Monthly Archives: Sierpień 2016

„Szepty w Ciszy” – Wstęp

 

Wstęp do zbioru opowiadań „Szepty w Ciszy”

„Seneka był stoikiem filozofował w ramach tradycji myśli stoickiej, choć nawiązuje do myśli wielu wcześniejszych filozofów niestoickich, stąd można określić filozofię Seneki mianem synkretyzującej. Seneka stworzył jednak własne oryginalną koncepcję filozofii. Językiem filozofii Seneki była łacina. Rozróżniał trzy główne działy filozofii: etykę, logikę i fizykę, przy czym tę pierwszą, tak jak wcześniejsi stoicy, uważał za najważniejszą. Jego filozofia ma charakter terapeutyczny, mądrościowy. Seneka występuje w swoich dziełach jako lekarz duszy, życiowy terapeuta.

W antropologii jest dualistą. Uważa ciało za więzienie duszy. W etyce nakazuje zwalczanie i eliminowanie uczuć, szczególnie najgroźniejszego z nich – gniewu. Działanie cnotliwe polega na dobrowolności i rozumie, a podmiot działający według ich nakazów osiągnie szczęście. Tylko cnota daje szczęście.

Poglądy Seneki były powszechnie znane wśród rzymskiego plebsu. Filozof był przeciwnikiem walk gladiatorów, a jego niechęć do tego typu igrzysk była powszechnie znana nawet w środowisku samych gladiatorów. W jednej z jadalni koszar w Pompejach odkryto inskrypcję: filozof Annaeus Senecas jest jedynym pisarzem rzymskim, który potępia te krwawe igrzyska.”

 

Wszystko, co ma się wydarzyć, może wydarzyć się dzisiaj.


Cieszmy się, że mamy przyjaciół, bo nie wiemy, jak długo będą nam przeznaczeni.


Prawdę należy mówić tylko temu, kto chce jej słuchać.


Kontaktuj się z tymi, którzy mogą uczynić cię lepszym.


Odmierzaj życie czynami, nigdy czasem. Drzewo nie smagane wichrem, rzadko kiedy wyrasta silne i zdrowe.


Nie otrzymujemy krótkiego życia, lecz je takim czynimy.


Nie brakuje nam czasu, lecz trwonimy go.


Złota uzda nie czyni konia lepszym.


Jeśli chcesz żyć szczęśliwie, nie przejmuj się tym, że uważają cię za głupca.


Ważniejsze jest, co ty myślisz o sobie samym, niż to, co o tobie myślą inni.


Mądry od nikogo nie doznaje lekceważenia; zna swoją wielkość.


Kto jest przyjacielem, ten kocha, ale nie każdy kto kocha, jest też przyjacielem.


Często krzywda sprowadza lepszy Los. Wiele rzeczy runęło aby wznieść się wyżej.


Czego nie można zmienić, najlepiej to przetrwać.


Niektóre lekarstwa są bardziej niebezpieczne niż choroba.


Za młodu drży nam serce, a na starość nogi.


Nie oceniaj ludzi po ubraniu lub pozycji.


Tylko w porównaniu z innymi jest się nieszczęśliwym.


Nie ten jest ubogi, kto mało ma, ale ten, kto chce mieć więcej.


Wielki jest ten, kto w bogactwie żyje jak ubogi.


Jeśli kto kocha tylko piękno i czystość, to kocha zaledwie połowę istoty.


Wszystkich zrównuje proch. Rodzimy się. nierówni, umieramy równi.


Śmierć jest jedyną sprawiedliwością na świecie.


Mędrzec będzie żył tyle, ile żyć powinien, a nie tyle, ile żyć może.


Śmierć nie jest złem, a jedynie prawem obowiązującym cały rodzaj ludzki.


Ten, kto zrobił dobry uczynek, niech milczy.,
niech mówi ten, na rzecz którego uczynek był wykonany.


Z życiem jest jak sztuką w teatrze: ważne nie jak długo trwa, ale jak zagrana.


Czego nie może rozum, często wyleczy czas.


Jeśli nie wiesz, do jakiego portu płyniesz, żaden wiatr nie będzie właściwy.


Nigdy nie jest za późno, aby wkroczyć na uczciwą drogę.


Czym jest Bóg? Wszystkim, co widzisz i wszystkim, czego nie widzisz.

„Seneka był stoikiem filozofował w ramach tradycji myśli stoickiej, choć nawiązuje do myśli wielu wcześniejszych filozofów niestoickich, stąd można określić filozofię Seneki mianem synkretyzującej. Seneka stworzył jednak własne oryginalną koncepcję filozofii. Językiem filozofii Seneki była łacina. Rozróżniał trzy główne działy filozofii: etykę, logikę i fizykę, przy czym tę pierwszą, tak jak wcześniejsi stoicy, uważał za najważniejszą. Jego filozofia ma charakter terapeutyczny, mądrościowy. Seneka występuje w swoich dziełach jako lekarz duszy, życiowy terapeuta.

W antropologii jest dualistą. Uważa ciało za więzienie duszy. W etyce nakazuje zwalczanie i eliminowanie uczuć, szczególnie najgroźniejszego z nich – gniewu. Działanie cnotliwe polega na dobrowolności i rozumie, a podmiot działający według ich nakazów osiągnie szczęście. Tylko cnota daje szczęście.

Poglądy Seneki były powszechnie znane wśród rzymskiego plebsu. Filozof był przeciwnikiem walk gladiatorów, a jego niechęć do tego typu igrzysk była powszechnie znana nawet w środowisku samych gladiatorów. W jednej z jadalni koszar w Pompejach odkryto inskrypcję: filozof Annaeus Senecas jest jedynym pisarzem rzymskim, który potępia te krwawe igrzyska.”

„Szepty w ciszy” – Anioł i Śmierć

 

„Anioł i Śmierć” – ze zbioru opowiadań  „Szepty w Ciszy”

 

To takie dziwne , ze Anioł jest – On , a Śmierć – Ona

Siedziałem w pokoju, na trzecim piętrze Gmachu Elektroniki i łzy leciały mi z oczu. Koleżanka z pracy, objęła mnie, przytuliła i wyszeptała: „To co się zdarzyło, to nie twoja wina.” Poczułem się w ramionach Anioła. Przed chwilą odebrałem telefon, że kobieta, którą kochałem od najmłodszych lat – tragicznie zmarła.
A Anioł, ustami mojej koleżanki, szeptał dalej: „Boisz się Śmierci, prawda? Spójrz, ona siedzi ci na ramieniu i uśmiecha się. Uwierz, że to ona może być twoją najlepszą nauczycielką życia.”
„Nie boję się śmierci ale jestem jej ciekaw” – skłamałem wtedy. Anioł zamilkł i przysiadł na moim lewym ramieniu, a Śmierć rozpostarła ramiona w przywitaniu i pokiwała z aprobatą głową. „Witam. Postaraj się a zostaniesz moim uczniem.”- zachichotała z prawego ramienia.

Dostojni, drodzy przyjaciele. Anioł i Śmierć wciąż są moimi nauczycielami i ani na chwilę nie opuszczają moich ramion. Zastanawiam się, na poważnie, czy nie są to tylko dwie maski tej samej istoty, gdzieś tam ukrytej w moim wewnętrznym świecie? Najogólniej wyjaśniając, Anioł i Śmierć, nie konkurując z sobą, uczą mnie pokory i milczenia. Ci zadziwiający nauczyciele mówią do mnie wieloma ustami spotkanych ludzi. Priorytetowym celem życia, jaki wynoszę z tych nauk, jest, że „być” jest dużo ważniejsze niż „mieć”, i to bycie muszę realizować, na podobieństwo wody – nie wadzić nikomu i być jednocześnie pożytecznym.

A zaczęło się tak. Mając trzy lata – jako pucołowate dziecko, z głową pełną blond loków, łowiłem ryby z tarasu pierwszego piętra. Gdy wędka mi wypadła, pokonałem barierkę okalającą taras, i skoczyłem za wędką. I wtedy objawił się po raz pierwszy Anioł. Łagodnie posadził mnie na trawie, uśmiechnął się i zniknął. Wydało mi się to tak naturalne, że nawet mu nie podziękowałem. Bardzo mało wtedy mówiłem i wszystko wydawało mi się naturalne i normalne, jak to dziecku. Głupkowato się podobno uśmiechałem, gdy zastała mnie niania siedzącego na kamieniu. Taki Klaudiuszowy uśmieszek, który czwartego cesarza Rzymu ratował od unicestwienia , o dziwo do tej pory ratuje też i mnie przed wieloma zachłannymi na moją wolność, wyznawcami władzy, sławy i fortuny i ogólnie mówiąc ratuje mnie od „-izmów” (w tym socjalizmu, komunizmu, kapitalizmu i idiotyzmu).


Moim żywiołem od najmłodszych lat była woda. Rezygnacja z pracy naukowej i robienia doktoratu przyszła mi nadzwyczaj łatwo. Anioł szepnął: „Patrz sercem i nie zaśmiecaj umysł przemijającą wiedzą, która jest jedynie migoczącym cieniem ogniska prawdy.” A Śmierć dorzuciła:
„Diabeł szedł ze swym przyjacielem ulicą. Ujrzeli przed sobą człowieka, który zatrzymał się, podniósł coś z ziemi, obejrzał i włożył do kieszeni. Przyjaciel zapytał: Cóż człowiek ten podniósł? Diabeł odparł: Podniósł odrobinę Prawdy. To chyba bardzo dla ciebie niekorzystne – rzekł przyjaciel. Ależ nie – odparł diabeł – pozwolę mu ją teraz zinstytucjonalizować. Zacząłem się śmiać. „Więc tak powstały między innymi uczelnie?”

Po odejściu ukochanej kobiety i po rezygnacji z naukowej kariery przyszedł czas na oczyszczenie umysłu i ciała. Uzdrawiające i jednocześnie złowrogie okazało się zalecenie psychologów „odreaguj stres”. Mnie skojarzyło się z alkoholem, i z pożądliwością płci pięknej. Hulanki i swawole stały się moją codziennością. Anioł milczał a Śmierć przyjaźnie poklepywała mnie po ramieniu i też milczała.

Hulanki i swawole zawsze były i są kosztowne. Musiałem wiec pracować: jako nurek, ratownik wodny i filmowiec – w tym kaskader, stopniowo uzyskując wtajemniczenia w tych zawodach. Moi nauczyciele chyba ucieszyli się z wyboru tych dość ryzykownych zajęć. Anioł mi szeptał: „Róże rozkwitają po burzy”, i że „Jasność nie istnieje bez Ciemności” albo „Co cię nie zabije to cię wzmocni” a Śmierć wyjaśniała: „Dobrze robisz. Nic nie wniosą do twojego rozwoju książki, wyrzuć je do kosza. Wszystko co w nich napisane to śmiecie, to starocie bez wartości. Człowiek wszystkiego musi doświadczać sam by zrozumieć innych i siebie.”
Kim więc jestem i po co żyję? Czy życie jest w nagrodę , czy za karę- pytałem.
Anioł się uśmiechał: „ Nie jest z tobą źle skoro zadajesz pytania?” – i uzupełnił przesłanie Śmierci:
„Pewien człowiek wybrał w bibliotece trzy książki do przeczytania. Zapytał bibliotekarza ile książek liczy zbiór. Gdy dowiedział się, ze około kilkanaście tysięcy i że kilka żywotów by mu zabrało przeczytanie wszystkich, oddał te trzy pożyczone, mówiąc: Musi istnieć inny sposób na stanie się mądrzejszym.”


Tak żyjąc raczej poza domem i w ciągłym strachu przed śmiercią , jakimś cudem dożyłem do emerytalnego wieku i wtedy zająłem się fotografią przyrody, malowaniem obrazów, pisaniem. I wtedy Anioł i Śmierć znów się objawili i przyparły mnie do muru pytaniami:
„Jeśli fotografujesz, malujesz, piszesz to robisz to dla siebie czy dla Niego ?” – zapytał Anioł
„Czy choroby są przyczyną śmierci, czy raczej to ja, Śmierć, jestem powodem chorób? – zapytała Śmierć.
Do tej pory nie jestem pewien swoich odpowiedzi. Obrazy maluje dla siebie, fotografuje i piszę dla siebie i innych. A choroby? To już inna sprawa. Myślę, że w większości powodują je lęki, które źródłowo pochodzą od lęku nad lękami – przed Śmiercią.
Mam tylko nadzieję, że kiedyś, na Drugim Brzegu, Anioł i Śmierć wyjaśnią mi i odpowiedzą po swojemu na te dwa pytania, bo tego brakuje mi do szczęścia.

Szczęście? Cóż to takiego?. Anioł tak to ujął:
Gdy ludzie zebrali się, pewien człowiek znany z mądrości , zapytał:
„Gdyby człowiek powiedział Bogu, że chce pomóc cierpiącemu światu, bez względu na cenę, jaką musiałby zapłacić, i gdyby Bóg pouczył go, jak ma to zrobić, czy człowiek ten powinien zrobić, jak mu kazano?”
„Oczywiście, mistrzu! Gdyby Bóg go o to prosił, radością byłoby dlań znosić nawet piekielne męki!” – krzyknął tłum.
„Bez względu na to, jakie to męki i jak trudne byłoby to zadanie?” – pytał dalej mistrz.
„To honor zawisnąć. Chwała do krzyża być przybitym. Chwała spłonąć na stosie, jeśli tego właśnie oczekiwałby Bóg”. – odpowiedział tłum.
„A gdyby Bóg – zapytał mistrz – powiedziałby wam prosto w oczy: nakazuje wam byście na tym świecie do końca dni swoich byli szczęśliwi, co byście wtedy zrobili?”
A tłum pogrążył się w ciszy. Na zboczach gór, w dolinach, gdzie zgromadzili się wszyscy, nie było słychać ani głosu, ani dźwięku żadnego.

Słysząc tą anegdotkę , Śmierć, siedzącą na prawym ramieniu, zachichotała z uciechy .
„Coś ci wyjaśnię – powiedziała – Myślisz na przykład, jako człowiek posługujący się intelektem, że jeśli ktoś podniesie kamień i rzuci nim, a on trafi lub chybi celu, to ów czyn na tym się kończy.
Ale tak nie jest, czy to rozumiesz? Gdy kamień zostanie podniesiony, ziemia stanie się lżejsza, a ręka, która go unosi cięższa. Kiedy się go rzuci, jego ruch wpłynie na obroty gwiazd, a tam gdzie uderzy i spadnie, zmieni się wszechświat. Od każdego czynu zależy równowaga całości. Wiatry i morza, wszystkie przejawy działania sił wody, ziemi, światła, wszystko to co czynią zwierzęta i rośliny, jest słuszne i właściwe. Wszystkie te czyny stanowią część równowagi. Od huraganów, przez głosy delfinów pluskających w morzu, do upadku suchego liścia i lotu komara, wszystko to zawiera się w harmonii całości. Lecz wy ludzie, z tego powodu, że posiadacie władzę nad światem i sobą musicie uczyć się tego, co liść, wieloryb i wiatr czynią z własnej swej natury. Musicie nauczyć się utrzymywać równowagę. Posiadając rozum, nie możecie działać w nieświadomości. Mając możliwość wyborów, nie możecie działać lekkomyślnie. Kim jesteś człowieku– chociaż masz moc, aby karać i nagradzać igrając z ludzkim przeznaczeniem?”

Więc co mam czynić by nie zakłócać harmonii całości?- zapytałem
„Nie czyń nic, ponieważ właśnie to jest sprawiedliwe, godne pochwały i szlachetne. Nie czyń nic- ponieważ wydaje się właściwym tak postępować – czyń tylko to co musisz i czego nie możesz zrobić w żaden inny sposób.”
Anioł na lewym ramieniu milczał a Śmierć uśmiechała się drwiąco.
I jak to rozumieć?- pomyślałem. Może Śmierć jest Mistrzem Paradoksu. A Anioł? Mistrzem Prostoty? A może każda dualność to tylko wymysł mojej głowy? Miłość i nienawiść, dobro i zło, życie i śmierć to tylko podziały wymyślone przez człowieka i nic takiego w Naturze nie występuje?
A Anioł i Śmierć to ta sama Istota?

Zabawa ze śmiercią.

Niekiedy wsiadam do samochodu i ruszam w drogę „tam gdzie oczy poniosą”. Zdaje się na instynkt i podszept tych Niewidzialnych Istot, które zawsze są przy nas. Trafiam wtedy do miejsc, które wydają mi się bardzo znajome, chociaż w nich nigdy za tego życia nie byłem. Jadąc tak bez celu pomyślałem: odczuwam duchy leśne – ich dotyk, słyszę ich szczebiot. Gdyby nie Anioły, nie przeżyłbym. Ale pomiędzy mną a Stwórcą przecież istnieje wiele Istot – o wyższym poziomie świadomości i egzystujących w wymiarach, które są niedostępne dla naszych ograniczonych zmysłów. Nie jesteśmy sami. Anioły, Archanioły, Duchy – Ognia, Świtania, Kształtu, Osobowości, Działania, Mądrości, Woli i wiele innych. Mój Boże… stworzyłeś „mnóstwo” tajemniczych i potężnych Istot! Daj nam z nimi wejść w relacje… Tak bym chciał pogadać z Aniołem, Archaniołem; jak człowiek z człowiekiem. Ja rozprostuje nogi a On skrzydła. Mój Stwórco! Proszę. Jak wygląda Archanioł? – wysłałem myśl zza kierownicy. Oczywiście nie liczyłem na odpowiedz. A jednak… Stwórca ma Wielkie Poczucie Humoru a Jego ekranem jest całe Niebo a „szkolnym podwórkiem” cała Ziemia.


Pewnego dnia przybiegł jakiś człowiek i błagał Mędrca, żeby poszedł z nim do domu krewnego, który czuł się bardzo źle i tylko ów Mędrzec mógł coś na to poradzić.
– Nie. Nie pójdę – odparł Mędrzec – ale kiedy wrócisz, daj mu tego banana i zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. Mężczyzna pobiegł do domu, dał choremu do zjedzenia banana, a kiedy tylko ten przełknął ostatni kęs, spokojnie umarł.
Wszystko było „dobrze” – jak powiedział Mędrzec. Krewny umarł w spokoju. A jednak my upieramy się przy myśleniu, iż „dobrze” powinno znaczyć: wyzdrowiał i żył jeszcze długie lata. Ale dlaczego? To właśnie z tego nieustannego rozróżniania między tym, co nam się podoba, a tym, co nam się nie podoba, rodzi się nasze nieszczęście. Tylko akceptując, że wszystko to Jedno, niczego nie odrzucając, zdołamy być może uspokoić nasz umysł i złagodzić udrękę.

On „opuścił swoje ciało” . Jakież to piękne hinduskie określenie, aby odrzeć śmierć ze smutku! My też tego próbujemy, mówiąc „przeniósł się na tamten świat”, „przeszedł do lepszego życia”, jednak w gruncie rzeczy wciąż z tego powodu rozpaczamy.

Oto kilka epizodów, z bardzo wielu, które pozwoliły mi dojrzeć „światełko w tunelu” i pewność, ze podążam w miarę dobrą drogą. Gdzie ta droga prowadzi? Odpowiem z serca i umysłu, i z całą szczerością siedemdziesięciolatka: „Nie mam zielonego pojęcia. Ale w każdym momencie życia jestem gotowy by: ”Wsiąść do pociągu byle jakiego i nie dbać o bagaż ani o bilet…”

Wspomniany w komentarzu obraz Anioł  (akryl, 70×100 cm)

„Szepty w Ciszy” – Na Rozdrożach

 

Bo inaczej zabrzmią gromy i pioruny w tej twojej głuszy. Niebo się otworzy a palec boży przypomni ci kim jesteś w porównaniu z wszechświatem …żartuje albo i nie

Bella Orchidea

„Na Rozdrożach” – ze zbioru opowiadań „Szepty w Ciszy”

Powietrze jest parne. Od samego rana zanosiło się na burzę. Wjeżdżam w głąb puszczy – w nieznaną mi ścieżkę.

Powiedz mi, co cię gna w głuszę … skąd ta potrzeba samotności? – przypomniało mi się pytanie na które trudno mi było odpowiedzieć.

Tak sobie leniwie myślę : To chyba pogoń za spokojem, za czystą miłością do Matki Natury, do Stwórcy. Najczęściej profanujemy uczucie miłości. Kochamy mózgiem, nie sercem. Intelekt może się zmieniać i dopasowywać, ale nie miłość. Intelekt może stać się nieprzystępny i niewrażliwy na cierpienie, ale miłość tego nie zdoła. Intelekt potrafił zawsze wycofać się i zabezpieczyć. A miłości nie można do niczego przystosować, nie da się jej zamknąć w żadne opłotki i niczym zabezpieczyć. Smutek naszego życia polega na tym że nazywamy miłością to, co właściwie należy do intelektu. Przepełniamy serce tym, co pochodzi z dziedziny myśli więc serca nasze są wciąż puste, głodne i przez to często chore.

I nagle: Ledwo hamuje przed walącym się na ścieżkę drzewem. Bębni o dach gradem. Potężny podmuch wiatru trzęsie samochodem. Świat wiruje mi przed oczami. Otaczające drzewa łączą się ze strugami gradu. Usypiająco – początkowo powoli, a potem coraz szybciej pracują wycieraczki.  Ich jednostajny szum łączy się z odgłosami wiatru i deszczu. Zapadam w ciemną błogość snu.

W śnie zobaczyłem:

Pod rozświetlonym drzewem leżącą kobietę w powiewnej sukience,  Gdy podszedłem do niej otworzyła oczy, usiadła opierając się o konar przydrożnego drzewa i powiedziała wpatrując się we mnie z rozbawieniem.

Czekam tu na ciebie. Nie spieszyłeś się. Nie ładnie, nie ładnie…

Rozsądek podpowiedział: Jeśli pójdziesz za nią możesz narobić wielkiego bigosu w świecie w którym jesteś. Uważaj! Kobieta, którą wymarzyłeś a teraz spotkałeś, nie jest dziełem Stwórcy. Zmaterializowałeś ją uparcie o niej myśląc. Ale twoje myślenie w śnie może okazać się powierzchowne. Stworzyłeś jej ponętną postać zewnętrzną. Ale co wiesz o jej uczuciach?

A ona, zerkając  z rozbawieniem, poczęła zbierać poziomki i wkładać je do szklanego dzbanka. Gdy dzbanek zapełnił się – podeszła do mnie, przytuliła się, pocałowała w policzek i szepnęła:

Podążaj za mną bez obaw nie pożałujesz.

I wtuliła się we mnie bez żenady. Całe jej ciało pachniało poziomkami. Usłyszałem za sobą kroki, i wibrującym, tubalnym ale i radosnym głosem wypowiedziane przywitanie:

Witam! Witam! Córeczkę! I witam pana – wędrowcze.

Poczułem mocne klepnięcie po plecach i gdy obróciłem się stanąłem twarz w twarz z roześmianym, potężnym starcem – z siwą brodą i krzaczastymi siwymi brwiami, wesołymi niebieskimi oczami, w kapelusiku z piórkiem na głowie, z przewieszoną skórzaną torbą przez jedno ramię’

A cóż to pana sprowadziło w tę ostoję leśną?

Zapytał ze śmiechem starzec i dłonią wielką jak bochen chleba, uścisnął moją rękę, instynktownie wyciągniętą w obronnym geście – tak silnie, że aż przykucnąłem. Gdy starzec dowiedział się, że zajmuję się fotografią przyrody zwrócił się do córki:

Sama widzisz kochanie! Nic nie zdarza się przypadkiem. To takie zadziwiające i zastanawiające, kiedy to trzy osoby spotykają się nieoczekiwanie o w lesie. Biegnij, kochanie do domu i przygotuj śniadanie. A my tymczasem wolniutko przespacerujemy się i porozmawiamy.

Gdy dziewczyna znikła za zakrętem dróżki, starzec objął mnie ramieniem i zapytał:

Porzucił pan miasto, prawda?

Ma pan racje. Jakiś czas pracowałem naukowo. Czułem zamęt; a choć nie jestem już młody, ogarnęło mnie zniechęcenie. Widziałem wokół siebie własne pokolenie, ludzi zdesperowanych, zgorzkniałych, wdziałem okrucieństwo, hipokryzję, kompromisy, asekuranctwo. To pokolenie niczego nie ma do zaoferowania i niczego od nich nie chcę. Zapragnąłem żyć życiem bogatym, pełnym treści. Z pewnością nic chcę pracować w biurze i utrzymywać zdobytą pozycję, wiodąc tą bezkształtną, bezsensowną egzystencję. Czasem płaczę nad samotnością i pięknem odległych gwiazd.


Przysiedliśmy na konarze zwalonego drzewa. Zapachniało żywicą. Czas jakiś siedzieliśmy w ciszy, a powiew wiatru poruszał sosnami.

Poszukujesz więc prawdy? Chcesz żyć pełnią życia? Drogi chłopcze. Lot skowronka i orła nie pozostawia śladów; naukowiec, podobnie jak każdy specjalista, ślad pozostawia. Można iść za naukowcem krok za krokiem i dodać kolejne kroki do tego, co on odkrył i zgromadzili. Wiadomo, lepiej lub gorzej, dokąd to wszystko prowadzi. Ale prawda to coś zupełnie innego; ona rzeczywiście jest krainą bez dróg; być może leży na następnym zakręcie tej ścieżki, a może tysiące kilometrów stąd. Musisz iść nieprzerwanie, a wówczas znajdziesz ją tuż obok. Jeśli jednak zatrzymasz się, by wytyczyć drogę dla siebie lub innych lub po to, by zaplanować tą własną drogę życia, to prawda nigdy się do ciebie nie zbliży.

Więc co w życiu jest warte zachodu? Więc w co uwierzyć?

Uwierzyć? Jeśli przyniesiesz do domu patyk, położysz go na półce i będziesz co dzień kładł przed nim kwiat, to po paru dniach nabierze on dla ciebie ogromnego znaczenia. Tak tworzy się wiara a z niej miedzy innymi religia. Umysł może nadać sens wszystkiemu, ale sens, jaki on nadaje, jest sensu pozbawiony.

Więc żyć nie określając celu, żyć bez celu?

Mój drogi, pytanie o cel życia jest niczym oddawanie czci patykowi. Tragedia polega na tym, że umysł wciąż wymyśla nowe cele, nowe sensy, nowe radości i ciągle je niszczy. Nigdy się nie uspokaja. Ale umysł, który ma w sobie bogactwo ciszy, nigdy nie szuka czegoś poza tym, co jest.

Więc co można uczynić by choć trochę mieć radości z życia?

Trzeba być jednocześnie orłem i naukowcem, wiedząc, że jeden z drugim nigdy się nie spotkają. To nie znaczy, że żyją w różnych światach. Obaj są niezbędni. Ale gdy naukowiec chce stać się orłem, a orzeł pozostawia odciski pazurów, świat pogrąża się w niedoli. Zachowuj zawsze swą czystość i związaną z nią bezbronność. To jest jedyny skarb, który człowiek mieć może i musi.

Bezbronność? Czy jest to jedyny bezcenny klejnot, który można znaleźć?

Nie ma bezbronności bez czystości. Choćbyś miał tysiące doznań, tysiące razy się uśmiechał i wylał tysiące łez, to jakże umysł może być czysty, jeśli nie umrzesz i tego wszystkiego się nie wyzbędziesz? Tylko czysty umysł pomimo tysięcy swych doznań – może ujrzeć prawdę. A jedynie prawda czyni umysł bezbronnym, czyli wolnym.

Powiada pan, że nie można ujrzeć prawdy, nic będąc czystym, a nie można być czystym, nie ujrzawszy prawdy. Czy to nie jest błędne koło?

Czystość może zaistnieć tylko wtedy, gdy umiera dzień wczorajszy. Ale my nigdy nie umieramy, nie wyzbywamy się przeszłości. Zawsze pozostaje nam jakaś resztka, strzęp dnia wczorajszego. Właśnie to sprawia, że umysł pozostaje więzieniem czasu. A zatem czas jest wrogiem czystości. Człowiek musi każdego dnia umierać, wyzbywać się wszystkiego, co umysł pochwycił i czego się trzyma. W przeciwnym razie nie ma wolności. Gdy istnieje wolność, istnieje bezbronność. One nie następują po sobie—to wszystko stanowi jeden ruch, zarówno pojawianie się, jak i przemijanie. Naprawdę czysta jest pełnia serca.

Zamyśliłem się. Leśniczy wstał: Chodźmy. Śniadanie już pewnie na nas czeka i czeka moja córka, którą pan spotkał. Założę się, że nie przypadkowo.

Powiedział zerkając na mnie i uśmiechając się porozumiewawczo. Po chwili zapytał:

Wierzy pan w miłość od pierwszego spojrzenia?

Nie odpowiedziałem. Poczułem jak miłość do spotkanej dziewczyny wypełnia moje serce. Czy aby to moje serce jest czyste? – pomyślałem.

Szliśmy jakiś czas w milczeniu wsłuchując się w odgłosy lasu. Po chwili marszu usłyszałem szum spadającej wody. Weszliśmy na mostek będący równocześnie jazem dla rzeczki wypływającej z niewielkiego jeziorka. Za mostkiem, na niewielkim wzniesieniu, stał drewniany dom. Zapachniało pieczonym chlebem – poczułem głód . Ten zwyczajny i ten uczuciowy – miłości.


Pod oknami domu rosły malwy. Wnętrze było przestronne i zalane strumieniami światła – padającego z dużych, otwartych okien. Meble jadalni były masywne – dębowe. Rzucał się w oczy ogromny stół nakryty białym obrusem i wielki oszklony kredens. Wszędzie w doniczkach rosły, a w wazonach stały, leśne kwiaty. Ale dominującym zapachem jadalni był zapach poziomek. Szklany dzban pełen poziomek stał na wysuniętym blacie kredensu.

Marze o takim deserze! O dużej misce poziomek z bitą śmietaną! – pomyślałem i poczułem wielki głód i pragnienie.

Obmyliśmy ręce i siedliśmy do stołu. Potrawy były proste i wybornie smakowały – biały ser, masło, miód, pomidory, ciemny chleb. Ale zaczęliśmy ucztę od jajecznicy usmażonej na cebulce i posypanej drobno pokrajanym szczypiorkiem. Jedliśmy z apetytem i w milczeniu – popijając delikatną nalewką z poziomek. Jeden tylko moment tego przyjęcia był dla mnie zaskakujący; piękność, która siedziała na wprost mnie, nagle, dotknęła mojej stopy swoją bosą stopą i patrząc zalotnie w moje oczy przesunęła stopę ku górze. Pomyślałem o poziomkowym deserze i uśmiechnąłem się do niej przyzwalająco.

Po śniadaniu siedliśmy przed domem w przewiewnej pergoli – w cieniu liści winogron obrastających jej ściany i sufit . Starzec przyniósł ze sobą dzban nalewki. Gdy rozsiedliśmy się wygodnie w wiklinowych fotelach, dziewczyna przyniosła nam w filiżankach aromatyczną kawę i w dzbanuszku śmietankę do niej. Dookoła pergoli rosły różowe firletki.

Jeżeli staniesz się ekspertem znającym się na firletkach, zrozumiesz świat.

Powiedział starzec – widocznie zauważając, że piękno pola firletek zrobiło na mnie duże wrażenie.

Jeżeli oddajesz się temu, co robisz, z poświęceniem i miłością, i godzinami skupiasz się niezależnie od tego nad czym, w końcu zrozumiesz świat – kontynuował zapalając fajkę – Możesz zobaczyć świat w ziarnku piasku, a wieczność w mgnieniu oka.

Córka starca przyniosła poduszkę i ułożyła ją pod jego plecami. Siadła obok mnie na fotelu i położyła rękę tak, ze dotykała mojej. I znów z wielkim pragnieniem, wręcz żądzą, pomyślałem o misce pełnej poziomek i bitej śmietany. Starzec wypuścił z ust kilka kółek dymu: i powiedział:

A więc jeśli nadal czekasz, aż w twoim życiu wydarzy się coś znaczącego, może nie wiesz, że najważniejsza rzecz, jaka może spotkać człowieka, nastąpiła już w twoim wnętrzu: rozpoczął się proces oddzielania myślenia od świadomości. Wielu ludzi przeżywających pierwsze etapy procesu przebudzenia nie wie już, jaki jest ich cel zewnętrzny. Nie kieruje już nimi to wszystko, co kieruje światem. Widząc z taką wyrazistością szaleństwo naszej cywilizacji, mogą oni czuć się nieco wyobcowani z otaczającej ich kultury. Niektórzy odnoszą wrażenie, że mieszkają na bezludnej wyspie między dwoma światami. Nie rządzi już nimi ego, ale swojej rodzącej się świadomości nie zdołali jeszcze zintegrować z własnym życiem. Cel wewnętrzny i cel zewnętrzny jeszcze się nie połączyły.

Starzec mówiąc to zaśmiał się i nalał mi nalewkę do szklanki – do pełna. Sam pociągnął tęgi łyk prosto z dzbanka Z trudem powstrzymywałem ziewnięcia i opadanie powiek. Działała widocznie poziomkowa nalewka.

Nagle, zaszło słońce i zrobiło się ciemniej. Niebo zaciągnęło się burzowymi chmurami. Gdzieś za lasem zagrzmiało. Zerwał się silny wiatr i gdy spadły pierwsze krople deszczu przenieśliśmy się do wnętrza domu. Starzec ziewnął potężnie i przeprosił nas mówiąc, że dla niego czas na drzemkę. Sięgnął po dzban z nalewką. Teraz dopiero zauważyłem ze zdziwieniem, że dzban jest znów pełen. Starzec nalał mi pełną szklankę trunku mówiąc:

Dawno nie rozmawiałem z kimś tak miłym, z kimś kto umie tak cierpliwie słuchać.

Gdy wypiliśmy i starzec odszedł, dziewczyna uśmiechnęła się do mnie:

Dobrze, że tu jesteś. Boję się burzy. Burze są takie nieobliczalne. Pozmywam po śniadaniu. Proszę, zostań aż skończy się zawierucha.

Powiedziała podchodząc do mnie blisko i zarzucając ręce na moje ramiona. Poczułem intensywny zapach poziomek i zawładnęła mną żądza ich zdobycia. Zerknąłem przez ramie kobiety w stronę kredensu. Dzbanek z poziomkami zniknął.


Kiedy piękność odeszła, przysiadłem na skórzanej kozetce – w alkowie. Było tu przytulnie, kolorowo i pachniało wszelkimi odmianami kwiatów wyrastających z dużych donic ustawionych pod ścianami. Zza jednej z nich dobiegało regularne pochrapywanie starca, a z jadalni – stłumione odgłosy burzy. Ułożyłem się wygodnie i natychmiast zapadłem w głęboki sen.

Poczułem lekkie szarpnięcie za ramię. Dziewczyna leżała przy mnie.

Możesz wziąć wszystko co zechcesz i o czym marzysz.

Powiedziała zalotnie patrząc mi w oczy…

Dziękuję kochanie z całego serca.

Odpowiedziałem, pocałowałem ją w policzek, szybko wstałem z kozetki i udałem się do kredensu. Wyjąłem dzban z poziomkami, polałem bitą śmietaną i zacząłem biesiadę. Dziewczyna popatrzyła na mnie z pogardą i po chwili z głośnym westchnieniem obróciła się do mnie plecami …

I wtedy.. obudziłem się. Zwalone drzewo leżało przed maską samochodu. Wyszedłem na zewnątrz. Burza odeszła już za las. Ciemne, skłębione chmury nagle rozstąpiły się… i usłyszałem potężny głos Starca:

Ty kretynie!

„Szepty w Ciszy” – Milczenie

 

Obraz 100 x 70 cm (akryl)

 

 

„Milczenie ” – opowiadanie ze zbioru „Szepty  w Ciszy”

Motto:
Sztuka to Bogini przed którą klęczą artyści.

W śnie stworzyłem wiersz i po przebudzeniu wysłałem do pewnej pani, w której bez wzajemności się kochałem. Była Aniołem i marzyła o poznaniu malarza – geniusza, który jej wdzięki rozsławiłby po całym świecie. Pani przeczytała kilka linijek wiersza;
Na estradach Świata, w domowym zaciszu,  W wirach zmysłów, myśli masz – miszu,  Gdy nucimy, śpiewamy, krzyczymy: Nie od razu, powolutku ,nie śpiesz się. Są też inne, z nimi tańczę, zmysły tracę…

Pani spieszyła się, zmięła liścik i wsadziła do kieszeni, podśpiewując: „Nie kombinuj miły, nie kombinuj! Bo nie taki z ciebie cud …

Spakowała plecak, wzięła ze sobą wędrowne kijaszki i udała się na stacje kolejową. Wsiadła do pociągu „byle jakiego zatłoczonego i nieśpiesznego. Stojąc na jednej nodze i nudząc się, nie bez trudności wyjęła zmięty liścik z kieszeni.  Jakiś grubas dociskał ją w korytarzu do okna. Przeczytała następne linijki wiersza:

..Po oklaskach i po gwizdach
Kiedy już tak posprawdzamy
Inne, innych; pójdźmy razem
W drogę jasną i świetlistą
W miłość mądrą i rozsądną
W pięknym domku zamieszkajmy
Nad zatoką fal spokojnych
I tam sobie przy kominku…

Pani zanuciła: ” …nie od razu miły, nie od razu…” i mogła już spokojnie postawić drugą nogę na podłodze, bo Grubas odsunął się spojrzawszy na nią z „gabarytowym” zrozumieniem. Pani była filigranowa.

W miasteczku, u stóp wysokich gór, do których dotarła po wielu przygodach, dołączyła do grupy wędrowców. Po burzliwej naradzie, zdecydowano się na wspinaczkę na niebotyczną górę – na szczyt szczytów. Ostatnie przed szczytem pionowe ściany i bezdenne urwiska grupa pokonała z przewodnikiem – pustelnikiem, którego nieoczekiwanie spotkała po drodze. Pustelnik siedział na występie skalnym, nad przepaścią, i malował obraz. Zgodził się poprowadzić grupę. Kamienny jego domek stał na szczycie szczytów i od wielu już dni pustelnik pusto miał w spiżarence. Korzystając z chwili odpoczynku, pani odnalazła w kieszeni liścik, i przeczytała następnych kilka linijek wiersza:

..Patrząc w ogień pogadajmy
O tej pustce, strachach, lękach
O alchemii życia w mękach
I przekażę Ci bez słów
Że ja z Tobą tak z miłości
Tak w radości i w jedności
Wśród złocistych łanów pójdę
Na bosaka i za ręce
Tak w milczeniu i w powadze W oczy jasno Ci popatrzę
I zobaczę promień złoty
I tęczową kroplę łzy…

Pani z trudnością odrzuciła wizję ciepła i złocistych łanów. Mroźne powietrze przenikało przez jej ubranie. Skalne urwiska, połacie śnieżnych pól z podstępnymi szczelinami czekały na nią przed szczytem szczytów. Pani zebrała się w sobie, i szczekając zębami z zimna zanuciła:

„Nie dokazuj miły… nie dokazuj.”

Usłyszał to nucenie przewodnik i uśmiechnął się promiennie do niej. Pani zrobiło się troszkę cieplej i nowy duch wstąpił w nią, a razem z nim zapał do dalszej wspinaczki. Teraz było ich razem z przewodnikiem trzynaścioro. Gdy szczęśliwie dotarli do domku na szczycie szczytów, padli ze zmęczenia na podłogę. Pustelnik otulił ich grubymi kocami i rozpalił ogień w kominku. Pani przed zaśnięciem przeczytała do końca wiersz:

..I zaproszę Cię na zawsze
W siedem Światów w siedem Sfer
Gdzie Magowie i Prorocy
Z Aniołami i Elfami
Od prawieków spory wiodą
Nie są pewni
Czy być razem, tak z miłości
Tak w jedności, dla radości
Przeznaczeniem jest czy snem.

Pani wybrała sen i zasnęła. Ale przeznaczenie nie zapominało o niej. Następnego dnia już wszyscy wyspani i wypoczęci zjedli skromne śniadanie. Postanowili podzielić się swoimi zapasami z pustelnikiem. Ale pustelnik zniknął. Grupa rozeszła się po szczycie – szczytów by w samotności kontemplować przepiękne widoki i odnaleźć miłego gospodarza. Kiedy pani zeszła w dół po zboczu, zauważyła pustelnika. Kusiło ją żeby porozmawiać z nim. Zrezygnowała widząc w jakim skupieniu maluje obraz. Nurtowały ją dziwne zdarzenia, które zaszły podczas wspinaczki, Otóż, przewodnik milczał całą drogę. Za każdym razem gdy wskazywał im kierunki wspinaczki i zachęcał do marszu, na grupę spadał mocny pomocny podmuch – aż świstało w uszach. Ten charakterystyczny świst wszyscy słyszeli. Pomocny podmuch błogosławili bo ich popychał w kierunku szczytu. Ale w żaden sposób nie mogli sobie jego pochodzenia logicznie wytłumaczyć.

Wieczorem zebrali się w kamiennym domku. Siedli przy dużym kamiennym stole na którym pustelnik postawił trzynaście kamiennych czarek. Gdy zapadło milczenie pustelnik wstał i powiedział:

„Kołacze się nasza Dusza w świątyni ciała pijąc ze zmysłami brudzia na uczcie życia.”

Ku zaskoczeniu siedzących, kamienne czarki same wypełniły się złocistym płynem. Wtedy pustelnik dodał:

„Wypijmy za Dusze. To nasza Pierwsza Wieczerza”

Po wypiciu złocistego płynu wszyscy poczuli się szczęśliwi. Bardzo szczęśliwi ale też bardzo senni. Zasnęli „kamiennym” snem. Następnego ranka wstali rześcy i wypoczęci. Pustelnik wręczył każdemu obraz – „Pierwsza Wieczerza”- na pamiątkę spotkania. Na obrazie przedstawiającym wspólną wieczerze przy kamiennym stole, po prawej stronie pustelnika siedziała ta osoba, która obraz otrzymywała. Widocznie gdy wszyscy spali, pustelnik namalował dwanaście różniących się obrazów.

Pani zapytała go: „Mistrzu! Czego ty uczysz?”

Pustelnik z rozbrajającym uśmiechem odpowiedział:

„Milczenia.”

Po odprowadzeniu grupy w bezpieczne miejsce pustelnik wrócił do swojego kamiennego domku. Na podłodze znalazł zmięty liścik z wierszem. Przeczytał go. Skojarzył kto mógł go zgubić. Przypomniał sobie filigranową panią i radośnie krzyknął.
” Małe Tao to też Tao.” i tym sposobem rozwiązał trudny koan o kobietach.

Pani szczęśliwie wróciła do domu. Obraz pustelnika powiesiła na ścianie swojej sypialni w prawym rogu koło drzwi – znała Feng Shui. Po chwili po obrazie zaczął spływać „miodzik”. Taki sam miodzik spływał po wszystkich dwunastu obrazach. Smakował wybornie i znakomicie ułatwiał zasypianie. Spało się kamiennym snem a po obudzeniu pamiętało się niezwykle kolorowe i radosne krainy w których żyły szlachetne, pełne dobroci i mądre istoty.

Obraz 100 x 70 cm – akryl (w srebrze, bieli,złocie)

„Szepty w Ciszy” – Tornado

 

Gościł mnie ponad 20 lat nie skąpiąc swych nauk. Jest obecny w moim i w wielu sercach . Nauczył mnie milczenia, pokory, szacunku dla wszystkich istot na Ziemi , radości z każdego przeżytego dnia i wewnętrznego spokoju podczas nawet najbardziej „burzliwych” łańcuchów życiowych zdarzeń.

Śmierć nie zawsze jest złą wiadomością.

Pewnego dnia przybiegł jakiś człowiek i błagał Mędrca, żeby poszedł z nim do domu krewnego, który czuł się bardzo źle.
Nie pójdę – odparł sucho Mędrzec – ale kiedy wrócisz, daj mu tego banana i zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. Mężczyzna pobiegł do domu, dał choremu do zjedzenia banana, a kiedy tylko ten przełknął ostatni kęs, spokojnie umarł.
Wszystko było „dobrze” – jak powiedział Mędrzec. Krewny umarł w spokoju. A jednak my upieramy się przy myśleniu, iż „dobrze” powinno znaczyć, że wyzdrowiał i żył długie lata. Ale dlaczego? To  z tego nieustannego rozróżniania między tym, co nam się podoba, a tym, co nam się nie podoba, rodzi się nieszczęście. Akceptując, że wszystko jest Jednością, i niczego nie odrzucając, zdołamy uspokoić nasz umysł.
Oto  epizod, z bardzo wielu, które pozwoliły mi dojrzeć „światełko w tunelu” i pewność, że podążam w miarę dobrą drogą. Gdzie ta droga prowadzi? Odpowiem z całą szczerością: Nie mam zielonego pojęcia. Ale w każdym momencie życia jestem gotowy by…”Wsiąść do pociągu byle jakiego …

„Tornado” – opowiadanie ze zbioru „Szepty w Ciszy”

motto: Oczekuj rozkwitu kwiatu w ciszy, która następuje po burzy.

Późne popołudnie zastaje mnie siedzącego na pomoście i wpatrzonego w drobne fale jednostajnie i niezmordowanie atakujące piaszczysty brzeg. Intensywny zapach róż z proboszczowego kwietnika budzi we mnie nostalgiczne refleksje. Wpatrzony w wodę widzę odbicia falujących i przesuwających się chmur. Obserwuje myśli pojawiające się i zanikające w moim umyśle: o róży Małego Księcia, o sensie życia, przemijaniu i przeznaczeniu, o rozwoju, łańcuchach przyczyn i skutków, o mocy i głębi marzeń, o olśnieniu, zauroczeniu, spełnieniu i Aniołach. Z zadumy wyrywa mnie odgłos grzmotu. Nad jezioro, z zachodu, wtaczają się groźnie wyglądające chmury. Chmury te płoną ciemnoczerwonym żarem, a kilka z nich sprawia wrażenie jakby jarzyły się od wewnątrz. Tak jak przepływające przez umysł myśli nie są istotnością bo są zapożyczeniem, chmury nie tworzą przestrzeni, one w niej istnieją. Chmury jak i myśli sprawiają wrażenie, że ciągną się od wieczności w wieczność. Odbicie w wodzie przyjmuje kształt tornada. Wyjmuje fotograficzny aparat, ustalam kadr i robię zdjęcie. Do jachtu, przycumowanego do pomostu, wrzucam suszący się sprzęt do nurkowania, torbę ze sprzętem fotograficznym i nie czekając na pierwsze krople deszczu, skrywam się w oszklonej werandzie plebani.
W wiklinowym bujanym fotelu drzemie proboszcz, wystawiając twarz do padających przez szybę promieni zachodzącego słońca. Wiele lat temu, kiedy z młodzieńczą arogancją paplałem trzy po trzy na temat autentyczności życiorysu Chrystusa, spojrzał na mnie surowo i powiedział: „Mój drogi. Jeśli chodzi o Boga, to ma się go w sercu, albo nie.” Zamilkłem i poczułem się najbiedniejszym człowiekiem na świecie. Długo przeszukiwałem własne serce. Znalazłem tam i groźne pouczenie „Zanim dusza stanie przed Nauczycielem obmyć się musi we krwi swojego serca.” i cudowną opowieść o tym jak magowie pragnąc ukryć szczęście przed ludzką zachłannością, ukryli je w ludzkich sercach, mądrze przewidując, że ludzie kojarząc raczej szczęście z władzą, sławą i pieniędzmi łatwo nie odnajdą takiej kryjówki – w zakamarkach własnych serc.
„Nie za zimno wam pod tą wodą? Podziwiam, że panu jeszcze się chce nurkować. Nie szkoda to zdrowia?”- proboszcz z rozbawieniem zerka na mnie spod krzaczastych, siwiutkich brwi.
„W głębinach można spotkać Anioły. To one mnie pociągają. Lubię z nimi pogadać.”- odpowiadam prowokująco.
” Bądź ostrożny mój drogi. Anioły to eteryczne istoty. Inaczej czują i myślą niż my. Pomagają nam, ale nie są na naszych usługach. Proszę poczytać…. z Biblii dowie się pan więcej o Anielskich zwyczajach.” – odpowiada sięgając po Biblię, którą trzyma na kolanach.
Bezpieczni, osłonięci przed deszczem i wiatrem przez okna werandy obserwujemy burzę. Nadciąga czerwono -krwistym kowadłem. Gna przed sobą skłębione, czarne i poszarpane chmury. Jezioro zmusza do wrzenia. Swą mocą podrywa wodę. Pianą przybiela grzywy stromych fal. Czarne cienie chmur wbija w głębinę. Grozą gasi słońce. Wypiętrzonym w niebo zachłannym kowadłem wchłania jeziorną wilgoć, by po chwili pionowym kołowrotem wichrów przemienić ją w lodowe odłamki, i z pasją zrzucić strumieniami zmarzlin na jezioro. Bębni gradem po dachu plebani. Spadającym z nieba wichrem przeoruje powierzchnię wody pasmami białej piany. W górę unosi jęzory zawiesiny wodnej tworząc zaczątki wirujących pępowin tornad by po chwili w szalonej rotacji połączyć otchłań jeziora z opuszczającą się podstawą chmur. Błyskami, grzmotami, gradem i wyciem wiatru atakuje przycupniętą na brzegu wioskę. „Jak sens ma ten gniew Natury, składający się ze swoistego łańcucha burzliwych zdarzeń? Czy ten nieokiełznany wybuch żywiołów ma służyć oczyszczeniu, skrusze człowieczej? Jest karą? Kto tu zawinił i kto tu kogo i za co karze?” – pytam siebie. I nagle, czy to dla otuchy, czy też z pychy, w kościółku odzywają się dzwony zwołując wiernych na wieczorną mszę.
„Lepiej by było, żeby z mszą zaczekać jak skończy się burza. ” -mówię. Ale księdza już na werandzie nie ma. Docieram do kościółka w strugach deszczu, w zgiełku piorunów, w scenerii rozgniewanego nieba co chwila rozdartego błyskawicami. Kierowany niezrozumiałym impulsem, zamiast wejść do przytulnego, skąpanego w świetle zapalonych świec wnętrza kościółka i w skupieniu i spokoju wysłuchać kazania proboszcza, omijam kościółek i idę dalej brzozową alejką w kierunku kaplicy Matki Boskiej.
Przysiadam nad wodą obok kamiennej figurki św. Jana Nepomucena. „Strzeż nas od nie sławy w życiu i wieczności”- czytam, nie wiedząc czemu na głos, słowa wyryte na postumencie. Nagle, czuję jak włosy na głowie stają mi dęba, i widzę jak figurka świętego pokrywa się siecią fioletowych iskierek. Obok mnie, w drzewo, uderza piorun. Błysk i grzmot zlewają się w jedność Olśnienia. Przestrzeń i czas rozrywają się. Wpadam w nicość. Odchodzę coraz dalej, i dalej. Opadam. Otacza mnie świecąca mgła, otula uczucie bezpieczeństwa. Czuję delikatne, pełne matczynej miłości dotknięcie. Ze środka wirującej tęczowymi kolorami spirali wypływa jasna postać. Wpatruje się we mnie z rozbawieniem. „Znam cię całą wieczność. Jestem Aniołem „- przenika mnie myśl. Wtulamy się w siebie. Przenikamy się i stajemy się jednością.
„Jeszcze na ciebie nie czas. Otwórz oczy”- słyszę.
Widzę czarne chmury nisko i szybko przepływające nade mną Kuleczki gradu biją po twarzy. Żyję! Leżę na trawie i chce mi się śmiać. Śmierć na ramieniu chichocze. „Chciałeś spotkać Anioła?
I cóż, spotkałeś. Uważaj na marzenia, uważaj na każdą wypowiedzianą myśl. Myśli się realizują często w nieprzewidywalny przez ludzi sposób. Dam ci przykład. Wmówiono wam, że pigułki z apteki leczą, ale istnieje dużo głębsze leczenie, nie za pomocą lekarstw. Gdybyś mógł wejść w kontakt z jednością życia, wtedy poczułbyś, że nic one nie znaczą.  Są tylko drogim placebo. Widzisz, są dwa rodzaje zdrowia. Zdrowie niskie, polega na tym, żeby mieć formę atlety; oraz zdrowie wysokie, oznaczające zintegrowanie z chorobą.
Czekałem na wyjaśnienie ale Śmierć kontynuowała w duchu swoje rozważania, i w pewnej chwili zapytała:
„Czy odkryłeś, kto umiera, kiedy się umiera?”
Mogłem udzielić różnych odpowiedzi, ponieważ ostatnio często rozmyślałem na ten temat. Interesowały mnie ćwiczenia podpowiadane przez różne tradycje, żeby przygotować się do „umierania żyjąc”, ale szczerze mówiąc, nie byłem pewien, czy to wszystko zmieniło coś we mnie. Dla mojej głowy było jasne, że przy narodzinach zaczyna się żyć, ale też i umierać. Życie i śmierć są przejawami tego samego istnienia. Intelektualnie rozumiałem, że wraz ze śmiercią umiera też wszystko, z czym się identyfikujemy: ciało, myśli, nasze związki międzyludzkie, doświadczenie i owo „Ja”, któremu przypisujemy tak wielkie znaczenie. Dlatego każdego dnia należy sobie powtarzać: „Ja tym nie jestem. Ja jestem świadomością”, i ćwiczyć tym samym, by nie przywiązywać się zbytnio do tego, czym nie jesteśmy. Ale czy to wszystko wystarczało, żeby uwolnić się od strachu przed śmiercią?

Opowiedziałem Śmierci, co ostatnio przeczytałem:

Pewien młodzieniec siada przed jej domem i błaga, żeby nauczyła go, czym jest Prawda. A Śmierć nie chce o tym słyszeć, chowa się. Potem, żeby pozbyć się chłopaka, oferuje mu złoto i bogactwa. Proponuje mu nawet królestwo i bardzo długie życie, ale on wszystko odrzuca. Chce tylko tego, co jest poza zasięgiem samej Śmierci. Śmierć jest tym poruszona. Zgadza się przyjąć go na ucznia i zostaje jego guru. Uczy młodzieńca tego, co raz poznane, rozwiązuje wszystkie węzły w sercu i czyni zbędnym jakiekolwiek inne poznanie. Wszystko co się rodzi, umiera, wszystko, co umiera, się odradza. Pozostaje tylko Dusza, czysta świadomość, która nigdy się nie narodziła i jest poza czasem.

Śmierć na to: Widzisz? Nie jestem negatywna. Mogę być Wielką Nauczycielką. W istocie, dzięki mnie ludzie zadają sobie zasadnicze pytania na temat życia.  A jeśli dobrze się zastanowisz to właśnie ja was tu na Ziemię przywiodłam.

Wyciągnięty na ziemi, patrzę w niebo. Czarne chmury odeszły. Na tle błękitu przesuwają się lekkie chmury. Wybieram jedną, śledzę ją, utożsamiam się z nią. Szybko sam staję się tą chmurą i jak ona, bez ciężaru, bez myśli, bez emocji, bez pragnień, bez oporu, bez kierunku, pozwalam sobie płynąć po ogromnej powierzchni nieba. Nie ma tam ścieżek ani celu do osiągnięcia. Po prostu błądzenie, unoszenie się jak pusta chmura. I jak chmura zmieniam kształt, przyjmuję różne formy, potem się zacieram, dematerializuję, znikam. Chmury już nie ma. Mnie już nie ma. Pozostaje tylko świadomość – swobodna, bez związków – świadomość, która się rozprzestrzenia.

„Szepty w Ciszy” – Dwa Słońca

 

„W naturze ludzkiej leży symptom Niedowierzania. Naprawdę? Czy to możliwe? Kwestionujemy wszystko aż do znudzenia i tracimy życie na znalezienie argumentów albo kontrargumentów. A najprościej jest przecież Akceptować i żyje się lepiej. Powiem ci w zaufaniu, że nie wyobrażam sobie innego Anioła niż właśnie takiego w ludzkiej postaci ze skrzydłami.”

(Bella Orchidea)

Dziękuję Bella.. Intuicyjnie? Jesteś Aniołem? … wyciągnęłaś mnie z „ciężkiej” zadumy. Bywa  przecież, że Anioły wybierają życie w fizycznym ciele…

„Dwa Słońca” – opowiadanie ze zbioru „Szepty w Ciszy”

Tamtego pamiętnego dnia wstałem przed świtem. Werandę plebani zalewała księżycowa poświata. Cicho, by nie zbudzić przemiłego gospodarza, wyjąłem z torby sprzęt fotograficzny. Na bosaka, po srebrzystej od rosy łące, doszedłem do zbitego z kilku desek pomostu. Przysiadłem na ławce. Nad powierzchnią jeziora kłęby mgły stworzyły przemijające postacie jeziornych duchów. Zerwał się lekki wiatr marszcząc wodną tafle. Balet mgielnych, ulotnych postaci nimf i rusałek, rozpłynął się w nicość.
 Życia wieczność, życia chwila istnienia. Jak to pogodzić? Jak zrozumieć strumienie przepływających przez nas uczuć, skojarzeń, myśli? Które z nich są dogłębnie nasze, a które napływają i znikają do jakiegoś tajemniczego miejsca, na podobieństwo mgielnego baletu, który „tu i teraz” na moich oczach ulatuje z wiatrem?

Minęło dominujące we mnie uczucie olśnienia, oczarowania baletem, a zawładnęły mną uczucia zwątpienia, oczekiwania, a mimo to nie czuję bym istotnie się zmienił.
Kim więc jestem naprawdę? Kim jestem w swojej niepowtarzalnej istotności? – pomyślałem.

Po chwili ponad trzcinami wzeszło słońce. Spojrzałem w głąb wody i ujrzałem tam blisko siebie dwa słoneczne odbicia. Ująłem je w kadr i zrobiłem zdjęcie. Odbicia słoneczne po chwili rozpłynęły się w wodną drogę pomarszczoną podmuchami wiatru i roziskrzoną niezliczonymi błyskami padających z nieba promieni. Wsiadłem do jachtu przycumowanego przy pomoście. Postawiłem żagle i pożeglowałem tą słoneczną drogą. Byłem szczęśliwy. Moi uczniowie, nurkowie, czekali na mnie po drugiej stronie jeziora.
Tego słonecznego poranka podczas silnego wiatru wywrócił się i zatonął kabinowy jacht. Kilkuosobową załogę wyłowiła przepływająca nieopodal zdarzenia wiosłowa łódka. Wkrótce nasz jacht rzucił kotwicę obok miejsca zatonięcia. Poproszony o pomoc przy wydobyciu jachtu zszedłem pod wodę. To co mi się przydarzyło pod wodą trwało niewiele dłużej niż kilka minut. Trwało tyle ile może trwać oddech przesycony pragnieniem powrotu do życia. Po wielu latach doświadczeń w nurkowaniu, każde wejście pod wodę traktuję jako wejście do innego świata, a każdy powrót na powierzchnię, jako powrót do domu. Powrót do jedynej, nienaruszalnej rzeczywistości. Tym razem stało się inaczej. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że mój dom, że Nasz Dom, znajduje się również gdzie indziej.
Oto kilka refleksji z tamtych dramatycznych kilku minut:

„Brak powietrza. Zginiesz”- błyska myśl.
Szamoczę się próbując wyrwać się z plątaniny lin. Przerażone zniszczeniem neurony wyją z rozpaczy. Grzmot trwogi wstrząsa intelektem. Umysł w czerwień rozpala słowa „Ratuj się”. Miernik nie kłamie. Nie mam powietrza w butli. Krtań zaciska się. Duszę się. Utknąłem we wnętrzu zatopionego na 20 metrach kabinowego jachtu.
„W sprzęt na plecach wplątała się lina! Przetnij ją!”- w panice wrzeszczy intelekt.
Posłusznie sięgam po nóż. Spoglądam ku górze i widzę słońce jako rozmytą plamę. Tracę przytomność. Ogarnia mnie błogość. Cichnie umysł. Z tej cichości, z sennego wymiaru, spoza ziemskiego czasu i przestrzeni budzi się nadzieja. Błyska w oddali światełko. Wchodzę w jasność tunelu wewnętrznego słońca. Objawia się duchowa strona istnienia. Moja najwyższa istotność uaktywnia dawno zapomniane zmysły, włącza do tej pory nieznane świadomości programy. Ktoś, kto jest naprawdę mną emigruje poza ciało. Unosząc się swobodnie Ja – duch obserwuje siebie – ciało. Czuję, myślę i przenikam materie jasnym widzeniem. Przeżywam dramat i jednocześnie obiektywnie obserwuje go bez emocji. Świetlistą drogą nadciąga pełna jasności postać. Wola tej istoty nakazuje dłoniom otwierać kolejne klamry pasków mocujących nurkowy sprzęt do mego ciała.
Jestem wolny. Wplątany w linę sprzęt pozostaje we wnętrzu jachtu. Wynurzam się bezwładnie z czeluści jachtu. Żeby wypłynąć na powierzchnię wystarczy zrzucić ołowiany pas balastowy. Dłoń zaciska się na klamrze pasa. Świetlana postać swymi myślami przenika mnie, ogarnia współczuciem, wszystko wybaczającą miłością. Dociera do mnie pytanie:

„Decyduj. Zostajesz? Wypływasz? Masz wybór, wolną wole, masz wolność.”

Ku własnemu zdziwieniu nie śpieszę się z odpowiedzią. W tym niezwykłym stanie, nie czuję żadnego zagrożenia, czas jakby przestał istnieć, więc mam go bez liku. Ogarnia mnie ciekawość dziecka, radość odkrywcy. Jestem otwarty na wszelkie zdarzenia, wszelkie pytania i odpowiedzi. Objawia mi się zarówno względność jak i ukryty sens przeszłych pomyłek, porażek, błędów, grzechów. Z radością wybaczam sobie, wybaczam wszystkim. Ten proces nie wymaga ode mnie żadnego wysiłku. Teraz wiem, że tu na Ziemi przejawiłem się wraz z innymi w wiecznej szkole życia. W szkole w której jest się zarówno uczniem jak i własnym nauczycielem. W Szkole Kosmicznej, w klasie Ziemia, w której wszyscy uczą się przebaczania i miłości. Nie powstrzymuje ciekawości, i pytam
 świetlaną postać

:
”Jak to jest? Czy to wyuczone treningiem ruchy ratują mi życie? Czy też może, niewidzialny dla normalnego stanu zmysłów świat istnieje realnie, i właśnie „tu i teraz” w sytuacji pozornie bez wyjścia, mogę poznać Ciebie, istotę nie z mojego świata, która pomaga mi z nieznanych mi pobudek? Kim jesteś? Zjawą generowaną przez przerażony mój mózg, narkotycznym widziadłem jak chce większość naukowców, czy też realnym bytem z którym mogę wejść w związek podobny do ludzkich? Kim jesteś?
” Aniołem. Masz wolną wole. Nie lękaj się. Jesteś wieczny.” – przenika mnie myśl.

„Czy ten strumień pojawiających się i odchodzących myśli, pytań i odpowiedzi, to jedynie wspomnienia utartych frazesów, strzępów przeczytanych książek, zasłyszanych opinii, czy też realny z Tobą dialog?- pytam dalej z uporem.
„Sam zdecyduj. Ja Jestem. W „Ja” zawarta jest wieczność, w „Jestem” jedność z całym Istnieniem. W stanie świadomości, w którym się znalazłeś ja jestem tobą a ty jesteś mną. Czas i przestrzeń to kategorie poznania. Istnieje jedynie chwila obecna. Czas jest czynnością liczenia zdarzeń, kolejnością poznawania, a przestrzeń jest czynnością wskazywania, kierunkiem postrzegania w sieci przeglądanych zdarzeń.”- przenika mnie myśl.

Znika Anioł – Jasna Postać. Rozpływa się moja Narkotyczna Wizja. Czuję się wolny bez krępującego ruchy podwodnego sprzętu i szczęśliwy bez ciała ograniczającego swobodę poruszania się. Moje myśli uwolnione z fizycznej struktury mózgu nabierają jasności. Jestem w sieci nieskończonej ilości zdarzeń. W ezoterycznym Matrix. W węźle – centrum, z którego rozbiegają się drogi. Widzę je, gdy kieruję na nie uwagę. Skupiam się na najbliższych zdarzeniach. Mogę to z łatwością uczynić. W stanie umysłu w którym się znalazłem jestem jasnowidzem. Ze swobodą poruszam się po łańcuchach zdarzeń. Przewijam swoją przeszłość zdarzenie po zdarzeniu jak taśmę filmową klatka po klatce, aż docieram do chwili obecnej.

Mocą woli analizuję zdarzenie najbliższe z możliwych, i oto śledzę jak: zrzucam ołowiany pas, wynurzam się i jestem wśród przyjaciół.

„Szepty w Ciszy” – Ona

 

„Czasem zadaję sobie pytanie, które z pewnością gnębi wiele osób.  Kim ja właściwie jestem i czy aby znajduję się na właściwym miejscu, bo mam pewne wątpliwości. Poważnie… I powiem Ci, że są miejsca w których nie mam trudności z poczuciem przynależności. A nawet więcej – absolutną pewność, że odnalazłam się w wymiarze czasowym i miejscowym. A dlaczego dzielę się tak osobistymi odczuciami? A dlatego, że dziwnym zbiegiem okoliczności zupełnie zasymilowałam się ze zdjęciem, tak jakby było moim naturalnym środowiskiem. I nie wiem jak ty sam ale ja widzę b.wyraźnie zarys postaci poruszającej się w naszym kierunku (pierwsze słońce – górne ). Podobno mam paranormalne skłonności 😉 
Może jeszcze nie Anioł ale Dobry Duch? A może…zanurz się jeszcze raz i zobaczymy czy się odnajdziemy na nowo.”

(Bella Orchidea)

 

Kim jestem?

Można dochodzić do odpowiedzi na to pytanie przez negację. A więc: nie jestem ciałem bo wszystkie  komórki  stale  obumierają i rodzą się – zmieniają się. Nie jestem uczuciami ani myślami bo je w każdej chwili mogę sam zmieniać. Więc kto jest tym we mnie kto zmienia uczucia i myśli?  Można nazwać, że to –  Iskra Boża, Monada, Wyższe Ja, Dusza etc Ale czy to ważne jak siebie jako Istotność nazwiemy? 

Bez jakiejkolwiek naszej komóreczki ciała, jednego uczucia, jednej myśli nie istniał by Ten Świat! Bo byłby to już zupełnie inny świat. Jesteśmy nie do zastąpienia … i nigdy nie będziemy klonami. A ta różnorodność nas? Ej… czy nie jest to ciekawy eksperyment Stwórcy? Jesteśmy na jego podobieństwo.. więc Nieśmiertelni w swojej Istotności.

Ciekawie i lapidarnie ujął to Koriolan, 

Hi hi … 
Gdy ktoś umiera … 
To nikt nie umiera :-))) 
Ale czy ktoś w to uwierzy ? 

„Ona” – opowiadanie ze zbiorku „Szepty w Ciszy”

motto: Niebieskie ważki i różowe kwiatki. Niebieska jedność pojednania i różowy oddech miłości…

Słoneczny ranek karmi życiem wszystkie istoty – budzi je i uzdrawia. Pękają pąki i nasiona. Płyną soki i radośnie szemrze woda. Spływam swobodnie coraz głębiej i głębiej. Samotny siadam na dnie. Topię w wodzie łzy i żałość. Nie ma go. Nie obejmie, nie przytuli. Odszedł ten o którym z podziwem i z szacunkiem medytowałem w głębinach zawieszony w stanie cudownej nieważkości. Przegrałem wyścig. Ciąży mi ciało. Chcę mu towarzyszyć ale wiem, że to nie jest możliwe. 

Z ciepłem promieni słonecznych napływa olśnienie. Znikają smutne wyobrażenia. Uwalniam się od myśli. Z pustki po nich wynurza się rzeczywistość. Czuję wielką jedność z wszystkimi istotami. 

Różowe małe kwiatki ścielą się na wodzie. Prąd wody niesie niesie mnie po kwiecistym dywanie. Dookoła fruwają gromady niebieskich ważek. Niebieskie wazki i różowe kwiatki. Niebieska jedność pojednania i różowy oddech miłości. Ty wodo uspokajasz pięknem, szemrzesz cichutko i nie oceniasz. Posłuchaj :

Słońce głosi cud dnia, cud życia. Jak co dzień, w tajemniczej spirali istnienia wszystko wraca do życia. Trwa wieczne Teraz – łańcuch przyczyn i skutków splatając w Czas. W buncie, żeby jeszcze chwilę być z Ojcem Piotrem, pędzę w wyobraźni, w jego świat obrazów, w beztroski świat wspomnień. Ale bogowie uśmiechają się z sarkazmem nawet wtedy kiedy chcemy poczuć się radośnie i beztrosko. Zmieniają nasze myśli według swojego upodobania. Oto one: 

Podczas burzy dziewczyna wypadła z kajaka i utonęła w dzień swoich osiemnastych urodzin. Nie widziała na wodzie różowych kwiatków i siadających na nich niebieskich ważek. Nie dostrzegała cudów przyrody. Może nawet nie lękała się nadciągającej nawałnicy. Emocje odcięły ją od samozachowawczego instynktu, zawładnęły jej duszą i ciałem. Od kilku dni oczy jej tonęły w łzach. W dzień i w nocy dręczyły ją pytania: „Dlaczego musiałam uciec  z domu? Dlaczego nie mogę być z moim chłopcem? Dlaczego nie mogę otwarcie go kochać?

Po pewnym czasie od tego tragicznego zdarzenia, znajomy przyprowadził do mnie rodziców dziewczyny. Byli zrozpaczeni bo nurkowie nie odnaleźli jej ciała. Pokazali mi mapę jeziora z zaznaczonymi miejscami, które należało by jeszcze raz sprawdzić. Zgodziłem się. Dzień po dniu schodziłem pod wodę by przeszukać jakiś niewielki obszar dna. Aż pewnego dnia: 

Zakotwiczyliśmy jacht na głębinie. Było słoneczne popołudnie. Potężnie wiało – tak jak tamtego pamiętnego dnia kiedy dziewczyna utonęła. Przyjaciel nachylił się do mnie z burty jachtu  i powiedział: “ Słuchaj, na twojej głowie siedzą dwie ważki. Jedna niebieska a druga różowa”. 

Nie miałem wątpliwości – był to sygnał , że wszystko jest w jak najlepszym porządku i Ona nie chce bym ją odnalazł.  

Minęło kilka lat i znów znalazłem się nad jeziorem obok miejsca gdzie Ona utonęła. 

Wieczorową porą zasnąłem na drewnianym pomoście, na którym często w samotności medytowałem wpatrując się w świty i zachody słońca. Czekałem na nią…

 

Przyśnił mi się Ojciec Piotr:

Siedział ze skrzyżowanymi nogami w pozycji lotosu. Był nagi. Siadłem obok w milczeniu i przymknąłem oczy. Słońce dotykało już czubków ściany drzew na przeciwległym brzegu jeziora. Powiało chłodem. Zerwał się wieczorny wiatr. Nad jezioro napłynęły ciemne chmury. Z oddali nadleciał odgłos grzmotu. Fale uniosły się i zaczęły zalewać pomost. Ojciec podniósł ręce w górę i przemówił
„Boże! Czemu uczyniłeś mnie tym kim jestem? Proszę pozwól mi przekazać dar, którym mnie obdarzyłeś…”
Nie dosłyszałem o jakim darze on mówił i komu chciał go przekazać, bo podniosły jego głos  nagle zagłuszyło przejmujące wycie wiatru spadającego z wysokiej skarpy za naszymi plecami. Suchy trzask pioruna poderwał do lotu i żałosnych pojękiwań stado kormoranów koczujących na pobliskich drzewach. Dookoła wszystko wyło i jęczało. Nagle też pojawiła się olbrzymia fala, wielokrotnie większa od tej przysłowiowej dziewiątej, i cisnęła mną jak piórkiem z pomostu na brzeg. 

Uderzyłem głową o konar stojącej tuż nad wodą brzozy i straciłem przytomność. Trwałem w tym zadziwiającym stanie świadomości, pół śnie pół jawie do około północy.

Gdy się ocknąłem powierzchnia jeziora zalana była jasnym światłem księżyca. Stał nad horyzontem wysoko i był w pełni, Zauważyłem dookoła siebie rozrzucone deski pomostu rozbitego impetem fali. 

Z góry, gdzieś z polany na skarpie dobiegał do moich uszu kobiecy śpiew. Powlokłem się tam schodami obijając stopy o porozrzucane uderzeniem wiatru deski. Gdy moja głowa znalazła się na poziomie polany, ze zdumienia otworzyłem oczy. 

Wśród drzew płonęło wielkie ognisko a dookoła niego w roztańczonym korowodzie przesuwały się pół nagie kobiety. Wesoła muzyka, w tak której tańczono, dobiegała gdzieś z góry, z pośród koron drzew. Koncentrując wzrok na gałęziach rozłożystego jaworu, ujrzałem grajków. Były to również roznegliżowane kobiety. Tuż przy ognisku, w środku korowodu z rękoma wzniesionymi do góry obracał się Ojciec Piotr.  Jeszcze nie zdążyłem ochłonąć ze zdumienia, kiedy za sobą usłyszałem delikatny plusk i ciche stąpnięcia. Od strony jeziora, w moim kierunku szła cudownej urody młoda dziewczyna. Zbliżyła się błyskając tęczowymi odbiciami księżycowego światła w kroplach wody spływającej po jej nagim ciele. Spoglądając z rozbawieniem na mnie objęła mnie obiema rękami przybliżając równocześnie swoje usta do mojego ucha. Powiedziała szeptem:

„Mój drogi. Na ciebie już czas.”

Stałem bez ruchu, zahipnotyzowany jej urodą i dotykiem:

„ Błagam cię, nie opuszczaj mnie już nigdy więcej”- wyszeptałem. 

A Ona w milczeniu wzięła mnie za rękę i poprowadziła do jeziora…

„Szepty w Ciszy” – Powiedz mi

https://www.youtube.com/watch?v=h_O7PeSR7qU

Napisała do mnie Bella Orchidea:

Abstrachując od tego komu i dlaczego dane jest szczęście, zastanawiam sią często:
– co tak właściwie uszęśliwia człowieka, generalnie?
– i jak można zatrzymać szczęście?

„Powiedz mi” – opowiadanie ze zbioru „Szepty w Ciszy”

Powiedz mi. Kto więcej wie mędrzec czy głupiec? – zapytałem i nalałem wino do kryształowych pucharków

Głupiec, bo mędrzec wątpi we wszystko. Dobrze być głupcem bo dużo mądrości to dużo smutku.

Co powinienem wiedzieć gdybyśmy się już więcej nie zobaczyli?

Zaśmiała się a w jej oczach odbiły się płomienie ogniska.

Nie kochaj pieniędzy, oszukają cię. Nie kochaj kobiet też oszukają cię. Pośród wszystkich win,najbardziej upajająca jest wolność. Wstawaj o świcie i zapamiętaj, że zachód nadchodzi gdy się go najmniej spodziewasz. Żyj długo i niech twoja śmierć przyjdzie we właściwym momencie.

Siedziała przy mnie i wpatrywała się w moją dłoń. Nad brzegiem rzeki płonęło ognisko.  Ekipa filmowa już odjechała a one jeszcze zostały i tańczyły – dla siebie. Falowały  ich  ręce i kolorowe suknie, piersi  drżały w zatraceniu tanecznym. Śpiewały w języku , którego nie rozumiałem. Ech ..  Graj Cyganie do białego dnia, graj…

Wyjąłem  z kieszeni portfel i powiedziałem:  Weź wszystkie moje zarobione tu pieniądze. Nie chce ich. Mam dosyć  filmu. Wracam do domu.

Wzięła pieniądze i schowała w fałdy sukni. Dzisiaj będę z tobą. – powiedziała. Uważaj na mgłę – dodała całując mnie w policzek i tanecznym krokiem wciąż wpatrując się we mnie oczami błyskającymi odbitymi w nich płomieniami ognia, dołączyła do tańczących kobiet..

Wracam do domu. Jest noc. Mgła gęstnieje. Nie widzę już drogi. Z radia sączy się romska muzyka. Wielki niepokój w duszy i kompletny brak widoczności każe mi nagle zahamować. Walę głową w szybę. Noga na hamulcu szybciej zareagowała niż głowa. Cholera! Stoję na żwirowej drodze. Gdzieś niedaleko płynie rzeka. Jest czwarta nad ranem. Przed chwilą mało co nie wyrżnąłem w wielkiego łosia, który nieoczekiwanie wyrósł przed maską samochodu.  Boli mnie głowa. Leci z nosa. Czuję nadciągającą grypę. Dopadł mnie stres kilkumiesięcznej pracy w filmie: nieprzespane noce, byle jakie jedzenie w knajpach.  I te zimne noce….

Przeróżne myśli tłuką mi się po głowie. Większość z tych myśli, nie wiadomo dlaczego, dotyczy kobiet. :Graj  Cyganie ” a ty Cyganko kochaj…kochaj mnie. Dawno już płeć piękna wmówiła mi to co chciała. Pełen pokory, wybaczyłem sobie, że jestem indywiduum pozbawionym umiejętności rodzenia – że jestem mężczyzną. Chwała Bogu, że tu na środku bagien, przez które przyszło mi jechać, prawdopodobieństwo spotkania kobiety jest zerowe. Wysiadam z samochodu z poczuciem wewnętrznego niepokoju i rozdrażnienia.
Otacza mnie bezkresna gęsta mgła. Mgła sunie i nadciąga nie wiadomo skąd. Gdzieś z bezkresów wyłaniają się ciemne zarysy kęp krzaków i drzew. Ich cienie podchodzą coraz bliżej i bliżej. W głowie mam zamęt, w sercu lęk. Czuję tę mgłę jako żywą istotę, jako Ducha Przyrody który nadchodzi – nie odwracalnie by dokonać zemsty na tych, którzy niepokoją swoja obecnością to pustkowie!
Paranoja!  Mgła zniewala ukrytą mocą i ma swój rozum?! Ma podstępny, wilgotny plan?! Uwieść! Wydusić wszystko z trzewi, porzucić, zdeptać jak robaka, obwinąć zmiętym i mokrym od strachu prześcieradłem, zepchnąć do rowu by zgnił, sczezł i w garstkę prochu przemienił się: gnojek, zdechlak, moczymorda, rycerz – zakuty męski łeb! Tak to czuję, tak odbieram tą nieprzenikniona w zamiarach mgłę.. Żeby dodać sobie trochę otucht podśpiewuję wesoło:

Duchy Bagien! Przybywajcie! Przybywajcie mgielne łapserdaki!

Kładę się na trawie. Zamykam oczy i zgodnie z zaleceniami książkowych mędrców medytacji, uwalniam napięcia każdej części ciała i powtarzam w rytmie karabinu maszynowego: Jestem spokojny i radosny. Jestem zdrów na ciele i umyśle. Uwalniam umysł od denerwujących i natrętnych myśli i otwieram się na zdrowie. Przybywaj zdrowie!  Nagle słyszę głośne:

Nie pieprz głupcze!
Przez przymrużone oczy obserwuję, nie bez lęku, jak obok, z gęstej mgły wyłania się istota o ludzkim kształcie. Jest ulepiona z kropel mgły. Od środka rozświetla ją wielobarwne, lekko pulsujące światło.

Duch? Zjawa? Omam? Rusałka? Elf? Coś? Leżąc na trawie i patrząc w górę zauważam mimochodem , że trudno ocenić płeć tej istoty.  Ciało jej tworzą kłęby świecącej mgły i to jedynie odróżnia ją od szarego mglistego otoczenia. O przynależności do jakiegoś gatunku ziemskiego mógłby przemawiać fakt, że posiada oczy. Są owalne, czerwono – pomarańczowe z trójkątna czarna źrenicą w środku. Oczy te ciągle zmieniają położenie, wielkość i rozstawienie. A rozszerzające się źrenice zdają się wchłaniać wszystko co pojawia się w ich polu widzenia. Teraz wchłaniają mnie – całego – ciało, uczucia i myśli..
Mgła, która wchłania!? Czy mgła to czy człowiek?”- resztkami silnej woli  i uporem maniaka mąci myśli głowa.

Istota wlepia we mnie te swoje tańcujące oczy i mówi wyraźnie:
„Kochaj się ze mną!”
„Kochaj mnie tu i teraz”  – groźnie powtarza.
„Oczywiście ” – jąkając się odpowiadam. Raczej podejrzewając, że zwariowałem a mglista zjawa jest wytworem mojej chorej głowy.  Ale Zjawa krztusi się z radości i bulgocząc mokrym:

Tak! Tak! To do roboty – drga podniecająco swoimi kłębami ciała, chichocze, podryguje zalotnie i namiętnie szepcze:  Jesteś mój! Tylko mój na zawsze!

Co było dalej, zapytacie? Otóż:

Zjawa otoczyła mnie, wniknęła, wtopiła się we mnie, zniewoliła rozkoszą wibracji delikatnego dotyku, i omamiła chwilowymi impulsami ciepła wschodzącego właśnie słońca. Poczułem się jakbym wylądował w ciepłym łóżeczku a ktoś kochający karmił mnie podtykając do ust łyżeczka za łyżeczką syrop uzdrawiający i pachnący sosnowym lasem.

Otwierając szeroko oczy ujrzałem wszystkie kobiety z przeszłości. Owe kobiety kolejno wynurzając się z wibrującego delikatnym tęczowym światłem ciała Zjawy, wtapiały się we mnie biorąc mnie w posiadanie.

Przerażony rychłą klęską wynikającą z mnogości wyzwań ciała i ducha wrzasnąłem:

A Kysz! – i począłem strzelać palcami stosując powszechnie znaną, osobiście wypróbowaną, i najbardziej skuteczną metodę na uwalnianie się od duchów.

W sferze mentalnej podjąłem równocześnie błagalną medytacje: Protestuję w imię Stwórcy. A kysz zjawy! A ty Zjawo kimkolwiek jesteś zlituj się i oddal swoje służki. A kysz! A kysz! Znikajcie! Mam grypę. Przecież widzicie. Nie jestem już taki młody i jurny jak kiedyś.

Na to one ciągle zawłaszczając moim ciałem odpowiedziały chórem, raz to gaworząc jak niemowlęta, chichocząc jak nastolatki, śmiejąc się dziewczęco, nucąc jak staruszki. Robiły to bezwstydnie i bez pozwolenia. Szeptały:
Znasz nas przecież dobrze. Pieściłeś każdą naszą cząsteczkę, znasz każdy pieprzyk, każda nasza słodkość. Nie lękaj się. Kochaj się z nami wszystkimi. W świecie mgieł czas nie istnieje. Tu moce masz nieograniczone. Ciała przecież mamy z mgły. Nie ma tu grawitacji. Nie ma śmierci. Jest tylko życie, radość, szczęście, rozkosz.
Wypuście mnie na litość Boską! Chcę do łóżka. Mam katar. Kicham. A to może być niezdrowe dla waszej urody.

Ale one nie dawały za wygraną.

Kochane! Drżę, drżę całym ciąłem. Mam gęsią skórkę. Szczekam zębami. Zimno mi i już nie wiem czy to uniesienie, czy zwykłe zapalenie płuc.

A tuląca mnie mgła gęstnieje, staje się groźna i namiętna. A w niej coraz więcej kobiecych ciał. Koszmar! O co tu chodzi? O mglistą, bezwstydną prokreację czy wieczną miłość?

O obie, o biedaku najdroższy. Jesteś potrzebny. Na chwilkę. Niezbędny na jeden moment. Wolność wyboru jest dla mądrych. Ty go nie masz. Wybacz, ale sam widzisz , że w mgle kobiet jesteś ślepcem. I teraz, i tu, i z tobą, chociaż nie stworzyliśmy nowego życia to jednak uratowałyśmy ci życie.  Ale ty nic nie zauważyłeś. Ale ty nic z tego nie rozumiesz – głupcze! I chwała Bogu za to, że nim jesteś. Dla głupców mamy od wieków uczucie litości. Jesteś szczęściarzem. Rację miała Cyganka.

Kiedy tak leżeliśmy koło siebie w trawie, opodal żwirowej drogi, słonce nieśmiałymi promyczkami przebiło się w końcu przez kłęby otaczającej nas mgły. I wtedy zapytała: Czy zadałeś sobie trud, zajęty myślami o sobie, o swojej grypie, tęsknocie za łóżkiem, by pojąć dlaczego wrzasnęłam do ciebie: kochaj mnie!

Chciałaś mieć przyjemność? – zapytałem przymilnie wtulając się w nią by wymusić twierdzącą odpowiedz. Ale ona nagle stała się nieprzyjemnie mokra. Pomogła mi się podnieść. Wzięła mnie za rękę. Gdy minęliśmy przód samochodu  zobaczyłem, że przednie koła samochodu zwisają z kilkometrowej skarpy. W dole płynęła rzeka.

Głupcze! – powiedziała z uśmiechem przenikniętym odwieczną mądrością wiedźm, wróżek, rusałek, nimf i kobiet. Mój kochany głuptasie! – poprawiła się – Gdybyśmy się nie kochali, jak znam życie, wsiadłbyś do samochodu, i ruszył w mgłę ku swojej zagładzie. W mgle i w miłości wy ludzie bywacie ślepi. Ale wy mężczyźni przodujecie w tej ślepocie.

I kiedy to rzekła, rozpłynęła się. Nie od razu. Zrobiła to powolutku. Ciągle się uśmiechając tym tęczowym uśmiechem. A jej oczy? Tez rozpłynęły się w czerwono – pomarańczowym świcie i tylko sobie znanym tajemniczym sposobem nie uległy budzącemu się dniu. Połączyły się ze swoim Bóstwem – wtopiły się w Słońce.

I cóż? Z całego serca podziękowałem Cygance… Miała rację. W naszych czasach być głupcem to wielkie szczęście.

„Szepty w Ciszy” – Gra

 

„Wierzysz, że pająki w domu przynoszą szczęście??
Boję się ich ale nie zabijałam tylko – Wynosiłam na zewnątrz…
aż któregoś dnia mnie rozeźliły, bo gromadnie zaczęły mi zdobić mieszkanie pajęczyną.
No nie, wszystko ma swoje granice!
Chociaż pajęczyna w świetle księżyca jest fascynująca…”
(Bella Orchidea)

„Gra” ze zbioru opowiadań „Szepty w Ciszy”

Położyć głowę na ramieniu Kochanego Człowieka i nie bać się, nie uciekać, nie niepokoić o nic. Obudzić się rano przy jego boku, by wieczorem zasnąć w jego cieple. Czasami chciałabym, aby zadzwonił telefon i rozwiązał wszystkie moje problemy, ee… chyba majaczę. To byłoby może za proste? Już sama nie wiem. Potrzebuje czegoś, co mi przypnie skrzydła. Aktualnie są mokre i ciężkie. Wcale nie nadają się do latania – odebrałem taki przekaz w śnie…

Miałem ciężki dzień.

Zapadam w sen..Opadam na dno. Ogarnia mnie przerażająca Cisza, otacza bezdenna Ciemność, osacza bez nadziei Samotność. Ale jak zwykle w tym pełnym zagadek wewnętrznym świecie, to jeszcze nie koniec utrapień. Z Ciszy – wydobywa się dziecięcej wyliczanka{ ” Kocha, lubi, szanuje…” Z Ciemności – napływają tęczowych kolorów obrazy. Nie jestem już sam. Na kładce przerzuconej przez rzeczkę siedzi Cyganka w słomkowym kapeluszu i kwiecistej powiewnej sukni. Moczy nogi w bystrym strumieniu. Obok niej, na kładce, leżą sandały uplecione z rzemyków. Znam dobrze to miejsce.  Do wartko płynącej wody opadają kolejne listki zrywane z brzozowej gałązki. Nie chce, nie dba, żartuje. – i  palec Cyganki trafia we mnie.

– Ty jesteś jak Odys!

– Ja? Odys? – jąkam się zaskoczony.

– Twoją żoną będzie ta na którą teraz czekasz.

– Nie  chce b…o  – zaczynam, ale ona przerywa.

– Bez żadnego ale. Nic już nie kombinuj. Córkę ci urodzi.

Wraca mi świadomość. Czuje jak jakaś ręka brutalnie łapie mnie….

To tylko sen – błyska mi myśl. Kto do licha ciągnie mnie za włosy?

Gdy złapałem oddech i doszedłem do siebie zapytałaś o zdrowie kota. To byłaś cała ty,. Nie uwierzyłaś mi, że wtedy to ja uratowałem ci życie, prawda? Nie będę cię już przekonywał. Niech każdy zostanie przy swoim. Lata minęły, a i córka jest już dorosła, Cyganka prawdę powiedziała. To na ciebie czekałem.

Pamiętasz tamte dni? Stałaś razem z innymi i słuchałaś z rozbawieniem jak się wymądrzam.

“W zderzeniu z niebezpieczeństwem poszerza się nasza świadomość. Odmienność fizycznych warunków Głębi zmusza nasze zmysły do intensywnej pracy. Nasze ciało i psychika, po niewielkim treningu, znakomicie radzą sobie pod wodą z nieważkością, odmiennością w widzeniu, dotykaniu i słyszeniu. Taka elastyczność – nas ludzi; czy to nie jest jeden z dowodów, że jesteśmy w głębi swego jestestwa kosmitami i podróżujemy po całym Nieboskłonie odwiedzając to tu, to tam ciekawe planety? Może jest tak, jak twierdzą delfiny, że przybyliśmy razem z nimi na Ziemię z gwiazdozbioru Syriusza?
Oddychanie sprężonym powietrzem, zmieniając parametry życiodajnej krwi, wywołuje niecodzienne stany umysłu. Z podświadomości, w głębinach wód, w kosmosie, a także w niezwykłych fizycznych i psychicznych warunkach, jak z worka Pandory, wynurzają się lęki, i wtedy przejmują władze nad nami przerażające senne straszydła. Po powrocie do domu uważajcie na swoje sny kochani. – pół serio pół żartem powiedziałem wtedy na pożegnanie.

Lubię przyglądać się burzy. Odwiozę przyjaciół i wrócę. Opiekuj się kotem!. Znalazłam go w lesie. – wyszeptałaś do mnie.

A było to tak:

Nad jeziorem i okolicznymi terenami zalegają ciemne, zwaliste, burzowe chmury. Zachodzi słońce. Robię kilka pożegnalnych zdjęć. Skończyło się nurkowe szkolenie. Macham ręką na pożegnanie. Zostaje sam na leśnej polanie. Schodząc po schodach do przystani zauważam pajęczynę rozwieszoną pomiędzy konarem sosny a wyschniętą gałęzią. Obchodzę drzewo kilka by znaleźć dobrą pozycję do wykonania zdjęcia. W kroplach deszczu, tkwiących w śmiercionośnej sieci, udaje mi się odnaleźć tęczowe odbicie zachodzącego słońca. Podczas mojej krzątaniny, wielki pająk. zajmujący centralne miejsce w sieci, zastyga w bezruchu.

Na ofiarę czekasz? Na tylko sobie znane drgnięcie? Tęcza w sieci przed burzą? Dziwne. Żar ostatniego papierosa skazańca? – mówię na glos lekko naciskając palcem delikatną sieć.

Wsiadam do pontonu by po chwili, już w strugach deszczu, cumować do burty jachtu. Szarość wieczoru przechodzi w ciemność nocy. Jachtem rzuca na fali. Wiatr wzmaga się. W kajucie wita mnie rudy kot. Mruczy i wtula się w moją szyję kiedy kładę się w koi. Obaj przeczuwamy zbliżającą się nawałnicę.

Na rubieżach zanikają utarte drogi, a na krańcach poznania myślenie zawodzi. – jak na ekranie komputera pojawia się napis w mojej wyobraźni.

Przenikam źrenice szeroko otwartych kocich oczu i jestem w ezoterycznej sieci wiecznego życia – w Matrix.

Czyżbym odnalazł bramę do spokojniejszego świata? Gdzie naprawdę jest mój dom, bo przecież nie na tym rozhuśtanym falami jeziorze? – zasypiając, w świat snu, wysyłam pytania.

Krótki błysk światła i suchy wystrzał pioruna przywracają mi świadomość. Głęboko oddycham. Wyciągam kota spod koszuli. Wbił się pazurkami w moje ciało. Jego oczy żarzą się nieprzytomnym lękiem. Słyszę łomot skrzydeł, wielki plusk, i pojękiwania podobne podniesionemu, wściekłemu, starczemu gderaniu. Wystawiam głowę z zejściówki mesy. Na zewnątrz panuje upiorna ciemność. Po oczach zacina deszcz. Twarz oblepiają mokre liście. Obrywam w głowę skrzydłem. W świetle błyskawicy spostrzegam ptaka, przypominającego kształtem dzioba sępa. Obok trzepoczą inne.

To Harpie! – błyska w głowie. Jesteś w Hadesie!- ironicznie chichocze Intelekt. Umysł uwikłany w senne wizje znajduje w końcu racjonalne wyjaśnienie. Na jacht zwaliła się wysoka, nachylona nad wodą brzoza z siedzącym na niej stadem kormoranów. Słyszę uderzenia o wodę skrzydeł startujących do lotu ptaków. Spycham drzewo za burtę. W błysku pioruna widzę nisko pędzące chmury. Dookoła pobłyskują białą pianą jeziorne grzywacze. Burza przetacza swe cielsko nad jeziorem. Jest groźna, ale i piękna. “Na
zimne dmuchaj” a i “Licho nie śpi” – mówią ludowe przysłowia.

Nie lękam się burzy i bardzo się mylę. Myśląc o dziewczynie, tęczy, domu, nie odczytałem ostrzeżenia, przegapiłem pajęczynowy sygnał. Przegapiłem go omamiony myślą o czekających mnie przyjemnościach. Straciłem jasność osądu, wolność wyboru, przestałem być kowalem swego losu, i niepomny przestrodze:

Nie podlegaj gwiazdom, sam układaj je w szczęśliwe konstelacje,  niebezpiecznie zbliżyłem się do nieznanych mi węzłów w sieci zdarzeń – w pajęczynie życia. Uderzenia fal o burtę jachtu nie dają mi zasnąć. Mam dość hałasów.

Przed spotkaniem z dziewczyną przyda mi się chwila spokoju. – myślę.

W kajucie odnajduję i zakładam na siebie suchy nurkowy skafander. Wciskam kota głęboko w koję i otulam wełnianym kocem. Na chwilę kładę się przy nim. A on zaczyna mruczando – pełną tajemnej mocy kołysankę, wymyśloną zapewne przez jego egipskich przodków i nieustannie tworzoną i poprawianą przez wszystkie koty świata. To mruczando jest kluczem do ezoterycznego świata. Potulnie przekręcam klucz i otwieram bramę do Wyobraźni.

Na pokładzie zakładam resztę nurkowego wyposażenia. Otwieram zawory butli, napełniam kamizelkę powietrzem, ustnik oddechowego automatu zaciskam w zębach, naciągam maskę na twarz, przytraczam podwodną lampę do przegubu ręki i skaczę do wody. Dopływam do pomarańczowej boi wskazującej miejsce zanurzonego pod nią podwodnego pomostu. Trzymając się boi, przez szkło maski i zacinający deszcz, ledwo dostrzegam  zapalone światła w kabinie jachtu. Rozglądam się dookoła. To co widzę zapiera dech w piersiach. Tak mogłoby wyglądać piekło; Hades – szaleństwo natury, omamy narkotycznej wyobraźni. Żywioły zwarły się w śmiertelnym uścisku.

Co na dole to na górze?

Na górze: czarne strzępy porozrywanych wichurą chmur gnają bezrozumnie ku zderzeniu i zagładzie. Na dole: chaotyczne, uderzenia porywistego wiatru wściekłe smagają wypiętrzone grzywacze.

A w Niebie tak jak i na Ziemi?

W Niebie: chmury pełne krwistej czerwieni i zimnego fioletu rozżarzane od wewnątrz przez przerażające fajerwerki splątanych z sobą błyskawic. A na Ziemi: grzywacze upiornie migoczące srebrem, wzbijane ku niebu porywami wiatru i splątane pasmami piany poskręcanymi w warkocze.

Mam dość tego widoku. Zapalam lampę. Wypuszczam unoszące mnie na powierzchni powietrze z kamizelki i zanurzam się. Nurkuje wzdłuż liny kotwiczącej boje. Po chwili opadam na podwodny pomost i siadam wygodnie w fotelu. Ogarnia mnie cisza i spokój. Mam nadzieję, że jak zwykle, w Głębi, odnajdę odpoczynek, przeczekam atak burzy, uwolnię umysł od chaosu myśli, poczuje istotną samotność, odkryje i odnajdę siebie. W tym podwodnym Domu czuję się bezpieczny. Pomost zakotwiczony jest w toni, na piętnastu metrach głębokości. Umieszczony na nim jest stolik, cztery fotele oraz skrzynia do chowania przeróżnych przyborów do ćwiczeń. Otwieram wieko skrzyni i odnajduje pudełko z szachami. Rozstawiam pionki i figury i zaczynam grę.

Gdzieś nade mną gromowładną rapsodią straszy Monstrum z otchłani snu. A tu w głębinie, oddzielony kilkunasto metrową warstwą wody, odczuwam kosmiczną ciszę i błogi spokój. Wygaszam w sobie emocje. Odprężam ciało. Kładę zapaloną lampę na stole oświetlając szachowe figury. W półcieniu, w fotelu na wprost mnie, zasiada Jasna Postać – Intuicja.

Gra w szachy to gra wyobraźni. Intelekt docieka, przewiduje, stawia hipotezy, weryfikuje je, wraca do źródeł, przegląda, sprawdza, modeluje, stymuluje, symuluje. A Intuicja zna prawdę – posiada dar bezpośredniego poznania. Trafne wybory dokonuje bez wahania.

Gramy. Jak obłoki płyną myśli: Czy warto z samym sobą grać? W świecie prawości, harmonii i jedności nie ma sensu ani wygrana, ani przegrana.

Co na to Intuicja?: To, czego faktycznie pragniesz, to bezpieczeństwa, prawda? Dlatego więc chcesz być innym, sprytniejszym, bardziej bystrym i pomysłowym. Dlaczego zależy ci właśnie na trwałym bezpieczeństwie? Czy coś takiego w ogóle istnieje? Otóż, bezpieczeństwa nie znajdziesz we wzajemnych związkach, w wierze, w działaniach , ale ponieważ go wciąż szukasz, tak jak inni – wywołujesz w świecie chaos. Uwierz! To myśli stwarzają chaos na Ziemi. Zauważ, że każda myśl dzieli! Ład nie jest wynikiem myślenia. Ład nastaje, gdy chaos zanika. To w ciszy rozkwita kwiat, to w ciszy słyszy się szept Boga.

A Intelekt? Intelekt swoje dociekanie stawia wyżej od bezpośredniego poznania. Teraz z natarczywością godną mistrzów reklamy odpowiada: Wiem. Jest tak od zarania: “Najlepszy wygrywa a zwycięzca bierze wszystko.”- I nagle skoczkiem atakuje białą królową.

A co na to Intuicja: Prawo przyczynowości, tak jak prawo grawitacji, jest boskim prawem. Zasiałeś niepokój, zbierzesz gromy. Atakując czyjąś królowa narażasz na niebezpieczeństwo własną…. Kto pod kim dołki kopie ten sam w nie wpada, znasz to przysłowie?

Przed moim wewnętrznym wzrokiem wyświetla się krótki film:

Unoszę się ponad lasem. Zawisam nad skrzyżowaniem szosy z leśną drogą prowadzącą do bazy nurkowej. Deszcz przemienia się w ulewę. Przenoszę się do wnętrza samochodu którym wraca dziewczyna. Właśnie, wypatrując zjazdu w leśną drogę, przybliża głowę do przedniej szyby. Za ścianą deszczu migoczą światła. Przenoszę się do nadjeżdżającego z przeciwka ciężarowego samochodu. Na podłogę kabiny, z ręki kierowcy, wypada płyta CD. Kierowca nie patrząc na drogę schyla się i nieświadomie skręca kierownicą. Na głowie ma czapkę z daszkiem i napisem: “KOCHAJCIE MNIE” . Dwa samochody, nieubłaganie, zbliżają się do siebie. Ciężarowy zjeżdża ze swego pasa…

Ratuj ją! Ratuj! – wrzeszczę..

Przerażony kot jednym susem przeskakuje z koi na nawigacyjny stolik. Mój wzrok pada na umieszczony tam radiotelefon. Włączam go i krzyczę:  Gdzie jesteś?! Odezwij się!

W głośniku – cisza. Przysiadam na stołku przy stoliku. Jestem w nurkowym skafandrze. Przespałem w nim całą noc. Z głupim wyrazem twarzy spoglądam na kota. Nastaje nowy dzień. Przez szybę okna wpadają promienie wschodzącego słońca układając się na wodzie w roziskrzoną gwiazdami konstelacje. Zdejmuję skafander, odsuwam klapę zejściówki i oddycham głęboko rześkim rannym powietrzem. Lekki powiew wiatru wpada do kabiny i przegania nocne, senne koszmary. Przymykam oczy i żarliwie modlę się:

Boże! Jesteś Wszechmocny. Nie mam pojęcia co się stało, ale uratuj ją. Jest taka młoda i piękna. Wysyłam jej miłość, radość, szczęście i oddaje jej wszystko co we mnie najcenniejsze, najlepsze. Uratuj ją. Proszę.

Hej tam baza! Słyszysz mnie! Zamarzłam czekając tu na brzegu. Odezwij się! – z głośnika grzmi radosny głos.

Wyskakuje na pokład. Wsiadam do pontonu, uruchamiam silnik i ruszam pełnym gazem. Dziewczyna macha do mnie z pomostu. Kiedy jestem już blisko pomostu zauważam, że w dłoni trzyma czapkę z daszkiem. Znam tę czapkę! ze snu – błyska mi myśl. “KOCHAJCIE MNIE”- ta sama co… u….

Ponton nagle hamuje. Kątem oka zauważam, że zderzył się z dryfującym drzewem. Wylatuję jak z procy w powietrze. Wpadam do wody. Uderzam głowa o konar. Tracę przytomność i ląduje w jakimś dziwnym i nieznanym mi wewnętrznym świecie. Słyszę nieznośny chichot i docieraj do mnie szept:

Jej Los wziąłeś w swoje ręce, ale w Ostateczności wszystko musi się zgadzać.

Kim jesteś?– śle w ciemność pytanie.
Niebawem się dowiesz. Szach i mat. Stawiam ci mata królu.Przegrałeś własną wolność. – szepcze głos.

Kochanie, mam prośbę, lata minęły, a i córka już dorosła, więc może zdradź mi sekret i wyjaśnij: jakim to sposobem, tamtej nocy, weszłaś w posiadanie czapki z daszkiem. Pamiętasz? Tej z napisem KOCHAJCIE MNIE.

„Szepty w Ciszy” – Jedność

„Sprawiasz, że czuję się tak jak Ty” 

Bella Orchidea

„Jedność” – opowiadanie ze zbioru „Szepty w Ciszy”

Otóż moi drodzy. groziło wam najdziwniejsze z niebezpieczeństw jakie może spotkać Homo Sapiens – transformacja w głębinie.

Oto relacja.

Przypomnijcie sobie proszę. Jechaliśmy autobusem:

Na video oglądamy „WIELKI BŁĘKIT”. Bohater filmu Jacques wybiera życie wśród delfinów. Stres bycia człowiekiem niszczy jego wrażliwą naturę.

Idź kochany i zobacz. Tam jest ciemno i zimno. – mówi do niego kochana kobieta zwracając mu wolność.

W głębinie czeka na niego przyjaciel Enzo. Jest w ciele delfina. Wybrał wolność. Zrezygnował z pogoni za sławą. Ja tak to czuję. Robi mi się „łzawo w oczach”. Wiem, że mężczyźni nie płaczą. A tu kap, kap łezka za łezką.

MIŁOŚĆ, RADOŚĆ i JEDNOŚĆ oto przesłanie delfinów do nas – ludzi.

Tak twierdzą ci, którzy pozazmysłowo porozumiewają się z delfinami. Jest wśród nich Jacques Mayol legenda swobodnego nurkowania i pierwowzór filmowego bohatera. Jestem pod wrażeniem przesłania delfinów do nas, ludzi:

– Kochani, wracajcie do Domu. Czekamy na Was. Do jakiego Domu? Kto na nas czeka?

Autobus zatrzymuje się za wioską Przewieź. Wysiadamy. Zagłębiamy się w kolorowy i pachnący las. Na początek organizatorzy zaplanowali poznanie jeziora. Wypełnione  nurkami gondole odpływają . Wrócą i zacznie się podwodna zabawa.

Na polanie instruktorzy rozkładają sprzęt do nurkowania dla całej trzydziestoosobowej grupy. Czuję dziwną ociężałość. Wypijam dwie mocne kawy. Pani obsługująca leśny bar spogląda na mnie ze współczuciem. Proponuje mi wędzoną rybę. Odmawiam. Schodzę po stromych schodkach na pomost nurkowy. Wskakuję do wody. Płynę i czuję , że ktoś mnie dotyka.

Jezu!! To delfin! Biały butelkonosy delfin! Kompletny odlot! Delfin w jeziorze! Jestem pewny, że zwariowałem. Słyszę, a raczej odbieram gdzieś w swoim wnętrzu jakiś śmiech i popiskiwania.

WITAJ! WITAJ! PRZECIEŻ O TYM MARZYŁEŚ PO NOCACH. CHCIAŁEŚ ZOSTAĆ DELFINEM. POBAW SIĘ ZE MNĄ.

Czuję jak moje ciało rozkłada się na komórki. Szybuję w tęczowym tunelu. Barwy wirują z oszalałą prędkością. Jestem w jakiejś gigantycznej pępowinie. Dokąd ona prowadzi? Czy Delfin jest przy mnie? We mnie? Stapiam się z nim? Gdzie ja jestem? Chryste! Razem wpadamy w jasność pulsującą złotem. Stapiamy się w jedność. Nasze komórki wchłania gigantyczny wir. Zapada ciemność. Tracę przytomność. Budzę się czując nieznaną mi błogość i lekkość. Leżę na powierzchni wody. Widzę odległy brzeg. Chcę koniecznie dopłynąć do brzegu. Próbuję ruszyć rękami, potem nogami. Nic mogę. Nie mam ich. Obok wybucha radosny ludzki śmiech. Przede mną pojawia się człowiek. Przyglądam mu się uważnie. Podpływam do niego. Na miły Bóg ! Przecież TO JESTEM JA SAM. Na wprost mnie nurkuje MOJE CIAŁO, a gość zamieszkujący w nim uśmiecha się do mnie radośnie. Powoli kojarzę, przypuszczam, dociera do mnie, już wiem. Nastąpiła wymiana ciał. JESTEM w CIELE DELFINA!

Siup, chlup i jeszcze raz! Skok, obrót ,plusk, i jeszcze raz! O rany!! I w dół, i w górę, i do słońca, i trzask bokiem o wodę, i mach, mach
płetwami i pach, pach ogonem. Wolny! Wolny! Szczęśliwy! Beztroski! Ha! Ha! i duży wydech i pac w górę i w dół strumieniem wody. Podpływam do swojego ludzkiego ciała, a ten ktoś w nim znów się uśmiecha. Klepie mnie po delfiniej twarzy. Łbie? Pokazuje OK! Oczekiwałem właśnie takiego zachowania! Nie jestem zaskoczony. Zdaję sobie sprawę, że wiem dokładnie co któryś z nas zrobi i powie za chwilę. –

Ktoś ty? – pytam.
– Ja to Ty, a Ty to Ja. – odpowiada on, czyli ja.

Chryste! – myślę. Moja jaźń się rozdwoiła. Piękny kąsek dla psychiatrii. Mnie człowieka zamkną u czubków, mnie  delfina złapią w sieć.

– Jacquez! Ty cholerny żartownisiu! Gdzie jesteś? – wołam.

I nagle w mojej głowie, i ludzkiej, i delfiniej pojawia się On – Jaquez Mayol. Prawdziwy z dziada – pradziada Grek. Smukła sylwetka, gęste siwe włosy zaczesane do tyłu i siwy wąs. Śmiech Zorby i błyski w oczach.

– Mam cię! – mówi wyraźnie rozbawiony – Umówmy się. Zawrzyjmy układ – dodaje.

Puf! Uff! Zdążyłem. Jestem przy brzegu. Instruktorzy znoszą sprzęt z polany i układają na pomoście. Są w specjalnych suchych skafandrach koloru pomarańczowego. Wyglądają kosmicznie. Za nimi po schodkach nadchodzą w czarnych piankowych skafandrach ich uczniowie. Delfinie serce mi zamiera. Schowany w krzakach z niepokojem obserwuję jak na pomoście Jacquez w MOIM CIELE przyjacielsko klepie  wszystkich po ramionach.

Kochani! To takie łatwe! Cud i odlot! Zanurkujcie, a WASZ ŚWIAT ZMIENI SIĘ NA DUŻO LEPSZY.

Jestem przerażony. Co on kombinuje? Czy zamieni ich w delfiny? I nagle jasne światło błyska w mojej głowie. I widzę stado delfinów skaczących po falach oceanu. Widzę jak z radością wyskakują wysoko ponad powierzchnię. A może i ponad przeciętność? – przychodzi mi do głowy.

Duży Biały Delfin , widocznie przywódca stada, podpływa do mnie i śmieje się.

– Kochany! Nie miej żadnych złudzeń! Jacques zrobi z nich HOMO  DOLPHINUS! Nie wiem co to znaczy, ale podoba mi się…

Nie zabijaj delfina nawet we śnie.
Słońce nie zajdzie – ty nie zaśniesz.
Nie zabijaj!
Trzepot płetw huragan zrodzi.
Oś Ziemi zmieni.
Słońce nie zajdzie – ty nie zaśniesz.
Nie zabijaj!