„Szepty w Ciszy” – Tornado

 

Gościł mnie ponad 20 lat nie skąpiąc swych nauk. Jest obecny w moim i w wielu sercach . Nauczył mnie milczenia, pokory, szacunku dla wszystkich istot na Ziemi , radości z każdego przeżytego dnia i wewnętrznego spokoju podczas nawet najbardziej „burzliwych” łańcuchów życiowych zdarzeń.

Śmierć nie zawsze jest złą wiadomością.

Pewnego dnia przybiegł jakiś człowiek i błagał Mędrca, żeby poszedł z nim do domu krewnego, który czuł się bardzo źle.
Nie pójdę – odparł sucho Mędrzec – ale kiedy wrócisz, daj mu tego banana i zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. Mężczyzna pobiegł do domu, dał choremu do zjedzenia banana, a kiedy tylko ten przełknął ostatni kęs, spokojnie umarł.
Wszystko było „dobrze” – jak powiedział Mędrzec. Krewny umarł w spokoju. A jednak my upieramy się przy myśleniu, iż „dobrze” powinno znaczyć, że wyzdrowiał i żył długie lata. Ale dlaczego? To  z tego nieustannego rozróżniania między tym, co nam się podoba, a tym, co nam się nie podoba, rodzi się nieszczęście. Akceptując, że wszystko jest Jednością, i niczego nie odrzucając, zdołamy uspokoić nasz umysł.
Oto  epizod, z bardzo wielu, które pozwoliły mi dojrzeć „światełko w tunelu” i pewność, że podążam w miarę dobrą drogą. Gdzie ta droga prowadzi? Odpowiem z całą szczerością: Nie mam zielonego pojęcia. Ale w każdym momencie życia jestem gotowy by…”Wsiąść do pociągu byle jakiego …

„Tornado” – opowiadanie ze zbioru „Szepty w Ciszy”

motto: Oczekuj rozkwitu kwiatu w ciszy, która następuje po burzy.

Późne popołudnie zastaje mnie siedzącego na pomoście i wpatrzonego w drobne fale jednostajnie i niezmordowanie atakujące piaszczysty brzeg. Intensywny zapach róż z proboszczowego kwietnika budzi we mnie nostalgiczne refleksje. Wpatrzony w wodę widzę odbicia falujących i przesuwających się chmur. Obserwuje myśli pojawiające się i zanikające w moim umyśle: o róży Małego Księcia, o sensie życia, przemijaniu i przeznaczeniu, o rozwoju, łańcuchach przyczyn i skutków, o mocy i głębi marzeń, o olśnieniu, zauroczeniu, spełnieniu i Aniołach. Z zadumy wyrywa mnie odgłos grzmotu. Nad jezioro, z zachodu, wtaczają się groźnie wyglądające chmury. Chmury te płoną ciemnoczerwonym żarem, a kilka z nich sprawia wrażenie jakby jarzyły się od wewnątrz. Tak jak przepływające przez umysł myśli nie są istotnością bo są zapożyczeniem, chmury nie tworzą przestrzeni, one w niej istnieją. Chmury jak i myśli sprawiają wrażenie, że ciągną się od wieczności w wieczność. Odbicie w wodzie przyjmuje kształt tornada. Wyjmuje fotograficzny aparat, ustalam kadr i robię zdjęcie. Do jachtu, przycumowanego do pomostu, wrzucam suszący się sprzęt do nurkowania, torbę ze sprzętem fotograficznym i nie czekając na pierwsze krople deszczu, skrywam się w oszklonej werandzie plebani.
W wiklinowym bujanym fotelu drzemie proboszcz, wystawiając twarz do padających przez szybę promieni zachodzącego słońca. Wiele lat temu, kiedy z młodzieńczą arogancją paplałem trzy po trzy na temat autentyczności życiorysu Chrystusa, spojrzał na mnie surowo i powiedział: „Mój drogi. Jeśli chodzi o Boga, to ma się go w sercu, albo nie.” Zamilkłem i poczułem się najbiedniejszym człowiekiem na świecie. Długo przeszukiwałem własne serce. Znalazłem tam i groźne pouczenie „Zanim dusza stanie przed Nauczycielem obmyć się musi we krwi swojego serca.” i cudowną opowieść o tym jak magowie pragnąc ukryć szczęście przed ludzką zachłannością, ukryli je w ludzkich sercach, mądrze przewidując, że ludzie kojarząc raczej szczęście z władzą, sławą i pieniędzmi łatwo nie odnajdą takiej kryjówki – w zakamarkach własnych serc.
„Nie za zimno wam pod tą wodą? Podziwiam, że panu jeszcze się chce nurkować. Nie szkoda to zdrowia?”- proboszcz z rozbawieniem zerka na mnie spod krzaczastych, siwiutkich brwi.
„W głębinach można spotkać Anioły. To one mnie pociągają. Lubię z nimi pogadać.”- odpowiadam prowokująco.
” Bądź ostrożny mój drogi. Anioły to eteryczne istoty. Inaczej czują i myślą niż my. Pomagają nam, ale nie są na naszych usługach. Proszę poczytać…. z Biblii dowie się pan więcej o Anielskich zwyczajach.” – odpowiada sięgając po Biblię, którą trzyma na kolanach.
Bezpieczni, osłonięci przed deszczem i wiatrem przez okna werandy obserwujemy burzę. Nadciąga czerwono -krwistym kowadłem. Gna przed sobą skłębione, czarne i poszarpane chmury. Jezioro zmusza do wrzenia. Swą mocą podrywa wodę. Pianą przybiela grzywy stromych fal. Czarne cienie chmur wbija w głębinę. Grozą gasi słońce. Wypiętrzonym w niebo zachłannym kowadłem wchłania jeziorną wilgoć, by po chwili pionowym kołowrotem wichrów przemienić ją w lodowe odłamki, i z pasją zrzucić strumieniami zmarzlin na jezioro. Bębni gradem po dachu plebani. Spadającym z nieba wichrem przeoruje powierzchnię wody pasmami białej piany. W górę unosi jęzory zawiesiny wodnej tworząc zaczątki wirujących pępowin tornad by po chwili w szalonej rotacji połączyć otchłań jeziora z opuszczającą się podstawą chmur. Błyskami, grzmotami, gradem i wyciem wiatru atakuje przycupniętą na brzegu wioskę. „Jak sens ma ten gniew Natury, składający się ze swoistego łańcucha burzliwych zdarzeń? Czy ten nieokiełznany wybuch żywiołów ma służyć oczyszczeniu, skrusze człowieczej? Jest karą? Kto tu zawinił i kto tu kogo i za co karze?” – pytam siebie. I nagle, czy to dla otuchy, czy też z pychy, w kościółku odzywają się dzwony zwołując wiernych na wieczorną mszę.
„Lepiej by było, żeby z mszą zaczekać jak skończy się burza. ” -mówię. Ale księdza już na werandzie nie ma. Docieram do kościółka w strugach deszczu, w zgiełku piorunów, w scenerii rozgniewanego nieba co chwila rozdartego błyskawicami. Kierowany niezrozumiałym impulsem, zamiast wejść do przytulnego, skąpanego w świetle zapalonych świec wnętrza kościółka i w skupieniu i spokoju wysłuchać kazania proboszcza, omijam kościółek i idę dalej brzozową alejką w kierunku kaplicy Matki Boskiej.
Przysiadam nad wodą obok kamiennej figurki św. Jana Nepomucena. „Strzeż nas od nie sławy w życiu i wieczności”- czytam, nie wiedząc czemu na głos, słowa wyryte na postumencie. Nagle, czuję jak włosy na głowie stają mi dęba, i widzę jak figurka świętego pokrywa się siecią fioletowych iskierek. Obok mnie, w drzewo, uderza piorun. Błysk i grzmot zlewają się w jedność Olśnienia. Przestrzeń i czas rozrywają się. Wpadam w nicość. Odchodzę coraz dalej, i dalej. Opadam. Otacza mnie świecąca mgła, otula uczucie bezpieczeństwa. Czuję delikatne, pełne matczynej miłości dotknięcie. Ze środka wirującej tęczowymi kolorami spirali wypływa jasna postać. Wpatruje się we mnie z rozbawieniem. „Znam cię całą wieczność. Jestem Aniołem „- przenika mnie myśl. Wtulamy się w siebie. Przenikamy się i stajemy się jednością.
„Jeszcze na ciebie nie czas. Otwórz oczy”- słyszę.
Widzę czarne chmury nisko i szybko przepływające nade mną Kuleczki gradu biją po twarzy. Żyję! Leżę na trawie i chce mi się śmiać. Śmierć na ramieniu chichocze. „Chciałeś spotkać Anioła?
I cóż, spotkałeś. Uważaj na marzenia, uważaj na każdą wypowiedzianą myśl. Myśli się realizują często w nieprzewidywalny przez ludzi sposób. Dam ci przykład. Wmówiono wam, że pigułki z apteki leczą, ale istnieje dużo głębsze leczenie, nie za pomocą lekarstw. Gdybyś mógł wejść w kontakt z jednością życia, wtedy poczułbyś, że nic one nie znaczą.  Są tylko drogim placebo. Widzisz, są dwa rodzaje zdrowia. Zdrowie niskie, polega na tym, żeby mieć formę atlety; oraz zdrowie wysokie, oznaczające zintegrowanie z chorobą.
Czekałem na wyjaśnienie ale Śmierć kontynuowała w duchu swoje rozważania, i w pewnej chwili zapytała:
„Czy odkryłeś, kto umiera, kiedy się umiera?”
Mogłem udzielić różnych odpowiedzi, ponieważ ostatnio często rozmyślałem na ten temat. Interesowały mnie ćwiczenia podpowiadane przez różne tradycje, żeby przygotować się do „umierania żyjąc”, ale szczerze mówiąc, nie byłem pewien, czy to wszystko zmieniło coś we mnie. Dla mojej głowy było jasne, że przy narodzinach zaczyna się żyć, ale też i umierać. Życie i śmierć są przejawami tego samego istnienia. Intelektualnie rozumiałem, że wraz ze śmiercią umiera też wszystko, z czym się identyfikujemy: ciało, myśli, nasze związki międzyludzkie, doświadczenie i owo „Ja”, któremu przypisujemy tak wielkie znaczenie. Dlatego każdego dnia należy sobie powtarzać: „Ja tym nie jestem. Ja jestem świadomością”, i ćwiczyć tym samym, by nie przywiązywać się zbytnio do tego, czym nie jesteśmy. Ale czy to wszystko wystarczało, żeby uwolnić się od strachu przed śmiercią?

Opowiedziałem Śmierci, co ostatnio przeczytałem:

Pewien młodzieniec siada przed jej domem i błaga, żeby nauczyła go, czym jest Prawda. A Śmierć nie chce o tym słyszeć, chowa się. Potem, żeby pozbyć się chłopaka, oferuje mu złoto i bogactwa. Proponuje mu nawet królestwo i bardzo długie życie, ale on wszystko odrzuca. Chce tylko tego, co jest poza zasięgiem samej Śmierci. Śmierć jest tym poruszona. Zgadza się przyjąć go na ucznia i zostaje jego guru. Uczy młodzieńca tego, co raz poznane, rozwiązuje wszystkie węzły w sercu i czyni zbędnym jakiekolwiek inne poznanie. Wszystko co się rodzi, umiera, wszystko, co umiera, się odradza. Pozostaje tylko Dusza, czysta świadomość, która nigdy się nie narodziła i jest poza czasem.

Śmierć na to: Widzisz? Nie jestem negatywna. Mogę być Wielką Nauczycielką. W istocie, dzięki mnie ludzie zadają sobie zasadnicze pytania na temat życia.  A jeśli dobrze się zastanowisz to właśnie ja was tu na Ziemię przywiodłam.

Wyciągnięty na ziemi, patrzę w niebo. Czarne chmury odeszły. Na tle błękitu przesuwają się lekkie chmury. Wybieram jedną, śledzę ją, utożsamiam się z nią. Szybko sam staję się tą chmurą i jak ona, bez ciężaru, bez myśli, bez emocji, bez pragnień, bez oporu, bez kierunku, pozwalam sobie płynąć po ogromnej powierzchni nieba. Nie ma tam ścieżek ani celu do osiągnięcia. Po prostu błądzenie, unoszenie się jak pusta chmura. I jak chmura zmieniam kształt, przyjmuję różne formy, potem się zacieram, dematerializuję, znikam. Chmury już nie ma. Mnie już nie ma. Pozostaje tylko świadomość – swobodna, bez związków – świadomość, która się rozprzestrzenia.

Reklamy

About Sznajder Marcin

Certain man chose several books in the library. He asked the librarian near their receipt how many time would take him reading all. The librarian burst out laughing and said that the gathering counted the thousands of books and the hundred of lives it was enough not on reading all. That man gave up the ones several who he chose, and said then. Some different way has to exist. Marcin - Stuntman and the consultant, the operator of under-water pictures and II the director of films. Graduate of The department Electronics Engineering college of Varsovian.

Posted on 25 sierpnia 2016, in Uncategorized. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: