Za pierwszym razem sznurówka się zerwała

Za pierwszym razem sznurówka się zerwała

Ewa Siedlecka
źródło http://wyborcza.pl/magazyn/1,140243,16511284,Za_pierwszym_razem_sznurowka_sie_zerwala.html
Schronisko dla bezdomnych w ŁodziSchronisko dla bezdomnych w Łodzi (Fot. Marcin Stępień)

Robin Williams zabił się w poniedziałek. Grzesiek też
Mój syn poznał go na zajęciach fundacji, która pomaga znaleźć pracę „długotrwale bezrobotnym”. Chodził właśnie na kurs monitoringu wizyjnego. Wyglądał jak hinduski święty mąż: długie włosy, jeszcze dłuższa broda.

Kiedyś Grzesiek napisał Konstytucję dla Mieszkańców Planety Ziemia: „W celu ochrony życia każdej osoby we Wszechświecie i zapewnienia jej wszelkich środków do szczęśliwego życia”. Był bezdomny od 20 lat. Ale udawał, że nie jest. Wydrukował sobie wizytówki. Obok nazwiska adres jego bloga. I numer PESEL, żeby na pewno było wiadomo, że on to on.

Przeszedł wszystkie procedury aktywizacji zawodowej, w urzędzie pracy i w rozmaitych fundacjach. Zdobył uprawnienia elektryka i skończył kurs zakładania, prowadzenia i pozycjonowania stron internetowych. Wyuczył się sprzedaży internetowej oraz akwizycji. Ukończył szkolenie o instrumentach wspierania przedsiębiorców, w tym o pożyczkach, dotacjach i doradztwie unijnym, jak również kurs zakładania i prowadzenia działalności gospodarczej. Założył działalność – i upadł. Pracy nie znalazł. Chodził więc do zoo patrzeć na zwierzęta, bo tam inwalidzi wchodzą za darmo. A on miał orzeczenie: zwyrodnienia kręgosłupa. Syn miał z nim w czerwcu iść do zoo, ale się rozpadał deszcz.

Ostatnio stracił lokum. Miał zasiłek, sześć stówek, więc wynajmował u staruszki pokój za 200 złotych, ale powiedziała, że nie może dłużej tracić. Przyjęła go tylko na zimę, bo szkoda się jej go zrobiło, a teraz ciepło, lato.

Grzesiek przeniósł rzeczy do noclegowni. Strasznie nie chciał tam być.

Zaproponowano mu nieumeblowany pokój na spółkę, ale bał się, że będzie picie, a on z tego wyszedł. Nawet nie palił. Zaproponowano mu altankę na działkach, 100 złotych miesięcznie, ale kiedy zadzwonił, oferta była już nieaktualna.

Spał w noclegowni, a w dzień włóczył się po swojemu. Szukał ludzi, „napotkańców”. Potem ich opisywał na blogu „Wieczna planeta” (darmowy internet odkrył w bibliotece).

Opisał Zuzannę, która co tydzień stoi w Kręgu Milczenia na warszawskiej „patelni”, ruchliwym placu przed wejściem do śródmiejskiej stacji metra. „Smażyli milczeniem wszystkie osoby odpowiedzialne za to, że w Polsce i na świecie było źle imigrantom, uchodźcom i nam wszystkim” – napisał. I milczał z nimi.

Opisał Martynę: „Martyna przekonała Grzegorza, by usiadł na sofie i podpisał listę osób popierających Ustawę, która miała zapewnić każdej osobie (przynajmniej w Polsce) wygodne siedzenie na sofie. Miss Sofy podarowała mu ulotkę z adresem strony internetowej, za pomocą której możesz znaleźć odpowiednią sofę dla Ciebie”.

Opisał Marka, który pisze „Alfabet życia”, Wiesia, który śpiewa piosenki Demisa Roussosa, i Ludwika z Towarzystwa Nauk o Ziemi, który wierzy w kosmitów. Opisywał bliskie spotkania z mormonami, krisznowcami, baptystami, buddystami i Kościołem Ulicznym, który ewangelizuje i karmi potrzebujących na warszawskich placach. Opisywał darmowe imprezy w domach kultury oraz wykłady „wstęp wolny”. Wszystko obfotografowywał swoim telefonem.

W noclegowni Grześka ostrzyżono. „Częste strzyżenie, podobnie jak golenie, uważam za samouszkodzenie” – napisał na blogu.

I jeszcze: „Co robisz, gdy za dużo bólu w tobie się odzywa? Najbardziej dokucza mi kręgosłup, ale inne miejsca mego ciała dokładają ból w przeróżny sposób – szczególnie stawy. Zmniejszam ból tabletkami. Radzę sobie z bólami ciała mniej lub więcej, ale bez wycia. Trudniej poradzić sobie z pozostałymi bólami. Najgorsze są bóle związane z biedą. Bieda nie ma bogatych przyjaciół, którzy mogliby ją złagodzić”.

Po skończeniu kursu monitoringu fundacja załatwiła mu staż w jednym stowarzyszeniu. Potem mógłby się tam zaczepić na stałe. Na miejscu powiedzieli, że bezpłatny staż – owszem, ale o pracy może zapomnieć.

I wtedy Grzesiek zniknął. Telefon – „abonent poza zasięgiem”, maile – bez odpowiedzi. Syn szukał go przez fundację, dowiedział się, że nic nie powiedzą, bo ochrona prywatności.

W końcu Grzesiek odpisał. Był pod Warszawą, w szpitalu psychiatrycznym. Syn tam pojechał. Zastał rozpadające się drewniane baraki, pozapadane łóżka; miasto nie inwestuje, bo po co, tu trafia praska biedota. Grzesiek przymulony lekami, sznurówka tylko w jednym bucie. Druga się zerwała, kiedy próbował się powiesić na działkach. Poszedł do psychiatry, u której leczył się (wpadając od czasu do czasu) na depresję. Zamknęła drzwi na klucz i wezwała pogotowie.

Wieźli go do szpitala na Sobieskiego, ale przyjrzeli się Grześkowi uważniej i uznali, że to za wysokie progi. Wylądował więc w barakach. Telefon zabrali, bo w komórce jest aparat fotograficzny, co grozi naruszaniem prywatności pacjentów. Na szczęście jeden z pensjonariuszy miał laptop, więc Grzesiek wysłał maile do znajomych. Odwiedziło go dwóch – mój syn i pewien Paweł, który zrobił kiedyś o nim film „Droga Grzesia”.

Na następne odwiedziny syn zabrał kupioną w necie używaną komórkę bez aparatu. I sznurówkę, bo ten niezawiązany but ciągle spadał. Jak Grzesiek zobaczył sznurówkę, to coś go złapało i pognał do ubikacji. Dobrze, że wcześniej załatwił zapas papieru. Bo na oddziale papier jest wydzielany: jak ktoś musi, to puka do dyżurki. Ale czasem pani nie zdąży wydać, bo tanie leki potrafią nieźle przypilić.

W czwartek Grzesiek zadzwonił, że już go wypisują. I że boi się wracać do noclegowni.

Pomyślałam, że najlepsza byłaby jakaś wspólnota, w której się mieszka i pracuje, i jakoś człowieka ogarnia. Jak będzie potrzebował pomocy – to inni zauważą.

Znalazłam taką bez trudu. Znana fundacja charytatywna prowadzi gospodarstwo rolne, które jest zapleczem ośrodka wczasowego. Zadzwoniłam do prezesa. Nie pałał entuzjazmem, a całkiem ochłódł, kiedy się dowiedział o próbie samobójczej i psychiatryku. Bezdomnych obowiązuje rejonizacja, mam dzwonić do opieki społecznej, której Grzesiek podlega. Czy zna podobne wspólnoty w okolicach Warszawy? Wszystko pani powiedzą w opiece społecznej.

Trudno. Syn się wywiedział, skąd Grzesiek dostaje zasiłek. Zaglądam na stronę ośrodka. W zakładce „programy” ofert pełno, ale wszystkie dla rodzin z dziećmi.

Zadzwoniłam, opowiedziałam o Grześku, zapytałam, co mogą doradzić. Pani odparła, że zna się tylko na dzieciach, ale popyta koleżanki i oddzwoni. Nie oddzwoniła.

Za to zadzwonił Grzesiek. W piątek, już z noclegowni. Zanim go wypisali, próbował kogoś sobą zainteresować. Ze szpitalną opiekunką społeczną nie zdołał się skontaktować, z lekarką też nie; gabinet był zamknięty od wewnątrz. Usłyszał tylko, że „nie ma dla niego propozycji”.

Syn wymyślił, że przecież gminy mają zrujnowane pomieszczenia do wynajęcia na lokale użytkowe. Za grosze. Grzesiek mógłby tam zamieszkać i świadczyć usługi, w końcu jest choćby elektrykiem. Atrakcyjne piwnice i sutereny znalazły się bez trudu – ale zabezpieczone przed bezdomnymi: trzeba się wykazać zameldowaniem.

Nie złożyliśmy broni. Odkryliśmy, że w ramach „treningu wychodzenia z bezdomności” można dostać pokój w hostelu. Pod warunkiem że już ma się obiecane mieszkanie socjalne, ale syn się zaparł i męczył panią w Caritasie, aż zgodziła się przyjąć Grześka na rozmowę. Przekonało ją to, że sam wyszedł z picia i że nie pali.

Próbujemy przekazać nowinę. Sobota, niedziela, poniedziałek – telefon ciągle poza zasięgiem. W noclegowniach nie chcą powiedzieć, czy Grzesiek u nich był. Ochrona prywatności. Szpitale, pogotowie – nic.

W piątek syn poszedł zgłosić zaginięcie. Próbował przez cztery godziny. Zmieniający się policjanci przekonywali, że nie może zgłosić zaginięcia, bo nie jest uprawniony. Że nie ma procedury. Że bezdomny nie może zaginąć, bo nie ma miejsca zamieszkania, a więc jest zaginiony z definicji. Że przecież jest święto Matki Boskiej Zielnej. Zezłościli się, gdy syn poradził im, żeby sprawdzili, gdzie ostatnio logowała się komórka Grześka. I dziwili się, że bezdomny ma telefon. A jeszcze bardziej, że prowadzi bloga. Co to za bezdomny? W końcu spisali zgłoszenie.

Następnego dnia przyszli do nas kilka minut po szóstej rano. Grzesiek się znalazł. Wisiał niedaleko, na dzikich działkach.

„Od przebudzenia do przebudzenia zapadał w sen. Sny miał dwa: pierwszy na jawie, a drugi w śnie. Śnił więc na jawie i we śnie. W nocy i w dzień. Od przebudzenia do przebudzenia” – napisał na blogu.

I jeszcze:
Miauczał kot na działce
trawa też krzyczała
kot w płocie się zmieścił
droga się wylała
strach! 

Teraz leży w lodówce zakładu medycyny sądowej. Trochę poleży, bo będą szukać rodziny. A jak nie znajdą, to ciało pochowa opieka społeczna. Takie są procedury.

Grzesiek cierpliwie przechodził wszystkie procedury, przejdzie i tę. Nie ma wyjścia.

Od kilku dni czytam jego bloga. Miał kilkaset odwiedzin. Najbardziej bał się niezauważenia.

Jedyny ślad po Grześku można znaleźć na Drogagrzesia.blogspot.com

Raport o bezdomności: Bez domu żyje się 30 lat krócej

Reklamy

About Sznajder Marcin

Certain man chose several books in the library. He asked the librarian near their receipt how many time would take him reading all. The librarian burst out laughing and said that the gathering counted the thousands of books and the hundred of lives it was enough not on reading all. That man gave up the ones several who he chose, and said then. Some different way has to exist. Marcin - Stuntman and the consultant, the operator of under-water pictures and II the director of films. Graduate of The department Electronics Engineering college of Varsovian.

Posted on 17 listopada 2014, in Uncategorized. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: