w sieci zdarzeń – w pajęczynie życia. Uderzenia fal o burtę jachtu nie dają mi zasnąć. Mam dość hałasów.
„Przed spotkaniem z dziewczyną przyda mi się chwila spokoju.” – myślę.
W kajucie odnajduję i zakładam na siebie suchy nurkowy skafander. Wciskam kota głęboko w koję i otulam wełnianym kocem. Na chwilę kładę się przy nim. A on zaczyna mruczando – pełną tajemnej mocy kołysankę, wymyśloną zapewne przez jego egipskich przodków i nieustannie tworzoną i poprawianą przez wszystkie koty świata. To mruczando jest kluczem do ezoterycznego świata. Potulnie przekręcam klucz i otwieram bramę Wyobraźni.
Na pokładzie zakładam resztę nurkowego wyposażenia. Otwieram zawory butli, napełniam kamizelkę powietrzem, ustnik oddechowego automatu zaciskam w zębach, naciągam maskę na twarz, przytraczam podwodną lampę do przegubu ręki i skaczę do wody. Dopływam do pomarańczowej boi wskazującej miejsce zanurzonego pod nią podwodnego pomostu. Trzymając się boi, przez szkło maski i zacinający deszcz, ledwo dostrzegam zapalone światła w kabinie jachtu. Rozglądam się dookoła. To co widzę zapiera dech w piersiach. Tak mogłoby wyglądać piekło; Hades – szaleństwo natury, omamy narkotycznej wyobraźni. Żywioły zwarły się w śmiertelnym uścisku.
„Co na dole to na górze?”
Na górze: czarne strzępy porozrywanych wichurą chmur gnają bezrozumnie ku zderzeniu i zagładzie. Na dole: chaotyczne, uderzenia porywistego wiatru wściekłe smagają wypiętrzone grzywacze.
„A w Niebie tak jak i na Ziemi?”.
W Niebie: chmury pełne krwistej czerwieni i zimnego fioletu rozżarzane od wewnątrz przez przerażające fajerwerki splątanych z sobą błyskawic. A na Ziemi: grzywacze upiornie migoczące srebrem, wzbijane ku niebu porywami wiatru i splątane pasmami piany poskręcanymi w warkocze.
Mam dość tego widoku. Zapalam lampę. Wypuszczam unoszące mnie na powierzchni powietrze z kamizelki i zanurzam się. Nurkuje wzdłuż liny kotwiczącej boje. Po chwili opadam na podwodny pomost i siadam wygodnie w fotelu. Ogarnia mnie cisza i spokój. Mam nadzieję, że jak zwykle, w Głębi, odnajdę odpoczynek, przeczekam atak burzy, uwolnię umysł od chaosu myśli, poczuje istotną samotność, odkryje i odnajdę siebie. W tym podwodnym Domu czuję się bezpieczny. Pomost zakotwiczony jest w toni, na piętnastu metrach głębokości. Umieszczony na nim jest stolik, cztery fotele oraz skrzynia do chowania przeróżnych przyborów do ćwiczeń. Otwieram wieko skrzyni i odnajduje pudełko z szachami. Rozstawiam pionki i figury i zaczynam grę.

Gdzieś nade mną gromowładną rapsodią straszy Monstrum z otchłani snu. A tu w głębinie, oddzielony kilkunastu metrową warstwą wody, odczuwam kosmiczną ciszę i błogi spokój. Wygaszam w sobie emocje. Odprężam ciało. Kładę zapaloną lampę na stole oświetlając szachowe figury. W półcieniu, w fotelu na wprost mnie, zasiada Jasna Postać – Intuicja. Gra w szachy to gra wyobraźni. Intelekt docieka, przewiduje, stawia hipotezy, weryfikuje je, wraca do źródeł, przegląda, sprawdza, modeluje, stymuluje, symuluje. A Intuicja zna prawdę – posiada dar bezpośredniego poznania. Trafne wybory dokonuje bez wahania.
Gramy. Jak obłoki płyną myśli: Czy warto z samym sobą grać? W świecie prawości, harmonii i jedności nie ma sensu ani wygrana, ani przegrana.
Co na to Intuicja?: To, czego faktycznie pragniesz, to bezpieczeństwa, prawda? Dlatego więc chcesz być innym, sprytniejszym, bardziej bystrym i pomysłowym. Dlaczego zależy ci właśnie na trwałym bezpieczeństwie? Czy coś takiego w ogóle istnieje? Otóż, bezpieczeństwa nie znajdziesz we wzajemnych związkach, w wierze, w działaniach , ale ponieważ go wciąż szukasz, tak jak inni – wywołujesz w świecie chaos. Uwierz! To myśli stwarzają chaos na Ziemi. Zauważ, że każda myśl dzieli! Ład nie jest wynikiem myślenia. Ład nastaje, gdy chaos zanika. To w ciszy rozkwita kwiat, to w ciszy słyszy się podszept Boga.
A Intelekt? Intelekt swoje dociekanie stawia wyżej od bezpośredniego poznania. Teraz z natarczywością godną mistrzów reklamy odpowiada: Wiem. Jest tak od zarania: „Najlepszy wygrywa a zwycięzca bierze wszystko.”- I nagle skoczkiem atakuje białą królową.
A co na to Intuicja: Prawo przyczynowości, tak jak prawo grawitacji, jest boskim prawem. Zasiałeś niepokój, zbierzesz gromy. Atakując czyjąś królowa narażasz na niebezpieczeństwo własną. Kto pod kim dołki kopie ten sam w nie wpada, znasz to przysłowie?
Przed moim wewnętrznym wzrokiem wyświetla się krótki film:
Unoszę się ponad lasem. Zawisam nad skrzyżowaniem szosy z leśną drogą prowadzącą do bazy nurkowej. Deszcz przemienia się w ulewę. Przenoszę się do wnętrza samochodu którym wraca dziewczyna. Właśnie, wypatrując zjazdu w leśną drogę, przybliża głowę do przedniej szyby. Za ścianą deszczu migoczą światła. Przenoszę się do nadjeżdżającego z przeciwka ciężarowego samochodu. Na podłogę kabiny, z ręki kierowcy, wypada kaseta magnetofonowa. Kierowca nie patrząc na drogę schyla się i nieświadomie pokręca kierownicą. Na głowie ma czapkę z daszkiem i napisem: „KOCHAJCIE MNIE” . Dwa samochody, nieubłaganie, zbliżają się do siebie. Ciężarowy zjeżdża ze swego pasa…
„Ratuj ją! Ratuj!” – wrzeszczę nie wiadomo do kogo.
Przerażony kot jednym susem przeskakuje z koi na nawigacyjny stolik. Mój wzrok pada na umieszczony tam radiotelefon. Włączam go i krzyczę: ”  Odezwij się!”
W głośniku – cisza. Przysiadam przy stoliku. Jestem w nurkowym skafandrze. Przespałem w nim całą noc. Z głupim wyrazem twarzy spoglądam na kota. Nastaje nowy dzień. Przez szybę okna wpadają promienie wschodzącego słońca układając się na wodzie w roziskrzoną gwiazdami konstelacje. Zdejmuję skafander, odsuwam klapę zejściówki i oddycham głęboko rześkim rannym powietrzem. Lekki powiew wiatru wpada do kabiny i przegania nocne, senne koszmary. Przymykam oczy i żarliwie modlę się:
„Boże! Jesteś Wszechmocny. Nie mam pojęcia co się stało, ale uratuj ją. Jest taka młoda i piękna. Wysyłam jej miłość, radość, szczęście i oddaje jej wszystko co we mnie najcenniejsze, najlepsze. Uratuj ją. Proszę”.
„Hej tam baza! Słyszysz mnie! Zamarzłam czekając tu na brzegu. Odezwij się! – z głośnika grzmi radosny głos.
Wyskakuje na pokład. Wsiadam do pontonu, uruchamiam silnik i ruszam pełnym gazem. Dziewczyna macha do mnie z pomostu. Kiedy jestem już blisko pomostu zauważam, że w dłoni trzyma czapkę z daszkiem. Znam tę czapkę!- błyska mi myśl. „KOCHAJCIE MNIE”- ta sama co… u….
Ponton nagle hamuje. Kątem oka zauważam, że zderzył się z dryfującym drzewem. Wylatuję jak z procy w powietrze. Wpadam do wody. Uderzam głowa o konar. Tracę przytomność. Znów ląduje w jakimś dziwnym i nieznanym mi wewnętrznym świecie. Słyszę nieznośny chichot i docierają do mnie słowa – nie z tego świata:
„Jej Los wziąłeś w swoje ręce, ale w Ostateczności wszystko musi się zgadzać.”
Kim jesteś?- śle w ciemność pytanie.
„Niebawem się dowiesz. Szach i mat. Stawiam ci mata Królu” .
Ogarnia mnie przerażająca Cisza, otacza bezdenna Ciemność, osacza bez nadziei Samotność. Ale jak zwykle w tym pełnym zagadek wewnętrznym świecie, to jeszcze nie koniec utrapień. Z Ciszy – wydobywają się słowa radosnej kołysanki. Z Ciemności – napływają tęczowych kolorów obrazy. Nie jestem już sam. Na kładce przerzuconej przez rzeczkę siedzi Wróżka w słomkowym kapeluszu i kwiecistej powiewnej sukni. Moczy nogi w bystrym strumieniu. Obok niej, na kładce, leżą sandały uplecione z rzemyków. Znam dobrze to miejsce. To rzeczka koło Studzienicznej. A ta wróżka to wróżka z Augustowa. Do wartko płynącej wody opadają kolejne listki zrywane z brzozowej gałązki. „Kocha, lubi, szanuje. Nie chce, nie dba, żartuje.” – i pac! – palec Wróżki trafia we mnie.
– Ty jesteś Odys!
– Tak trochę…lubię podróżować – jąkam się zaskoczony.
– Twoją żoną będzie Penelopa!
– Mam już żonę. – wyjaśniam.
– To będziesz miał drugą!
– Ale, nie jestem pewien czy chce… – zaczynam, ale ona przerywa.
– Bez żadnego ale. Nic już nie kombinuj. Córka czeka na was. Byś się wstydził! To jest dar od Ateny.
Wraca mi świadomość. Czuje jak jakaś ręka brutalnie łapie mnie za włosy i ciągnie na powierzchnie . ..

Pamiętasz? Gdy złapałem oddech i doszedłem do siebie zapytałaś o zdrowie kota. To byłaś cała ty. Nie wierzysz mi, że to ja uratowałem ci życie? Nie będę cię już przekonywał. Niech każdy zostanie przy swoim. Mam prośbę, lata minęły, a i córka już dorosła, więc może zdradź mi sekret i wyjaśnij: jakim to sposobem, tamtej nocy, weszłaś w posiadanie czapki z daszkiem. Pamiętasz? Tej z napisem „KOCHAJCIE MNIE.”

*****

Młodzi ludzie myślą, że jeśli ktoś podniesie kamień i rzuci nim, a on trafi lub chybi celu, to ów czyn na tym się kończy. Ale tak nie jest, czy to rozumiesz. Gdy ten kamień zostanie podniesiony, ziemia stanie się lżejsza, a ręka, która go unosi cięższa. Kiedy się go rzuci, jego ruch wpłynie na obroty gwiazd, a tam gdzie uderzy i spadnie, zmieni się wszechświat. Od każdego czynu zależy równowaga całości. Wiatry i morza, wszystkie przejawy działania sił wody, ziemi, światła, wszystko to co czynią zwierzęta i rośliny, jest słuszne i właściwe. Wszystkie te czyny stanowią część równowagi. Od huraganów, przez głosy wielkich wielorybów pluskających w morzu, do upadku suchego liścia i lotu komara, wszystko to zawiera się w harmonii całości. Lecz my, z tego powodu, że posiadamy władzę nad światem i sobą musimy uczyć się tego, co liść, wieloryb i wiatr czynią z własnej swej natury. Musimy uczyć się utrzymywać równowagę. Posiadając rozum, nie możemy działać w nieświadomości. Mając możliwość wyborów, nie możemy działać lekkomyślnie.
Kim jestem – chociaż mam moc, żeby to czynić – aby karać i nagradzać igrając z ludzkim przeznaczeniem? Ale z drugiej strony czy bezczynność sprzyja utrzymaniu równowagi? Chyba jednak człowiek musi działać, nawet jeśli nie zna wszystkich skutków swoich czynów. Jeśli w ogóle ma coś do zrobienia.
Nie bój się. Ludziom o wiele łatwiej przychodzi działać, niż powstrzymywać się od działania. Dalej będziemy czynić dobrze i źle.
Gdybym jednak mógł radzić, powiedziałbym tak::

Nie czyńcie NIC, ponieważ właśnie to jest sprawiedliwe, godne pochwały i szlachetne. Nie czyńcie NIC, ponieważ wydaje się właściwym tak postępować; czyńcie tylko to, co musicie, I CZEGO NIE MOŻECIE ZROBIĆ W ŻADEN INNY SPOSÓB.

.
Aby osiągnąć zaspokojenie we wszystkim,
Pragnij posiąść zaspokojenie w niczym.
Aby posiąść wszystko, pragnij nic nie posiadać.
Aby stać się wszystkim, pragnij być niczym.
Aby poznać wszystko, pragnij wiedzy o niczym.
Kochaj nicość, podążaj w spokoju
Od chaosu… w prostotę i w harmonie.

Reklamy

About Sznajder Marcin

Certain man chose several books in the library. He asked the librarian near their receipt how many time would take him reading all. The librarian burst out laughing and said that the gathering counted the thousands of books and the hundred of lives it was enough not on reading all. That man gave up the ones several who he chose, and said then. Some different way has to exist. Marcin - Stuntman and the consultant, the operator of under-water pictures and II the director of films. Graduate of The department Electronics Engineering college of Varsovian.

Posted on 10 września 2014, in Uncategorized. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: