Pojąć znaczenie życia

Pojąć znaczenie życia

„Oddalenie od świata pozostaje koniecznym warunkiem mojej równowagi. To znak, że muszę jeszcze dużo pracować. Dlatego zacząłem niedawno wykonywać ćwiczenie, które Tybetańczycy, sufiowie i wielu innych praktykują od wieków. Wyciągnięty na ziemi, patrzę w niebo.

Na tle błękitu przesuwają się lekkie chmury. Wybieram jedną, śledzę ją, utożsamiam się z nią. Szybko sam staję się tą chmurą i jak ona, bez ciężaru, bez myśli, bez emocji, bez pragnień, bez oporu, bez kierunku, pozwalam sobie płynąć po ogromnej powierzchni nieba. Nie ma tam ścieżek ani celu do osiągnięcia. Po prostu błądzenie, unoszenie się jak pusta chmura. I jak chmura zmieniam kształt, przyjmuję różne formy, potem się zacieram, dematerializuję, znikam. Chmury już nie ma. Mnie już nie ma. Pozostaje tylko świadomość -swobodna, bez związków – świadomość, która się rozprzestrzenia. Zacząłem wykonywać to ćwiczenie na moim grzbiecie nad urwiskiem. Teraz muszę nauczyć się robić je wszędzie: na łące w Apeninach, na tarasie domu we Florencji albo na poboczu autostrady. Jeśli zdołam zmagazynować to poczucie pustki materii, tak jak udało mi się, jak sądzę, zrozumieć w końcu, że cisza jest wymiarem wewnętrznym, a nie fizycznym, zrobię kolejny krok naprzód. Przestanę uważać życie codzienne za ośmiornicę o milionach ramion, czas za „swój” i ucieczkę w Himalaje za konieczną, by poczuć spokój. Pracuję nad tym. Czy to szczęśliwe zakończenie?

A co jest szczęśliwego w zakończeniu? I dlaczego wszystkie historie muszą je mieć? A jakie miałoby być szczęśliwe zakończenie historii podróży, którą właśnie opowiedziałem? „…i żył długo i szczęśliwie”? Tak kończą się bajki, które są poza czasem, nie zaś historie życia, które czas jednak trawi. Poza tym kto decyduje, co jest szczęśliwe, a co nie? I kiedy? Koniec końców cała ta choroba, którą opisałem, była dobrem czy złem? Była, i to jest ważne. Była, i tym samym mi pomogła, ponieważ bez choroby nigdy nie odbyłbym tej podróży, nie postawiłbym sobie tych pytań, które – przynajmniej dla mnie – miały znaczenie. Nie jest to apologia choroby czy cierpienia – mnie dotknęło go jeszcze niewiele. To zachęta, żeby spojrzeć na świat z innego punktu widzenia, a nie myśleć wyłącznie pod kątem tego, co nam sprawia przyjemność, a co nie.

Poza tym, gdyby całe życie było usłane różami, uważalibyśmy to za błogosławieństwo czy karę? Być może za karę, bo jeśli ktoś żyje, nie zastanawiając się nad tym, dlaczego, marnuje wielką okazję. A tylko ból skłania do zadawania sobie pytań. Urodzenie się człowiekiem, ze wszystkim, co to ze sobą niesie, jest być może przywilejem. Według puran, starożytnych indyjskich opowieści ludowych, nawet stworzenia niebiańskie, którym wszystko było dane i które znały jedynie piękno, dobro i radość, musiały w pewnym momencie narodzić się jako ludzie. One również musiały bowiem odkryć przeciwieństwo tego wszystkiego i pojąć znaczenie życia.

Próba zaś może zostać przeprowadzona tylko na sobie samym. Trzeba osobiście doświadczyć, żeby zrozumieć. W przeciwnym razie zostaje się tylko przy słowach, które same w sobie nie mają żadnej wartości, nie czynią ani dobrze, ani źle.

Gandhi znał tę prawdę i ją praktykował. Któregoś dnia pewna matka przyprowadziła do niego swojego syna. Miał piętnaście lat i lekarz zalecił mu, żeby nie jadł więcej cukru, bo inaczej jego życie znajdzie się w niebezpieczeństwie. Jednak chłopiec wciąż opychał się słodyczami i matka miała nadzieję, że Gandhi będzie mógł jej pomóc. Mahatma wysłuchał jej, po czym rzekł:
– Teraz nie mogę nic z tym zrobić. Przyjdźcie za tydzień. Kiedy wrócili, Gandhi wziął chłopaka na bok i porozmawiał z nim. Od tamtej pory nie tknął on więcej nic słodkiego.- Gandhi – ji, jak tego dokonałeś? – zapytali jego zwolennicy. – To proste – odparł Wielki Duchem. – Przez tydzień sarn nie tknąłem cukru i w ten sposób, kiedy rozmawiałem z tym chłopcem, wiedziałem, co to znaczy nie jeść go, więc byłem przekonujący. Ach, Gandhi!Krótko przed śmiercią Gandhiego z rąk zamachowca ktoś zapytał, jakie jest przesłanie jego życia. Odparł: – Moje życie jest moim przesłaniem. Bardzo niewielu może tak stwierdzić, a przecież każdy z nas na swój sposób dąży do czegoś, co stanowiłoby podsumowanie własnej egzystencji. Mnie czasami przychodzi do głowy koło. Widzę chińskiego malarza z wielkim pędzlem nasączonym atramentem z kory chinowej, który koncentruje się przed dużą płachtą papieru ryżowego i potem, z zupełnie spokojnym umysłem, jednym, szerokim gestem ręki rysuje i zamyka wielkie koło.

Innym razem myślę też o owym mnichu zeń, który śmiał się i śmiał do utraty tchu, tak że nawet jego najbliżsi uczniowie nie byli w stanie płakać, kiedy odszedł.

A poza tym: po co płakać? Śmierć nie zawsze jest złą wiadomością. Na trasie z Delhi do Almory, w miejscu, gdzie kończy się równina i droga zaczyna piąć się wzdłuż himalajskich wąwozów wypełnionych potokami, jest ukryty w dolinie aśram o bardzo czerwonych dachach, słynny z tego, że przebywał tu wielki sadhu Nim Karoli Baba. Baba, korpulentny i ciepły człowiek, dzięki swojej prostocie i „mocom” skupił wokół siebie kilkudziesięciu zachodnich hipisów. Wśród nich był Richard Alpert, Amerykanin, profesor psychologii, usunięty w 1963 roku z Harvardu, ponieważ eksperymentował ze swoim przyjacielem i kolegą z uczelni, Timothym Learym, z narkotykami psychodelicznymi. Podobno pewnego razu Leary, w celu sprawdzenia „mocy” Baby w kontrolowaniu stanu własnej świadomości, dał mu garść pastylek LSD – chyba około dziesięciu – a ten połknął je, co nie wywołało żadnego efektu. Alpert stał się bardzo wiernym wyznawcą Baby i – pod imieniem Ram Dass (sługa Rama), opisał swoje doświadczenia w różnych, bardzo popularnych książkach, które zmieniły postrzeganie Indii i ich duchowości u wielu Amerykanów. Oto jedna z historii, którą opowiada Ram Dass na temat swojego guru:

Pewnego dnia przybiegł do aśramu jakiś człowiek i błagał wielkiego sadhu, żeby poszedł z nim do domu krewnego, który czuł się bardzo źle i tylko Baba mógł coś na to poradzić. – Nie. Nie pójdę – odparł sucho Baba – ale kiedy wrócisz, daj mu tego banana i zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. Mężczyzna pobiegł do domu, dał choremu do zjedzenia banana, a kiedy tylko ten przełknął ostatni kęs, spokojnie umarł. Wszystko było „dobrze” – jak powiedział Baba. Umarł w spokoju. A jednak my upieramy się przy myśleniu, iż „dobrze” powinno znaczyć: wyzdrowiał i żył jeszcze długie lata. Ale dlaczego? To właśnie z tego nieustannego rozróżniania między tym, co nam się podoba, a tym, co nam się nie podoba, rodzi się nasze nieszczęście. Tylko akceptując, że wszystko to Jedno, niczego nie odrzucając, zdołamy być może uspokoić nasz umysł i złagodzić udrękę. Aśram Nima Karoliego Baby jest jeszcze dziś celem tysięcy pielgrzymów, mimo że on „opuścił swoje ciało” w 1973 roku.

Jakież to piękne określenie, aby odrzeć śmierć ze smutku!  My też tego próbujemy, mówiąc „przeniósł się na tamten świat”, „przeszedł do lepszego życia”, jednak w gruncie rzeczy wciąż z tego powodu rozpaczamy. Oczywiście, mnie też nie jest obojętne, co się ze mną stanie. Próbuję tylko nie stać się niewolnikiem tego stanu i naprawdę chciałbym osiągnąć ów dystans, który wielki poeta opisał w tym słynnym haiku:

Cień bambusa zamiata kamienne schodki
Ale kurz pozostaje.
Księżyc odbija się w stawie
Ale nie dotyka wody.”

„Chwilowo mam inne problemy, którym się poświęcam. Jednym z nich jest to, że nie zdołałem jeszcze ustanowić właściwego związku z czasem i traktować mojego czasu jako czasu dla innych …. Bardzo chciałbym to osiągnąć!  Inny problem polega na tym, że wciąż identyfikuję spokój wewnętrzny z samotnością, a moją harmonię z życiem w górskiej pustelni.

Fragmenty z tekstów T.Terzaniego (Nic nie zdarza się przypadkiem)

Reklamy

About Sznajder Marcin

Certain man chose several books in the library. He asked the librarian near their receipt how many time would take him reading all. The librarian burst out laughing and said that the gathering counted the thousands of books and the hundred of lives it was enough not on reading all. That man gave up the ones several who he chose, and said then. Some different way has to exist. Marcin - Stuntman and the consultant, the operator of under-water pictures and II the director of films. Graduate of The department Electronics Engineering college of Varsovian.

Posted on 14 listopada 2014, in Uncategorized. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: