Category Archives: Uncategorized

Omijaj szpitale… maluj obrazy


Omijaj szpitale… maluj obrazy

Kilka lat temu (po moim wpisie na Eioba) Mistrz Świstak przysłał mi obszerną „instrukcję” jak się maluje obrazy. Z serca jestem mu za to wdzięczny ..

Ryzyko, że umrzesz na chorobę związaną z Twoim stylem życia, wynikającą ze sposobu odżywiania się, palenia tytoniu lub braku aktywności fizycznej, wynosi aż 3 do 5. Tak wynika z badań Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Ale masz aż 80% szans, aby uniknąć tych chorób, podejmując proste środki zaradcze, prawdopodobnie nieznane Twojemu lekarzowi.

 NA EMERYTURZE

Postanowiłem malować obrazy i zająć się fotografią przyrody. Gdy się maluje, fotografuje w plenerze, człowiek zapomina o bożym świecie a raczej jego „ciemnych stronach” ,smutkach, konfliktach etc.

Żyć i nie umierać…

 W życiu liczy się PASJA. Szczęśliwi Ci, którzy nie liczą godzin przy pracy, którą kochają. Nie mam czasu na szpitale, apteki, lekarstwa i marudzenie, że „coś” boli. Być sobie sterem i okrętem to wspaniałe wyzwanie kiedy umie się ugotować kasze, ryż i zrobić zakupy jedzeniowe w wiejskim sklepiku.  Konieczne jest wtedy – ograniczone do minimum potrzeby a częste głodówki to najlepsze lekarstwa jakie znam.

Więc;

 1. Pasja

2. Styl życia – minimum potrzeb

3. Częste głodówki

4. Rano jabłko i kawka i Tai Chi (kocie przeciąganie się i obroty)

5.Przyjaciele

6. Spacery po lesie z kijaszkami i… jazda rowerem po leśnych ścieżkach

Oczywiscie jestem AMATOREM. Namalowałem ich już około setki – obrazy. Większość obrazów ma wymiary 100 x 70 cm. Maluje akrylowymi farbami. Dużo się nauczyłem…  i jestem przekonany, ze to zajęcie jest znakomite dla ciała i ducha.. troszkę gorsze dla kieszeni. Kłaniając się nisko Świstakowe, teraz szukam (na Eioba też) Mistrza od Muzyki:. Kupiłem dość dobre chyba pianino cyfrowe Yamaha DGX -650, koncertową gitarę a w spadku od Taty dostałem skrzypce. Komponowanie muzyki … to dla mnie wyzwanie na „bardzo dojrzałe lata życia” . Szukam i czekam… puk.. puk…Jest tam Mistrz Kompozytor? ..

Dla Strażaków Ochotników w Płaskiej – św. Florian

 Co widać w chmurkach

Warte przemyślenia…

Pacjent dla szpitala czy szpital dla pacjenta?

System szpitalny został skonstruowany nie z myślą o dobru i bezpieczeństwie chorych, lecz dla zapewnienia skutecznej organizacji poszczególnych oddziałów, dla wygody lekarzy i personelu medycznego oraz z uwagi na coraz bardziej skomplikowane wymogi praktyczne i ograniczenia finansowe związane z konsultacjami wielodyscyplinarnymi i ich narzędziami technologicznymi (blok operacyjny, obrazowanie medyczne, badania biologiczne).

Stąd niejednokrotnie odnosi się wrażenie, że szpitale nie są po to, by służyć pacjentom, lecz, że to pacjenci mają się podporządkować szpitalnym prawom. Wynika to z rytmu pracy personelu, harmonogramów, przerw. To pacjent musi budzić się o szóstej rano, aby zmierzyć temperaturę albo czekać godzinami na korytarzu na zwolnienie się tomografu. Odwiedzając niejednokrotnie hospitalizowane osoby, zauważyłem, że ich uczucie znużenia i przygnębienia rośnie wraz z czasem spędzanym w szpitalu do tego stopnia, że stan ten zaczyna stanowić zagrożenie dla zdrowia. Konieczne staje się jak najszybsze wyciągnięcie ich stamtąd, aby mogły znów stanąć na nogi… w swoim własnym domu.

Okna szpitali często pozostają dzisiaj zamknięte, co między innymi ma zapobiegać samobójstwom, podczas gdy świeże powietrze z zewnątrz jest tak przyjemne i niezbędne dla chorych, zamkniętych w pokoju przez wiele dni, tygodni, a czasem nawet miesięcy. Dyrekcja chyba nie zdaje sobie sprawy, że jest to okrutne traktowanie chorych.

Reklamy

Żyć szczęśliwie…

Żyć szczęśliwie…

MYŚLI NIEUCZESANE

Myśli nieuczesane Marcina a fotki z Rezerwatu Perkuć (jest tam zadbana śluza – Kanał Augustowski). Wiele dni tam  spędziłem przy realizacji filmów w reżyserii W. Ślesickiego („Śpiewy po rosie”, „Lato leśnych ludzi”) Sentymentalne wspomnienie…były i tratwy i flisacy… i rzecz jasna „młodość”…

MYŚLI NIEUCZESANE

Jeśli masz problemy ze zdobywaniem przyjaciół, spróbuj dokonać samooceny i zastanowić się nad tym, co możesz zrobić, aby przyciągnąć znajomych.

Ludzie często popełniają jeden błąd: sądzą, że lepiej jest być wyniosłym, poważnym i sprawiać wrażenie zapracowanego. Bycie miłym, otwartym, mówienie „dzień dobry!”, oferowanie pomocy bez zbędnego proszenia to cechy, które przypisuje się „mięczakom”. Boimy się, że nikt nie będzie traktował nas poważnie, jeśli nie będziemy zaabsorbowani tym, co robimy. Najgorsze byłoby to, gdyby inni pomyśleli, że nie mamy przyjaciół! Udajemy więc, że ignorujemy innych. Podobnie podczas rozmowy staramy się „złamać” rozmówcę, pokazać mu swoją wyższość, „zagadać” go i pokazać, że jesteśmy mądrzejsi.

W rzeczywistości jednak nie ma nic łatwiejszego niż wywyższanie się ponad innych. To rozwiązanie dla słabych. Osoby silne i pewne siebie nie muszą się wywyższać. ( spójrzcie na polityków przed wyborami i zacznijcie się śmiać – toż to mięczaki – społeczeństwo funduje sobie Teatr o bezsensie żądz władzy, sławy i fortuny i to za duże wspólne pieniądze… ale skutki są kilku letnie i często zgubne dla widzów.)

Pewien młodzieniec przeszedł przez pustynie i w końcu dotarł do klasztoru, gdzie pozwolono mu wziąć udział w jednym z kazań opata. Tego popołudnia opat mówił o znaczeniu pracy w polu. Kiedy skończył, młodzieniec rzekł do jednego z mnichów:

– Doprawdy jestem zaszokowany. Spodziewałem się, że usłyszę światłe kazanie o grzechu i cnocie, a opat mówił tylko o pomidorach, nawadnianiu, i tym podobnych rzeczach. Tam, skąd pochodzę, wszyscy wierzymy, że Bóg jest łaską i że jedyne, co mamy robić, to modlić się. Mnich uśmiechnął się i powiedział:

– My tu wierzymy, że Bóg wykonał swoją część, a reszta należy do nas.

„Szczęście i zdrowie … wydaje się takie naturalne, proste i niedrogie. Prawdziwe szczęście polega na tym, aby spać spokojnie, mieć jasny umysł, dobry apetyt, nie odczuwać nienawiści ani zazdrości, śmiać się często i serdecznie, jeść posiłki w dobrym towarzystwie, wykonywać prace fizyczne na świeżym powietrzu (lub zdrowo i aktywnie wypoczywać), pływać w morzu, nie chodzić na zebrania, za to regularnie otaczać się przyjaznymi ludźmi – a do tego nie trzeba mieć milionów na koncie.

Mówiąc zupełnie szczerze, to, co nasza cywilizacja ma najlepszego do zaoferowania ludziom o największych możliwościach finansowych, jest nic nie warte w porównaniu z tym, co każdy człowiek może zaoferować sobie sam, przy odrobinie wyobraźni.”

W mojej 20- letniej pracy kaskaderskiej i 40 latniej pracy instruktorskiej w nurkowaniu i ratownictwie wodnym wielokrotnie doświadczałem stanów umysłu – gdy czas staje w miejscu a zmysły wyostrzają się i stajesz się kimś innym. Zgadzam się też z ludźmi uprawiającymi ekstremalne sporty, że jeśli choć na sekundę, w skrajnej sytuacji , koncentracja zawiedzie…. Z tej przyczyny zginęło lub odniosło poważne kontuzje  kilku moich przyjaciół.

Ale to Coś” co nas stworzyło jest obok nas..  W moim przypadku, nazwałem to Coś Aniołem.

Oto opis jednego z wielu podobnych zdarzeń w których czułem to Coś bardzo blisko.  Może to dążenie do spotkania, odczucia tego COŚ wyjaśnia „pociąg” do życia na „krawędzi” – życia w teraźniejszości?

CHWILA OBECNA

Tamtego pamiętnego dnia wstałem przed świtem. Werandę plebani w Studzienicznej zalewała księżycowa poświata. Cicho, by nie zbudzić przemiłego gospodarza, wyjąłem z torby sprzęt fotograficzny. Na bosaka, po srebrzystej od rosy łące, doszedłem do zbitego z kilku desek pomostu. Przysiadłem na ławce. Nad powierzchnią jeziora kłęby mgły stworzyły przemijające postacie jeziornych duchów. Zerwał się lekki wiatr marszcząc wodną tafle. Balet mgielnych, ulotnych postaci nimf i rusałek, rozpłynął się w nicość.
„Życia wieczność, życia chwila istnienia. Jak to pogodzić? Jak zrozumieć strumienie przepływających przez nas uczuć, skojarzeń, myśli? Które z nich są dogłębnie nasze, a które napływają i znikają do jakiegoś tajemniczego miejsca, na podobieństwo mgielnego baletu, który „tu i teraz” na moich oczach ulatuje z wiatrem?

Minęło dominujące we mnie uczucie olśnienia, oczarowania baletem, a zawładnęły mną uczucia zwątpienia, oczekiwania, a mimo to nie czuję bym istotnie się zmienił. Kim więc jestem naprawdę? Kim jestem w swojej niepowtarzalnej istotności?” – pomyślałem.
Po chwili ponad trzcinami wzeszło słońce. Spojrzałem w głąb wody i ujrzałem tam blisko siebie dwa słoneczne odbicia. Ująłem je w kadr i zrobiłem zdjęcie. Odbicia słoneczne po chwili rozpłynęły się w wodną drogę pomarszczoną podmuchami wiatru i roziskrzoną niezliczonymi błyskami padających z Nieba promieni. Wsiadłem do jachtu przycumowanego przy pomoście. Postawiłem żagle i pożeglowałem tą słoneczną drogą. Byłem szczęśliwy. Moi uczniowie czekali na mnie po drugiej stronie jeziora.

Byłem właścicielem bazy nurkowej „BIG BLUE ” działającej na uroczym, zalesionym cyplu jeziora Studzienicznego znajdującego się koło miasteczka Augustów, w północno – wschodniej części kraju.  (było to spełnienie marzenia- własny Klub Nurkowy)
Tego słonecznego poranka, podczas silnego wiatru, wywrócił się i zatonął kabinowy jacht. Kilkuosobową załogę wyłowiła przepływająca nieopodal zdarzenia wiosłowa łódka. Nasz jacht rzucił kotwicę obok miejsca wypadku. Poproszony o pomoc przy wydobyciu jachtu zszedłem pod wodę. To co mi się przydarzyło pod wodą trwało niewiele dłużej niż kilka minut. Trwało tyle ile może trwać oddech przesycony pragnieniem powrotu do życia.
Po wielu latach doświadczeń w nurkowaniu, każde wejście pod wodę traktuję jako wejście do innego świata, a każdy powrót na powierzchnię, jako powrót do domu. Powrót do jedynej, nienaruszalnej rzeczywistości. Tym razem stało się inaczej. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że mój dom, że Nasz Dom, znajduje się również gdzie indziej.
Oto kilka refleksji z tamtych dramatycznych kilku minut:
„Brak powietrza. Zginiesz”- błyska myśl. Szamoczę się próbując wyrwać się z plątaniny lin. Przerażone zniszczeniem neurony wyją z rozpaczy. Grzmot trwogi wstrząsa intelektem. Umysł w czerwień rozpala słowa „Ratuj się”. Miernik nie kłamie. Nie mam powietrza w butli. Krtań zaciska się. Duszę się. Utknąłem we wnętrzu zatopionego na 20 metrach kabinowego jachtu. „W sprzęt na plecach wplątała się lina! Przetnij ją!”- w panice wrzeszczy intelekt. Posłusznie sięgam po nóż. Spoglądam ku górze i widzę słońce jako rozmytą plamę. Tracę przytomność. Ogarnia mnie błogość. Cichnie umysł. Z tej cichości, z sennego wymiaru, spoza ziemskiego czasu i przestrzeni budzi się nadzieja. Błyska w oddali światełko. Wchodzę w jasność tunelu wewnętrznego słońca. Objawia się duchowa strona istnienia. Moja najwyższa istotność uaktywnia dawno zapomniane zmysły, włącza do tej pory nieznane świadomości programy. Ktoś, kto jest naprawdę mną emigruje poza ciało. Unosząc się swobodnie Ja – duch obserwuje siebie – ciało. Czuję, myślę i przenikam materie jasnym widzeniem. Przeżywam dramat i jednocześnie obiektywnie obserwuje go bez emocji. Świetlistą drogą nadciąga pełna jasności postać. Wola tej istoty nakazuje dłoniom otwierać kolejne klamry pasków mocujących nurkowy sprzęt do mego ciała. Jestem wolny. Wplątany w linę sprzęt pozostaje we wnętrzu jachtu. Wynurzam się bezwładnie z czeluści jachtu. Żeby wypłynąć na powierzchnię wystarczy zrzucić ołowiany pas balastowy. Dłoń zaciska się na klamrze pasa. Świetlana postać swymi myślami przenika mnie, ogarnia współczuciem, wszystko wybaczającą miłością. Dociera do mnie pytanie.
„Masz wybór, wolną wole, masz wolność. Decyduj. Zostajesz? Wypływasz?” Ku własnemu zdziwieniu nie śpieszę się z odpowiedzią. W tym niezwykłym stanie, nie czuję żadnego zagrożenia, czas jakby przestał istnieć, więc mam go bez liku. Ogarnia mnie ciekawość dziecka, radość odkrywcy. Jestem otwarty na wszelkie zdarzenia, wszelkie pytania i odpowiedzi. Objawia mi się zarówno względność jak i ukryty sens przeszłych pomyłek, porażek, błędów, grzechów. Z radością wybaczam sobie, wybaczam wszystkim. Ten proces nie wymaga ode mnie żadnego wysiłku. Teraz wiem, że tu na Ziemi przejawiłem się wraz z innymi w wiecznej szkole życia. W szkole w której jest się zarówno uczniem jak i własnym nauczycielem. W Szkole Kosmicznej, w klasie Ziemia, w której wszyscy uczą się przebaczania i miłości. Nie powstrzymuje ciekawości, i pytam świetlaną postać:
„Jak to jest? Czy to wyuczone treningiem ruchy ratują mi życie? Czy też może, niewidzialny dla normalnego stanu zmysłów świat istnieje realnie, i właśnie „tu i teraz” w sytuacji pozornie bez wyjścia, mogę poznać Ciebie, realną istotę „nie z tego świata”, która pomaga mi z nieznanych mi pobudek? Kim jesteś? Zjawą generowaną przez przerażony mózg w którym procesowi śmierci, samo-eutanazji towarzyszy podświadoma projekcja znieczulająca cierpienie. Odpowiedz, proszę! Czy wyłącznie jesteś narkotycznym widziadłem zafundowanym mi przez mój mózg jak chce większość naukowców, czy też realnym bytem z którym mogę wejść w związek podobny do ludzkich?” ” Masz wolną wole. Sam pytasz, sam odpowiadasz, sam podejmujesz decyzje. Nie lękaj się. Jesteś wieczny.” – przenika mnie myśl.
„Czy ten strumień pojawiających się i odchodzących myśli, pytań i odpowiedzi, to jedynie wspomnienia utartych frazesów, strzępów przeczytanych książek, zasłyszanych opinii, czy też realny z Tobą dialog?- pytam dalej z uporem. „Gdy uczeń jest gotowy, mistrz zawsze jest gotowy.”- przenika mnie myśl. „Jesteś więc moim Mistrzem?” – pytam.

„Ja Jestem”. W „Ja” zawarta jest wieczność, w „Jestem” jedność z całym Istnieniem. W stanie świadomości, w którym się znalazłeś ja jestem tobą a ty jesteś mną. Czas i przestrzeń tak naprawdę to kategorie naszego poznania. Istnieje jedynie chwila obecna. Czas jest czynnością liczenia zdarzeń, kolejnością poznawania, a przestrzeń jest czynnością wskazywania, kierunkiem postrzegania w sieci przeglądanych zdarzeń.”- przenika mnie myśl. 

Znika Jasna Postać. Odchodzi Mistrz . Rozpływa się moja Narkotyczna Wizja. Czuję się wolny bez krępującego ruchy podwodnego sprzętu i szczęśliwy bez ciała ograniczającego swobodę poruszania się. Moje myśli uwolnione z fizycznej struktury mózgu nabierają jasności. Jestem w sieci nieskończonej ilości zdarzeń. W ezoterycznym Matrix. W węźle – centrum, z którego rozbiegają się drogi. Widzę je, gdy kieruję na nie uwagę. Skupiam się na najbliższych zdarzeniach. Mogę to z łatwością uczynić. W stanie umysłu w którym się znalazłem jestem jasnowidzem. Ze swobodą poruszam się po łańcuchach zdarzeń. Przewijam swoją przeszłość zdarzenie po zdarzeniu jak taśmę filmową klatka po klatce, aż docieram do chwili obecnej. Mocą woli analizuję zdarzenie najbliższe z możliwych, i oto śledzę jak: „Zrzucam ołowiany pas, wynurzam się i jestem wśród przyjaciół”.

Rejs i niezłomny żeglarz


Rejs i niezłomny żeglarz

Przeglądając stare zdjęcia i rozmyślając o marzeniach…

Niezłomny Żeglarz

Jacht „Rairewa III i Narcyz w Calais (Francja)

Przeglądając stare zdjęcia i rozmyślając o marzeniach… niespełnionych i spełnionych, o powrotach, rozstaniach – zadaje sobie pytanie: Dlaczego gdy było tak źle było tak dobrze?

No cóż,  może po latach „wariackich pomysłów młodości” domyślam się odpowiedzi. Otóż, gdy podejmuje się trudne wyzwania i dostaje się „w kość” , nie ma wyjścia –  żyje się w teraźniejszości (w Tu i Teraz) .  Zmusza się umysł by  przyszłość i przeszłość nie odgrywały już żadnej zasadniczej roli (to co było i będzie w sztormie nie ma żadnego sensu). Jedynie w terażniejszości, kiedy uwalniamy się od zniewolenia przez czas (który jest pomysłem Ego- umysłu),   czuje się posmak wolności, szczęścia… i rozwija się  nad -zmysły. Warunek jest jeden – trzeba wierzyć , że w każdej ekstremalnej sytuacji ma się przy sobie Anioła Stróża – cierpliwego i rzecz jasna domyślać się. „że na nas jeszcze nie przyszedł czas”. Staszek Cisek? Pokochałem tego człowieka…

.

Stanisław Cisek

Stanisław Cisek

Urodził się we Lwowie, gdzie przeżył okupację sowiecką i niemiecką. Wkrótce po wybuchu II Wojny Światowej zmuszony był przerwać naukę w gimnazjum, ponieważ po tym, jak jego ojciec zginął w bombardowaniu, spadł na niego obowiązek utrzymywania rodziny. Po wkroczeniu Niemców i powstaniu Armii Krajowej wraz z braćmi zaangażował się w działalność w Narodowej Organizacji Wojskowej i Szkole Podchorążych. Życie Stanisława Ciska toczyło się od jednej akcji bojowej do drugiej. W kwietniu 1944 przeszedł do partyzantki i walczył w niej do końca wojny, w momencie jej zakończenia służył w stopniu plutonowego podchorążego. Za swe zasługi otrzymał Krzyż Walecznych.
Po wojnie wyjechał na Dolny Śląsk i jako były AK-owiec musiał wciąż się ukrywać, by uniknąć aresztowania przez UB. Następnie z powodzeniem kierował gospodarstwem rolnym pod Zgorzelcem, choć, jak przyznawał, na początku nie umiał rozróżnić pszenicy od żyta. Przeniósł się potem do Gliwic, gdzie skończył studia Politechnice Śląskiej na wydziale budowlanym.
W 1958 roku zdecydował się kupić w Gdyni nowy, pełnomorski jacht. Krok ten podjął w wyniku fascynacji morzem, która zrodziła się w nim pod wpływem opowieści kolegi z gimnazjum, Bogumiła Pierożka. Pierożek był jednym z pierwszych kapitanów AZS-u i prowadził dalekie rejsy morskie. Jacht Stanisława Ciska nosił nazwę „Narcyz”, miał długość 6,5 metra, szerokość 2,05 m, wyporność wynosiła mniej niż 1,5 tony, niósł 18 m2 żagla. (Dla porównania „Opty” Leonida Teligi miał wyporność 5 ton a „Polonez” Krzysztofa Baranowskiego ponad 11,6 tony.) Po kupnie jachtu Stanisław Cisek rozpoczął szkolenie żeglarskie, zdobywając kolejne stopnie, najpierw żeglarza, następnie sternika, potem sternika morskiego, co umożliwiło mu pływanie z dzieckiem po Zalewie Wiślanym i Zatoce Gdańskiej. W 1971 r. zdał egzaminy kapitańskie i otrzymał patent jachtowego kapitana żeglugi bałtyckiej.
W 1972 r. rozpoczął przygodę swojego życia, pełny perypetii rejs niewielkim jachtem „Narcyz” do Ameryki Południowej. Wyruszył ze Świnoujścia 27 sierpnia 1972, mając świadomość faktu, że przekracza wiele przepisów Polskiego Związku Żeglarskiego. Jako kapitan bałtycki miał bowiem ograniczony zakres pływania, jacht również miał kartę bezpieczeństwa zezwalającą na jedynie na żeglugę przybrzeżną, czyli nie dalej niż 20 mil morskich od brzegu. Wyruszył całkiem prywatnie, samodzielnie przygotowując wyprawę, nie korzystał z pomocy sponsorów, nie miał też żadnego wsparcia instytucjonalnego. Pytany, co skłoniło go do rozpoczęcia wyprawy, nie potrafił dać jednoznacznej odpowiedzi. -To prozaiczna sprawa. Ot, zachciało mi się i tyle. – mówił. Podróż na pewno nie wynikała z chęci sprawdzenia się, gdyż, jak twierdził, sprawdził się już wcześniej, podczas wojny. Dzięki podróży mógł przede wszystkim wyjechać za granicę i poznać świat.
Podczas wyprawy nie zabrakło przygód i dramatycznych momentów. Na Morzu Północnym Stanisław Cisek doznał urazu ręki, nie był w stanie postawić żagli a silnik się zatarł. Zmusiło go to do wezwania pomocy. Został przyholowany do Dover, gdzie czekała już na niego karetka. Gdy trafił do szpitala, okazało się, że miał zerwane ścięgna i pękniętą kość. Gdy tylko opuścił szpital, czyli po dziesięciu dniach, musiał niezwłocznie opuścić port z powodu braku wizy. Dotarł do Calais i po dwumiesięcznej kuracji zaopatrzony w mapę samochodową kanałami ruszył na Morze Śródziemne. W tej części podróży towarzyszył mu Marcin Sznajder, inżynier elektronik i płetwonurek z Warszawy, którego spotkał w Calais. Przeprawa kanałami odbywała się w spartańskich warunkach. Żeglarzom brakowało niemal wszystkiego: pieniędzy, żywności i gazu w butlach. Kanały były częściowo zamarznięte (był już grudzień), w nocy temperatura spadała do -10 stopni. Był to najtrudniejszy etap rejsu. W śluzach, których pokonano 253, trzeba było rozmrażać liny mocząc je w wodzie. 16 I 1973 „Narcyz” dotarł na Morze Śródziemne, temperaturę +5 stopni żeglarze odczuwali jako upał. W ciągu 47 dni Marcin Sznajder stracił 23 kilogramy.
Kolejne etapy podróży prowadziły przez Algierię (skąd do Polski wrócił Marcin Sznajder), Casablankę i Las Palmas do Bridgetown na Barbados. W Las Palmas spotkały się aż trzy polskie jachty: harcerski „Odkrywca”, „Maria” Ludomira Mączki, na której przygotowywał się do przejścia przez Atlantyk z Wojciechem Jakobsonem i „Narcyz”.
Czterdziestodniowy przelot przez Atlantyk odbył się bez problemów, mimo niewielkiej wielkości „Narcyza”. Jego kapitan przez wszystkie noce spał, a jacht niemal cały czas był sterowany samosterem. Jedyną przerwą w pracy tego urządzenia była awaria, powstała prawdopodobnie w wyniku kontaktu z delfinem, płetwy samosteru. Po trzech dniach ręcznego sterowania udał się jednak Ciskowi skonstruować urządzenie, które przenosiło ruchy statecznika bezpośrednio na rumpel. Dni mijały na nawigowaniu, wypełnianiu dziennika jachtowego, spotkaniach z rekinami, delfinami i latającymi rybami. Upał sprawiał, że najdogodniejszą porą do przyrządzania i spożywania posiłków były noce.
Po zakotwiczeniu na Barbados, 1.02.1974, Stanisław Cisek został przywitany przez Anglika z sąsiedniego jachtu butelką zimnego piwa. Wspomina, że nigdy przedtem ani potem tak dobrze mu nie smakowało. Na lądzie wydał ostatnie pieniądze na telegram do Polski. Wysłana do żony depesza była zresztą wyjątkowo lakoniczna, brzmiała „Barbados okay!”, razem z podpisem zamykała się w trzech słowach. W celu podreperowania budżetu przez dwa tygodnie pracował na amerykańskim jachcie „Cecilia”. Miał zamiar sprzedać jacht i wrócić samolotem do Polski, nie znalazł jednak kupca. Popłynął więc do Wenezueli przez Grenadyny i Trynidad. W La Guaira spotkał polski statek „Wyspiański”, jednak jego kapitan nie był zbyt chętny, by wziąć na pokład pasażera. Dzięki staraniom kolegów z wrocławskiego AZS-u cztery godziny przed odpłynięciem statku przyszedł teleks ze zgodą na zabranie go wraz z jachtem do kraju.
W Gdyni Stanisława Ciska oczekiwały tylko dwie osoby: żona i Stanisław Teliga, brat Leonida. Prasa milczała na temat rejsu, władze PZŻ stanęły przed dylematem, czy ukarać czy nagrodzić kapitana za daleki rejs, w którym przekroczył swe formalne uprawnienia. W końcu podjęto przychylną decyzję, Cisek został wyróżniony w corocznym konkursie na rejs roku organizowanym przez „Głos Wybrzeża”, uhonorowano go też Złotą Odznaką Zasłużonego Działacza Żeglarstwa Polskiego, niemniej przez wiele lat PZŻ unikał wspominania jego dokonań.
Stanisław Cisek był człowiekiem bardzo skromnym, niechętnie udzielał wywiadów stronił od rozgłosu. Przez wiele lat pozostawał niemalże w zapomnieniu, mimo, że jego wyczyn był jednym z bardziej znaczących w dziejach polskiego żeglarstwa.

Informacja z internetu źródło: Ewa Mróz

Calais (Francja) . Pierwsza fotka – Jacht „Narcyz” Stasia Ciska zacumowany do jachtu „Rairewa IIi” (kpt. Jerzy Knabe)
                                Druga fotka – Stanisław Cisek i „Narcyz”

Kanał koło Saint Dizier – tu zastały nas Świeta (kanał zamarzł)

Na Rodanie w drodze na m.Śródziemne (kanałami i rzekami Francji – około 1600 km i 253 śluzy)

Trzy fotki z Port Sait Louis (ujście Rodanu do m.Śródziemnego. Odwiedził nas kapitan i oficerowie z radzieckiego statku z Oddesy (otrzymaliśmy pomoc – kąpiel w gorącej wodzie – prysznic na statku „Makarenko”, uczta z kapitanem, torby żywności na dalszą drogę)

Baleary – rybacki porcik w Mahon

(po opuszczeniu porciku przeżyliśmy sztorm 10 B w drodze do Algerii)

Algier i spotkanie z samotną żeglarką … która również przeżyła ten sam sztorm 10 B (w jej jacht uderzyła fala rozbijając nadbudówkę. ( noc i dzień wylewała wiadrami wodę z wnętrza jachtu) W sztormie tym zatonął polski statek Wrocław (dzięki przytomności kapitana wszyscy się uratowali – zdecydował  o wczesnym szalupowym alarmie)

Narcyz w porcie Algier
Przepraszam za kiepską jakość zdjęć..  i odwócone napisy na jachtach.
Po powrocie z Algieru do Polski kupiłem  podobny do Narcyza jacht. Marzeniem Stasia Ciska było samotne przepłynięcie Atlantyku w pasacie – dokonał tego. W Polsce nieobecny był  trzy lata. Tak sobie myślę i kombinuję… może to i na mnie czas by poszaleć pasatowo? Prowadze trudne rozmowy z Aniołem… wspomina o emeryturze i ciepłych kapciach.

Mój jachcik „Our” (na jeziorze) – wymaga przygotowania do morskich podrózy
Pasat – stały, ciepły wiatr o umiarkowanej sile (3~4°B), wiejący w strefie międzyzwrotnikowej między 35° szerokości północnej i 35° szerokości południowej; w epoce żaglowców miał duże znaczenie. Na półkuli północnej pasat wieje z kierunku NE, a na południowej z SE (zgodnie z działaniem siły Coriolisa, powodującej odchylenie kierunku ruchu ciał poruszających się prosto na półkuli północnej w prawo, a na południowej – w lewo). Wieją one ze strefy wyżów zwrotnikowych ku strefie niżów równikowych znajdujących się w tzw.komórce cyrkulacyjnej Hadleya. Miejsce, gdzie pasaty z obu półkul spotykają się ze sobą, nazywa się Międzyzwrotnikową Strefą Zbieżności (Konwergencji) lub bruzdą niskiego ciśnienia. Pasat to wiatr, a więc poziomy ruch powietrza. Aby mógł wiać, musi istnieć różnica ciśnień między obszarami na powierzchni Ziemi, która najczęściej spowodowana jest różnicami w nagrzaniu powierzchni naszej planety.

Wdzięczność w człowieku?

Wdzięczność w człowieku?

… radość w sercu i niepotrzebna dziurka

Poznanie siebie jest początkiem mądrości; bez tej mądrości wiedza prowadzi do walki, ciemnoty, cierpienia i udręczeń.

Mamy wrodzoną zdolność do szczęścia, możliwość twórczości, oraz wchodzenia w kontakt z czymś, co istnieje poza chwytem szponów czasu. Radość twórcza nie jest darem przeznaczonym dla niewielu; dlaczego znaczna większość ludzi nie zna tej radości? Czemu niektórzy potrafią, pozostawać w kontakcie z głębią, pomimo warunków i przeciwności, gdy inni staja się ich ofiarą i są zmiażdżeni? Czemu niektórzy są prężni, giętcy, a inni pozostają uparci i sztywni i życie ich niszczy ? Bez względu na wiedzę niektórzy potrafią mieć wrota otwarte ku temu, czego żaden człowiek, ani książka, nie są w stanie dać; a inni zostają przytłoczeni przez technikę i autorytet. Dlaczego?

Byłem wczoraj u znanego profesora medycyny na konsultacji. Moje pytanie brzmiało:  jak usunąć małą przepuklinę pępkową? Przez pół godziny mówił i mówił.. dlaczego, po co, jak to się robi operacyjnie (złożony spadochron ze specjalnej siatki w pępek trzeba włożyć i siatkę rozprostować …. potem  się ona zrośnie i będzie klawo a dzień po tym zabiegu można iść do domu… Bułka z masłem!

Nie chciał nic wiedzieć o mnie.. co myślę, co czuję. Ale ja jednak – wolny człek -pomyślałem, że mam do czynienia z  „NAPRAWIACZEM”  a nie z lekarzem „z powołania niesienia pomocy”.

Jakoś udało mi się przerwać jego tok myślenia i mówienia i powiedzieć o uczuciach, o sercu, że : kiedy wchodzę do jakiegokolwiek szpitala i widzę kitle białe, to serce mi wariuje i że nie leczę się od około 30 lat.. bo wystarcza mi jedno jabłko dziennie rano i pachnąca kawa jako lekarstwo na wszystkie choroby i ułomności ciała”

„Można i tak – zaśmiał się – ale Serce! „

Kilkanaście sekund trzymał kciuk na moim pulsie. „Oj niedobrze! – powiedział- Zrobi pan więc badania dodatkowe (oprócz typowych przed każdą operacją)  u kardiologa, mojego kolegi… bo z sercem nie ma żartów gdy wariuje (trzepocze ) ,,, bo to skrzep może się jakiś oderwać a wtedy udar, zawał.. może trzeba będzie i założyć rozrusznik? Żyje Pan na bombie – zakończył

–  A przepuklina może tez doprowadzić do nagłej śmierci.. jeśli jelita zostaną uwięzione brrr Karetka.. sygnał.. i na cito…

Więc STRASZENIE!!?? Moja szyszynka zajęczała i skurczyła się ze strachu…

„Chwała Bogu, że człowiek umiera tylko jeden raz. Bo dwa to przesada… – pomyślałem, oczywiście chichocząc w duchu.. bo to z książki Truchanowskiego: „Nie można zabić człowieka  dwa razy!”(za jednego życia, oczywiście)

Śmiech śmiechem! Ale i tak Naprawiacze zawsze są górą z tym śmiechem… bo „robią” w materii ciała i gromadzą ją w formie drogocennej-  200 zł za konsultacje u każdego specjalisty około 5 tyś za naprawienie ciała (tylko pępka i serca – nie wiem) bez gwarancji, że siatka może się oderwać i podróżować po moim wnętrzu naciskając to tu , to tam jakiś nerw ..  a wtedy Oj Boli! A i lekarstwa na serce też droższe pewnie niż jabłka nie wspominając o wizji cierpień i ceny rozrusznika!!!

Reasumując:

Stawiam na uzdrawiający śmiech z siebie i do siebie i pomysł „dziecka”(gdy się kapię w wannie najlepsze przychodzą mi pomysły – woda to mój żywioł!!!) ….hmm  Mam… pomysł dla wyrośniętego niemowlaka. Tak sobie wymyśliłem po wyjściu z konsultacji i po kilku pełnych oddechach i lżejszej kieszeni.

” Braciszku!… (to do siebie) Nie bądź głupkiem.. (to też do siebie). Zostań przez jakiś czas dużym gabarytowo niemowlakiem i kup sobie zestaw kilku plastrów dla niemowlaków…wciśnij trzema plastrami (boś wielki niemowlak)  przepuklinę,  ściśnij plastrami okrągłą  dziurkę tak jak rozdziawione usta zamyka się plastrem na filmie gangsterskim i będzie klawo . Pod warunkiem żeś „duchowy człek” i wiesz co to wizualizacja i wiara w „cudowne” uzdrawianie…Gdy wizualizacją i plastrami dla niemowląt doprowadzisz dziurkę do zrośnięcia brzegów, otwórz klinikę dla innych samo –  łataczy dziurek … i zostań Bogaczem Wynalazcą.

A teraz poważny tekst..ale też z przymrużeniem innej dziurki .. oka.

Wybory, które dokonuje się codziennie,. odciskają się na zawsze na losie świata za pośrednictwem nieskończonych łańcuchów zdarzeń. Tak jak przysłowiowy motyl w teorii chaosu, który poruszając skrzydełkami w Chinach, wywołuje huragan w Ameryce , warto uświadomić sobie wagę każdej myśli, każdego wypowiedzianego słowa – zwłaszcza okazywania miłości innym ludziom, a nawet Ziemi.

 Żyć tu i teraz. Czuć pieszczotę promieni słonecznych na skórze, dotyk wody, która chłodzi gardło. Tego samego przecież słońca, które dało kiedyś życie dinozaurom, tej samej przecież wody, która gasiła ich pragnienie. Ta woda była częścią ich komórek, zanim znów stała się chmurami, potem oceanami.

Skąd bierze się wdzięczność w człowieku za całość Stworzenia? Czy to jest odkrycie duszy w sobie i utożsamianie się z nią?

Odkrycie duszy w sobie zmienia cały wewnętrzny świat człowieka. Ważny jest wtedy dotyk wiatru na twarzy bo przecież kiedyś też będziemy wiatrem, wodą i słońcem. A przede wszystkim iskrą w oczach ludzi, którymi się opiekowaliśmy, albo ludzi którym życie uratowaliśmy. To, czym siebie czyniliśmy i czynimy teraz już żyje wszędzie i będzie żyć zawsze.

Bowiem egoizm rodzi żądzę, jedno nie da się pomyśleć bez drugiego, zaś żądza przywiązuje nas do poszczególnych przedmiotów, skuwa nas potężnym węzłem z kołem narodzin i śmierci. Żądza zaślepia naszą zdolność poznawania i uwodzi w królestwo ułudy, gdzie wszystko się widzi na opak, w ten zawiły labirynt czasu i przestrzeni, gdzie każda rzecz wydaje się różna od innych. Należy więc zwalczyć żądzę, o ile chcemy poznać Prawdę i zdobyć Wolność.

Tak jak kamień wrzucony do wody wytwarza kręgi fal, tak każdy człowiek wytwarza w swoim życiu wibracje swoimi uczuciami, myślami. Wibracje te mogą zakłócić spokój innych Istot. Odpowiedzialny jesteśmy za to, co wkładamy do swego kręgu. Warto żyć w taki sposób, aby POKÓJ pochodzący z generowanego kręgu przenikał do innych, z całym swoim błogosławieństwem. Kręgi pochodzące ze złości lub zawiści będą zakłócać inne kręgi. Jesteśmy za to odpowiedzialni. Cokolwiek się dzieje wewnątrz nas – energią wibracji uczuć i myśli rozchodzi się na cały świat, przekazując bądź piękno bądź niepokój innym.

Jednak wolę patrzeć na ptaki , las, jeziora, rzeki, Księżyc w pełni, gwiazdę Polarną i roześmianych ludzi niż na … sami wiecie na kogo niechętnie patrzymy (kitle, mundury?) Hej…Wędrowne Ptaki i Włóczykije.. lato blisko…

Życie przed Życiem

Życie przed Życiem

Nie boję się śmierci ale jestem jej ciekaw – skłamałem.

To takie dziwne , ze Anioł jest – On , a Śmierć – Ona

Siedziałem w pokoju, na trzecim piętrze Gmachu Elektroniki i łzy leciały mi z oczu. Koleżanka z pracy, objęła mnie, przytuliła i wyszeptała: „To co się zdarzyło, to nie twoja wina.” Poczułem się w ramionach Anioła. Przed chwilą odebrałem telefon, że kobieta, którą kochałem od najmłodszych lat – tragicznie zmarła.
A Anioł, ustami mojej koleżanki, szeptał dalej: „Boisz się Śmierci, prawda? Spójrz, ona siedzi ci na ramieniu i uśmiecha się. Uwierz, że to ona może być twoją najlepszą nauczycielką życia.”

„Nie boję się śmierci ale jestem jej ciekaw” – skłamałem wtedy.

Anioł zamilkł i przysiadł na moim lewym ramieniu, a Śmierć rozpostarła ramiona w przywitaniu i pokiwała z aprobatą głową. „Witam. Postaraj się a zostaniesz moim uczniem.”- zachichotała z prawego ramienia.

Dostojni, drodzy przyjaciele. Anioł i Śmierć wciąż są moimi nauczycielami i ani na chwilę nie opuszczają moich ramion. Zastanawiam się, na poważnie, czy nie są to tylko dwie maski tej samej istoty, gdzieś tam ukrytej w moim wewnętrznym świecie? Najogólniej wyjaśniając, Anioł i Śmierć, nie konkurując z sobą, uczą mnie pokory i milczenia. Ci zadziwiający nauczyciele mówią do mnie wieloma ustami spotkanych ludzi.

Priorytetowym celem życia, jaki wynoszę z tych nauk, jest, że „być” jest dużo ważniejsze niż „mieć”, i to bycie muszę realizować, na podobieństwo wody – nie wadzić nikomu i być jednocześnie pożytecznym.

A zaczęło się tak… Mając trzy lata – jako pucołowate dziecko, z głową pełną blond loków, łowiłem ryby z tarasu pierwszego piętra. Gdy wędka mi wypadła, pokonałem barierkę okalającą taras, i skoczyłem za wędką. I wtedy objawił się po raz pierwszy Anioł. Łagodnie posadził mnie na trawie, uśmiechnął się i zniknął. Wydało mi się to tak naturalne, że nawet mu nie podziękowałem. Bardzo mało wtedy mówiłem i wszystko wydawało mi się naturalne i normalne, jak to dziecku. Głupkowato się podobno uśmiechałem, gdy zastała mnie niania siedzącego na kamieniu. Taki Klaudiuszowy uśmieszek, który czwartego cesarza Rzymu ratował od unicestwienia , o dziwo do tej pory ratuje też i mnie przed wieloma zachłannymi na moją wolność, wyznawcami władzy, sławy i fortuny i ogólnie mówiąc ratuje mnie od „-izmów” (w tym socjalizmu, komunizmu, kapitalizmu i idiotyzmu).

Moim żywiołem od najmłodszych lat była woda. Rezygnacja z pracy naukowej i robienia doktoratu przyszła mi nadzwyczaj łatwo.

Anioł szepnął: „Patrz sercem i nie zaśmiecaj umysł przemijającą wiedzą, która jest jedynie migoczącym cieniem ogniska prawdy.”

A Śmierć dorzuciła:
„Diabeł szedł ze swym przyjacielem ulicą. Ujrzeli przed sobą człowieka, który zatrzymał się, podniósł coś z ziemi, obejrzał i włożył do kieszeni. Przyjaciel zapytał: Cóż człowiek ten podniósł? Diabeł odparł: Podniósł odrobinę Prawdy. To chyba bardzo dla ciebie niekorzystne – rzekł przyjaciel. Ależ nie – odparł diabeł – pozwolę mu ją teraz zinstytucjonalizować. Zacząłem się śmiać. „Więc tak powstały między innymi uczelnie?”

Po odejściu ukochanej kobiety i po rezygnacji z naukowej kariery przyszedł czas na oczyszczenie umysłu i ciała. Uzdrawiające i jednocześnie złowrogie okazało się zalecenie psychologów „odreaguj stres”. Mnie skojarzyło się z alkoholem, i z pożądliwością płci pięknej. Hulanki i swawole stały się moją codziennością. Anioł milczał a Śmierć przyjaźnie poklepywała mnie po ramieniu i też milczała.

Hulanki i swawole zawsze były i są kosztowne. Musiałem wiec pracować: jako nurek, ratownik wodny i filmowiec – w tym kaskader, stopniowo uzyskując wtajemniczenia w tych zawodach. Moi nauczyciele chyba ucieszyli się z wyboru tych dość ryzykownych zajęć.

Anioł mi szeptał: „Róże rozkwitają po burzy”, i że „Jasność nie istnieje bez Ciemności” albo „Co cię nie zabije to cię wzmocni”…

…a Śmierć wyjaśniała: „Dobrze robisz. Nic nie wniosą do twojego rozwoju książki, wyrzuć je do kosza. Wszystko co w nich napisane to śmiecie, to starocie bez wartości. Człowiek wszystkiego musi doświadczać sam by zrozumieć innych i siebie.”

Kim więc jestem i po co żyję? Czy życie jest w nagrodę , czy za karę – pytałem.
Anioł się uśmiechał: „ Nie jest z tobą źle skoro zadajesz pytania?” – i uzupełnił przesłanie Śmierci:

„Pewien człowiek wybrał w bibliotece trzy książki do przeczytania. Zapytał bibliotekarza ile książek liczy zbiór. Gdy dowiedział się, ze około kilkanaście tysięcy i że kilka żywotów by mu zabrało przeczytanie wszystkich, oddał te trzy pożyczone, mówiąc: Musi istnieć inny sposób na stanie się mądrzejszym.”

Tak żyjąc raczej poza domem i w ciągłym strachu przed śmiercią , jakimś cudem dożyłem do emerytalnego wieku i wtedy zająłem się fotografią przyrody, malowaniem obrazów, pisaniem. I wtedy Anioł i Śmierć znów się objawili i przyparły mnie do muru pytaniami:

„Jeśli fotografujesz, malujesz, piszesz to robisz to dla siebie czy dla Niego ?” – zapytał Anioł
„Czy choroby są przyczyną śmierci, czy raczej to ja, Śmierć, jestem powodem chorób? – zapytała Śmierć.

Do tej pory nie jestem pewien swoich odpowiedzi. Obrazy maluje dla siebie, fotografuje i piszę dla siebie i innych. A choroby? To już inna sprawa. Myślę, że w większości powodują je lęki, które źródłowo pochodzą od lęku nad lękami – przed Śmiercią. Bo kto by się bał Anioła?

Mam tylko nadzieję, że kiedyś, na Drugim Brzegu, Anioł i Śmierć wyjaśnią mi i odpowiedzą po swojemu na te dwa pytania, bo tego brakuje mi do szczęścia.

Szczęście? Cóż to takiego?.

Anioł tak to ujął:
Gdy ludzie zebrali się, pewien człowiek znany z mądrości , zapytał:
„Gdyby człowiek powiedział Bogu, że chce pomóc cierpiącemu światu, bez względu na cenę, jaką musiałby zapłacić, i gdyby Bóg pouczył go, jak ma to zrobić, czy człowiek ten powinien zrobić, jak mu kazano?”
„Oczywiście, mistrzu! Gdyby Bóg go o to prosił, radością byłoby dlań znosić nawet piekielne męki!” – krzyknął tłum.
„Bez względu na to, jakie to męki i jak trudne byłoby to zadanie?” – pytał dalej mistrz.
„To honor zawisnąć. Chwała do krzyża być przybitym. Chwała spłonąć na stosie, jeśli tego właśnie oczekiwałby Bóg”. – odpowiedział tłum.
„A gdyby Bóg – zapytał mistrz – powiedziałby wam prosto w oczy: nakazuje wam byście na tym świecie do końca dni swoich byli szczęśliwi, co byście wtedy zrobili?”
A tłum pogrążył się w ciszy. Na zboczach gór, w dolinach, gdzie zgromadzili się wszyscy, nie było słychać ani głosu, ani dźwięku żadnego.

Słysząc tą anegdotkę , Śmierć, siedzącą na prawym ramieniu, zachichotała z uciechy .
„Coś ci wyjaśnię – powiedziała – Myślisz na przykład, jako człowiek posługujący się intelektem, że jeśli ktoś podniesie kamień i rzuci nim, a on trafi lub chybi celu, to ów czyn na tym się kończy.

Ale tak nie jest, czy to rozumiesz? Gdy kamień zostanie podniesiony, ziemia stanie się lżejsza, a ręka, która go unosi cięższa. Kiedy się go rzuci, jego ruch wpłynie na obroty gwiazd, a tam gdzie uderzy i spadnie, zmieni się wszechświat. Od każdego czynu zależy równowaga całości. Wiatry i morza, wszystkie przejawy działania sił wody, ziemi, światła, wszystko to co czynią zwierzęta i rośliny, jest słuszne i właściwe. Wszystkie te czyny stanowią część równowagi. Od huraganów, przez głosy delfinów pluskających w morzu, do upadku suchego liścia i lotu komara, wszystko to zawiera się w harmonii całości. Lecz wy ludzie, z tego powodu, że posiadacie władzę nad światem i sobą musicie uczyć się tego, co liść, wieloryb i wiatr czynią z własnej swej natury. Musicie nauczyć się utrzymywać równowagę. Posiadając rozum, nie możecie działać w nieświadomości. Mając możliwość wyborów, nie możecie działać lekkomyślnie. Kim jesteś człowieku– chociaż masz moc, aby karać i nagradzać igrając z ludzkim przeznaczeniem?”

Więc co mam czynić by nie zakłócać harmonii całości?- zapytałem

„Nie czyń nic, ponieważ właśnie to jest sprawiedliwe, godne pochwały i szlachetne. Nie czyń nic- ponieważ wydaje się właściwym tak postępować – czyń tylko to co musisz i czego nie możesz zrobić w żaden inny sposób.”

Anioł na lewym ramieniu milczał a Śmierć uśmiechała się drwiąco.
I jak to rozumieć?- pomyślałem. Może Śmierć jest Mistrzem Paradoksu. A Anioł? Mistrzem Prostoty? A może każda dualność to tylko wymysł mojej głowy? Miłość i nienawiść, dobro i zło, życie i śmierć to tylko podziały wymyślone przez człowieka i nic takiego w Naturze nie występuje?

A Anioł i Śmierć to ta sama Istota?

Zabawa ze śmiercią.

Niekiedy wsiadam do samochodu i ruszam w drogę „tam gdzie oczy poniosą”. Zdaje się na instynkt i podszept tych Niewidzialnych Istot, które zawsze są przy nas. Trafiam wtedy do miejsc, które wydają mi się bardzo znajome, chociaż w nich nigdy za tego życia nie byłem. Jadąc tak bez celu pomyślałem: odczuwam duchy leśne – ich dotyk, słyszę ich szczebiot. Gdyby nie Anioły, nie przeżyłbym. Ale pomiędzy mną a Stwórcą przecież istnieje wiele Istot – o wyższym poziomie świadomości i egzystujących w wymiarach, które są niedostępne dla naszych ograniczonych zmysłów. Nie jesteśmy sami. Anioły, Archanioły, i inne  Duchy z Wyższej półki.

Mój Boże… stworzyłeś „mnóstwo” tajemniczych i potężnych Istot! Daj nam z nimi wejść w relacje…

Tak bym chciał pogadać z Aniołem, Archaniołem; jak człowiek z człowiekiem. Ja rozprostuje nogi a On skrzydła. Mój Stwórco! Proszę. Jak wygląda Archanioł? – wysłałem myśl zza kierownicy. Oczywiście nie liczyłem na odpowiedz. A jednak… Stwórca ma Wielkie Poczucie Humoru a Jego ekranem jest całe Niebo a „szkolnym podwórkiem” cała Ziemia.

Pewnego dnia przybiegł jakiś człowiek i błagał Mędrca, żeby poszedł z nim do domu krewnego, który czuł się bardzo źle i tylko ów Mędrzec mógł coś na to poradzić.
– Nie. Nie pójdę – odparł Mędrzec – ale kiedy wrócisz, daj mu tego banana i zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. Mężczyzna pobiegł do domu, dał choremu do zjedzenia banana, a kiedy tylko ten przełknął ostatni kęs, spokojnie umarł.
Wszystko było „dobrze” – jak powiedział Mędrzec. Krewny umarł w spokoju. A jednak my upieramy się przy myśleniu, iż „dobrze” powinno znaczyć: wyzdrowiał i żył jeszcze długie lata. Ale dlaczego? To właśnie z tego nieustannego rozróżniania między tym, co nam się podoba, a tym, co nam się nie podoba, rodzi się nasze nieszczęście. Tylko akceptując, że wszystko to Jedno, niczego nie odrzucając, zdołamy być może uspokoić nasz umysł i złagodzić udrękę.

On „opuścił swoje ciało” . Jakież to piękne hinduskie określenie, aby odrzeć śmierć ze smutku! My też tego próbujemy, mówiąc „przeniósł się na tamten świat”, „przeszedł do lepszego życia”, jednak w gruncie rzeczy wciąż z tego powodu rozpaczamy.

Oto kilka epizodów, z bardzo wielu, które pozwoliły mi dojrzeć „światełko w tunelu” i pewność, ze podążam w miarę dobrą drogą. Gdzie ta droga prowadzi? Odpowiem z serca i umysłu, i z całą szczerością siedemdziesięciolatka: „Nie mam zielonego pojęcia. Ale w każdym momencie życia jestem gotowy by: ”Wsiąść do pociągu byle jakiego i nie dbać o bagaż ani o bilet…”

 Anioł i Śmierć (akryl, 70×100 cm)

Noemi

Panie doktorze!…

… kiedy uprawiam seks słyszę pogwizdywania…– A czego się Pan spodziewał w Pana wieku?! Oklasków???

Dla relaksu

https://www.youtube.com/watch?v=8Z5EjAmZS1o&t=5302s

Nadejdzie czas gdy każdy inteligentny człowiek będzie zaznajomiony z „chemią duchową” by umieć dla każdej formy zatrucia duchowego znaleźć odpowiedni środek neutralizujący. Zrozumiemy, że równie łatwo jest przeciwdziałać myślom przykrym, dręczącym za pomocą myśli przeciwnych – jak chłodzić wrzącą wodę przez dodanie do niej zimnej. Czując, że umysł nasz unosi się gniewem powinniśmy zwrócić go do miłości i harmonii a płomień gniewu natychmiast zostanie unicestwiony.

Innymi słowy jest rzeczą zupełnie możliwą, a nawet niezbyt trudną, zbadać dokładnie istotę naszych myśli. Posiąść nad nimi władzę a następnie regulować stan naszego usposobienia i zachować równowagę spokój i pogodę nawet wśród najtrudniejszych okoliczności. Żaden fizyczny wysiłek, żadna namiętność czy przykrość – nie potrafią wytrącić z równowagi człowieka przyszłości – nie potrafią zakłócić jego dostojnego spokoju.

Jeśli…
– po jednej kawie nie możesz zasnąć,
– po jednym piwie zaraz pędzisz do toalety,
– wszystko wydaje Ci się za drogie,
– byle głupstwo doprowadza Cię do furii,
– niewielkie łakomstwo oznacza natychmiastowy przyrost wagi,
– zaczęła się dla Ciebie era metalu (srebrne włosy, złote zęby, tytanowy rozrusznik),
– od mięsa boli Cię brzuch, a pieprz stał się zbyt ostry,
– od soli skacze Ci ciśnienie,
– w restauracji prosisz o stolik z dala od muzyki i ludzi,
– od wiązania butów łamie Cię w krzyżu,
– zasypiasz przed telewizorem,
– masz kilka par okularów (do bliży, do dali, przeciwsłoneczne…),
– wszyscy zwracają się do Ciebie per „Pan” (lub per „Pani”),
– odczuwasz bóle niewyjaśnionego pochodzenia,
– płaczesz bez powodu…

jeśli więc masz te wszystkie objawy… UWAGA! Wiem, co Ci dolega! TOSTA!
Nie ma wątpliwości, TO-STA-rość!

 O! Noemi!

https://www.youtube.com/watch?v=PRQxhkSrS5c

 http://teksty.org/jaroslaw-jar-chojnacki,noemi,tekst-piosenki

 Już północ zwęziła jasność myślenia
much cmentarz odnalazły w kloszu
błagałem przyleć profesorko milczenia
i zawij chciwe sny o listonoszu

 Gdy przylecisz Noemi

raj stworzymy na ziemi,
raj stworzymy na ziemi
mój aniele
Noemi

 Nie jest prawdą, że umarli umierają

chodź nad materią dogasa ogarek
to Bóg ze skrzynek pocztówki wybiera
by sprawdzić naszą wypłowiałą wiarę
gdy spłyniesz święta z kręgów nicości
hinduskie nagle zapachną kadzidła
i rdzawe kleszcze mojej samotności
niechcący złamią twoje srebrne skrzydła

Gdy przylecisz Noemi

raj stworzymy na ziemi,
raj stworzymy na ziemi
mój aniele
Noemi

 I sobie bliscy i sobie jedyni

o świcie w horyzont pójdziemy razem
żeby odnaleźć w sercu pustyni
źródło gdzie można zbudować oazę

Nie odlecisz Noemi

raj stworzymy na ziemi,
raj stworzymy na ziemi
mój aniele
Noemi

Wszystko przeminie

To też przeminie

Nigdy się nie martwię z tego powodu, że myślę

„…Niektórzy odczuwają silną potrzebę budowania, tworzenia, angażowania się, osiągania, wpływania na kształt świata . Jeśli są to ludzie nieświadomi, ich ego przejmie oczywiście kontrolę i wykorzysta do własnych celów tę energię cyklu wychodzenia. Jednak w ogromnym stopniu ograniczy to również dopływ do nich strumienia twórczej energii i coraz bardziej będą musieli „starać się”, aby uzyskać to, czego pragną . Jeśli są to ludzie świadomi i jeśli ruch na zewnątrz jest u nich silny, to okażą się wyjątkowo twórczy. Inni, gdy już zakończy się naturalna ekspansja związana z dorastaniem, prowadzą, jak się zdaje, przeciętne, raczej bierne i stosunkowo jednostajne życie.

Są oni z natury zwróceni ku własnemu wnętrzu i w ich przypadku ruch na zewnątrz ku formie jest minimalny. Woleliby raczej powrócić do domu, niż z niego wyjść. Nie pragną silnie angażować się w sprawy świata ani go zmieniać . Jeśli mają jakiekolwiek ambicje, to zwykle nie wykraczają one poza znalezienie sobie jakiegoś zajęcia, które zapewni im pewien stopień niezależności. Niektórzy z nich czują, że nie pasują do tego świata. Inni czują się wystarczająco szczęśliwi, gdy znajdą sobie jakąś bezpieczną niszę, w której wiodą względnie spokojne życie, gdy mają pracę dającą regularne dochody lub prowadzą małą własną firmę. Jeszcze innych pociąga życie we wspólnocie duchowej lub w klasztorze . Są też tacy, którzy stają się wyrzutkami i żyją na marginesie społeczeństwa, z którym niewiele ich łączy. Inni sięgają po narkotyki, bo życie na tym świecie jest dla nich zbyt bolesne.

I w końcu są ludzie, którzy zostają uzdrowicielami lub nauczycielami duchowymi, czyli nauczycielami Istnienia…”

„… żył sobie gdzieś na Bliskim Wschodzie pewien król, który ciągle miotał się między szczęściem a zgryzotą. Najdrobniejsza rzecz mogła wywołać w nim wielki niepokój lub sprowokować go do gwałtownej reakcji, a poczucie szczęścia szybko zmieniało się w rozczarowanie i rozpacz. Przyszedł czas, gdy król w końcu zmęczył się samym sobą i swoim życiem i zaczął szukać drogi wyjścia z tej sytuacji. Wezwał do siebie mędrca, który mieszkał w jego królestwie i cieszył się opinią człowieka oświeconego. Gdy przybył, król oświadczył: „Chcę być taki jak ty. Czy możesz dać mi coś, co sprawi, że w moim życiu nastanie harmonia, spokój i mądrość? Zapłacę każdą cenę, jakiej zażądasz”.

Mędrzec odparł:

„Mogę ci pomóc. Ale cena byłaby tak wysoka, że całe twoje królestwo by nie wystarczyło, abyś mógł ją zapłacić. Dam ci to więc w podarunku, jeśli tylko zechcesz przyjąć”. Król wyraził zgodę i mędrzec odszedł.

Po kilku tygodniach mędrzec wrócił i wręczył królowi piękną szkatułkę zdobioną nefrytami . Król ją otworzył i znalazł w środku tylko prosty złoty pierścień. Był na nim wygrawerowany napis:

„To też przeminie”.

Co to znaczy?”- spytał król . Mędrzec odparł : „Stale noś ten pierścień. I cokolwiek się wydarzy, zanim nazwiesz to złym lub dobrym, dotknij pierścienia i przeczytaj ten napis . Dzięki temu zawsze będziesz spokojny”.

„To też przeminie”. Co czyni te proste słowa tak potężnymi? Kiedy patrzymy na nie powierzchownie, mogłoby się wydawać, że chociaż przynoszą pewną pociechę w złych sytuacjach, to także zmniejszają radość z tego, co w życiu jest dobre. „Nie bądź taki szczęśliwy, bo wszystko to przeminie”. To zdają się mówić, gdy używamy ich w sytuacji uznanej za dobrą.

Pełne znaczenie tych słów staje się jasne, gdy spojrzymy na nie w kontekście dwóch innych historii. Opowieść o mistrzu zen, którego jedyna odpowiedź zawsze brzmiała:

„Czy naprawdę tak jest?”,

ukazuje, jak korzystny jest brak wewnętrznego sprzeciwu w stosunku do wydarzeń, czyli jednoczenie się z tym, co się dzieje albo historia o człowieku, który nieodmiennie wygłaszał lakoniczną opinię:

„Być może”,

ilustruje mądrość płynącą z braku osądzania, a historia o pierścieniu wskazuje na fakt nietrwałości, który- gdy go dostrzeżemy – prowadzi do nieprzywiązywania się.

Niesprzeciwianie się, nieosądzanie i nieprzywiązywanie to trzy aspekty prawdziwej wolności i światłego życia.

Te słowa wyryte na pierścieniu nie zabraniają ci cieszyć się tym, co w życiu dobre, i nie mają jedynie pocieszać w chwilach cierpienia. Ich cel jest głębszy: uświadamiają ulotność każdej sytuacji wynikającą z krótkotrwałości wszystkich form – dobrych i złych. Kiedy uzmysłowisz sobie tę przemijalność, twoje przywiązanie do form maleje i do pewnego stopnia przestajesz się z nimi utożsamiać . Brak przywiązania nie znaczy, że nie możesz radować się dobrem, które świat ci oferuje. W gruncie rzeczy cieszysz się nim jeszcze bardziej. Gdy już dostrzeżesz oraz zaakceptujesz krótkotrwałość wszystkich rzeczy oraz nieuchronność zmiany, możesz cieszyć się przyjemnościami tego świata wtedy, gdy trwają, bez obawy ich utraty i niepokoju o przyszłość .

Gdy nie jesteś przywiązany, uzyskujesz dogodniejsze miejsce do obserwacji, z którego przyglądasz się swym życiowym doświadczeniom, zamiast wpadać w ich pułapkę . Stajesz się jak astronauta, który widzi planetę Ziemię otoczoną ogromem przestrzeni i dostrzega paradoksalną prawdę : ta Ziemia jest drogocenna, a zarazem nic nieznacząca . Zrozumienie, że „to też przeminie” pozwala zachować dystans, a wraz z dystansem w twoim życiu pojawia się nowy wymiar: przestrzeń wewnętrzna. Dzięki nieprzywiązywaniu się, jak również nieosądzaniu i wewnętrznemu niesprzeciwianiu się uzyskujesz dostęp do tego wymiaru.

Gdy przestajesz się całkowicie utożsamiać z formami, wówczas świadomość – to, kim jesteś – wyzwala się ze swojego uwięzienia w formie . To wyzwolenie jest początkiem powstawania przestrzeni wewnętrznej . Pojawia się ona jako cisza, subtelny spokój głęboko w tobie, nawet w obliczu czegoś, co wydaje się złe. „To też przeminie”.

I nagle wokół danego wydarzenia tworzy się przestrzeń. Istnieje ona także wokół emocjonalnych wzlotów i upadków, nawet wokół bólu. Nade wszystko jednak przestrzeń ta znajduje się między twoimi myślami. A z niej emanuje spokój, który jest „nie z tego świata”, bo ten świat jest formą, a spokój jest przestrzenią. Jest to spokój Boga.

Możesz więc cieszyć się rzeczami tego świata i je cenić, nie przypisując im wagi i znaczenia, jakich nie mają. Możesz uczestniczyć w tańcu wszech – stworzenia i być aktywnym, nie przywiązując się do rezultatów i nie stawiając światu żadnych nierozsądnych wymagań: daj mi poczucie spełnienia, uczyń mnie szczęśliwym, bezpiecznym, powiedz, kim jestem. Świat nie może ci tego dać, a kiedy przestaniesz żywić takie oczekiwania, skończy się wszelkie stworzone przez ciebie cierpienie. Całe to cierpienie wynika z przeceniania formy oraz z braku świadomości, że istnieje wymiar przestrzeni wewnętrznej . Gdy wymiar ten obecny jest w twoim życiu, możesz cieszyć się rzeczami, doświadczeniami i przyjemnościami zmysłowymi, nie gubiąc w nich siebie, nie przywiązując się do nich, to znaczy nie uzależniając się od świata.

Słowa „to też przeminie” są drogowskazem ku rzeczywistości. Wskazując nietrwałość wszelkich form, wskazują zarazem wieczność. Tylko to, co jest w tobie wieczne, może postrzegać nietrwałość jako nietrwałość. Gdy wymiar przestrzeni jest zagubiony – lub raczej pozostaje nieznany – sprawy tego świata nabierają absolutnej ważności, powagi i rangi, których w istocie nie mają . Gdy na ten świat nie patrzy się z perspektywy bezpostaciowości, staje się on miejscem pełnym zagrożeń, a w rezultacie miejscem rozpaczy. Prorok ze Starego Testamentu musiał to czuć, gdy pisał:

„Mówienie jest wysiłkiem: nie zdoła człowiek wyrazić wszystkiego słowami” …” .

Fragmenty z pism E.Tolle i własne przemyślenia

Jak znaleźć partnera?

Jak znaleźć partnera i ..

Większość ludzi nie dziwi już, że pojawiają się na świecie dzieci wybitnie uzdolnione w którejś z dyscyplin nauki czy sztuki. Ale wielu protestuje  i nie dowierza gdy pojawiają się dzieci , które trochę inaczej spostrzegają otaczające ich istoty. Są takie dzieciaki, które dzielą ludzi na tych, którzy przechodzą przez ściany i na tych, którzy tego nie potrafią.

Te dzieci widzą duchy!

Czy to zakazane, czy nie ale  oczywiście zdarzają się takie fenomeny i rodzice mają kłopot. Jeśli rodzice nie „wybiją szybko z głów ” takie i podobne umiejętności swoim dzieciakom, czyli zupełnie zgodne z Naturą , umiejętności swobodnego przebywania w różnych sferach życia, to często  takie dzieci wyrastają  na duchowych uzdrowicieli.

Oto miły przykład:

https://www.youtube.com/watch?v=lRVBt2jYZAg

Gdyby ktoś chciał być bogaty… proszę bardzo:

https://www.youtube.com/watch?v=rn7DYPV7GQE

Występuje na tych video urocza kobieta .. i nawet jak ktoś zupełnie jej nie będzie wierzył w to co mówi  to chociaż niech popatrzy .

Ale sprawdziłem!! To co przekazuje –  DZIAŁA!! Spróbować warto…

W „Małym Księciu” gdy Turek w narodowym stroju mówił o odkrytej planecie – nikt mu nie wierzył z ludzi nauki. Wygląd kobietki.. niech Was nie zwiedzie…

A tu inna Pani… pisze tak…

„…Zaczęłam stosować afirmacje we wszystkich dziedzinach swego życia. Byłam zadowolona zwłaszcza z tego, jak dobrze działają w bliskich związkach. Najbardziej lubię opowiadać o pewnej prostej afirmacji, która pomogła mi stworzyć mój obecny związek. Po prostu napisałam tak: „Ja, Sondra, chcę, żeby teraz w moim życiu zjawił się taki mężczyzna, jakiego zawsze pragnęłam”. Spotkałam Marshalla, mego przyjaciela i ukochanego, cztery dni później….”

 

O potędze afirmacji: SONDRA RAY

 

„…Znalazłam się w przedziwnej sytuacji. Co miesiąc miałam kraksę, i to taką, że powinnam była albo wynająć sobie kierowcę, albo w ogóle przestać jeździć samochodem. Pewnego dnia zwróciłam się do dwóch kolegów, którzy przeszli EST (szkolenie Wernera Erharda) i powiedziałam im, że już naprawdę nie wiem, co mam robić. Nie potrafiłam zrozumieć, co się ze mną dzieje, jakbym, znajdowała się na równi pochyłej prowadzącej do samozniszczenia i nie mogła się zatrzymać.

„Nie martw się, Sondra – powiedział jeden z nich. – Zabierzemy cię do Leonarda Orra”.

„A kto to jest, ten Leonard Orr? ”

„Po prostu jedź z nami w niedzielę” – odparł drugi.

Miałam do nich zaufanie. Zresztą w tym momencie byłam gotowa spróbować wszystkiego.

W niedzielę pojechaliśmy kilka mil w głąb lasów Doliny Portola. Był tam piękny letni dom i ogród, gdzie na trawniku zebrało | się około czterdziestu osób. Wyciągnęliśmy się na słońcu i Leonard  Orr zaczął mówić. Wiedziałam od razu, że ten człowiek ma w sobie coś niezwykłego. Jego słowa zmieniły mój sposób myślenia! o 180 stopni i pamiętam, jak żałowałam, że nie dowiedziałam się* tego wszystkiego 25 lat wcześniej.

Byłam tak poruszona, że poprosiłam go o osobne spotkanie. Kiedy się spotkaliśmy, wyglądał jakby był przekonany, że mogę pozbyć się swoich problemów właściwie od razu. I nie tylko zapoznał mnie z posługiwaniem się afirmacjami, ale też ze swoimi badaniami nad przeżywaniem ponownych narodzin (rebirthing) – dziś jestem w to głęboko zaangażowana. A potem Leonard dał mi do przepisania parę afirmacji. Miałam wątpliwości i postanowiłam sprawdzić tę teorię.

„Naprawdę uważasz, że za pomocą afirmacji mogłabym doprowadzić nawet do tego, żeby mężczyźni do mnie dzwonili? ”

„Oczywiście – odparł. – Spróbuj”.

Powiedział mi, żeby napisać tak:

„Ja, Sondra, odbieram teraz mnóstwo telefonów od mężczyzn, gdy jestem w domu”.

Wybrałam trudną rzecz, żeby go sprawdzić. Zawsze byłam dosyć nerwowa na punkcie telefonów, co kojarzyło mi się z chorobą ojca, która zaczęła się, kiedy był inżynierem w spółce telefonicznej.

Umarł, gdy byłam małą dziewczynką, więc doszłam do wniosku, że telefony mają coś wspólnego ze śmiercią. Zawsze udawało mi się tak urządzić, żeby dzwoniący do mnie mężczyźni słyszeli „nie ma jej w domu” albo „właśnie wyszła” – zwłaszcza mężczyźni, na których mi zależało.

Przez jakieś cztery dni przepisywałam afirmację, podaną przez Leonarda, mniej więcej 10-15 razy dziennie. Nie mogłam uwierzyć w to, co się zaczęło dziać. Wszystkie moje dawne sympatie dzwoniły do mnie – mężczyźni, którzy nie odzywali się miesiącami, niektórzy latami. Postanowiłam zobaczyć, do czego może dojść, więc dalej przepisywałam tę afirmację jeszcze przez kilka dni. I chociaż brzmi to niewiarygodnie, zaczęły się pomyłki w nocy, telefony od mężczyzn gdzieś z dalekiego świata.

Trochę zakłopotana wróciłam do Leonarda, powiedziałam mu, że najwyraźniej przedawkowałam, i poprosiłam, żeby pomógł mi to zmienić. Dostałam nową afirmację, która brzmiała: „Do mnie, Sondry, dzwonią teraz tylko mężczyźni, od których chcę otrzymać jakiś znak życia”. I to też zadziałało. Byłam pod wrażeniem. Miałam ochotę zacząć przerabiać afirmację, które zaproponował mi na początku. Zaczęłam pisać:

„Ja, Sondra, prowadząc samochód zachowuję przytomność umysłu i czuję się bezpiecznie.”

„Mój impuls życia jest silniejszy niż impuls śmierci. W miarę jak osłabiam swój impuls śmierci i wzmacniam impuls życia, jestem i będę coraz zdrowsza, szczęśliwsza, bardziej przydatna i coraz młodsza.”

Od tego czasu nie miałam ani jednej stłuczki i nawet najmniejszego wypadku.

Zaczęłam stosować afirmacje we wszystkich dziedzinach swego życia. Byłam zadowolona zwłaszcza z tego, jak dobrze działają w bliskich związkach. Najbardziej lubię opowiadać o pewnej prostej afirmacji, która pomogła mi stworzyć mój obecny związek. Po prostu napisałam tak: „Ja, Sondra, chcę, żeby teraz w moim życiu zjawił się taki mężczyzna, jakiego zawsze pragnęłam”. Spotkałam Marshalla, mego przyjaciela i ukochanego, cztery dni później.

Odtąd wszystkie sprawy w moim życiu zaczęły układać się tak dobrze, że zobaczyłam jasno, iż coraz bardziej zbliżam się do swego celu. Cieszyłam się doskonałym zdrowiem. Prawie nigdy nie czułam się zmęczona i stale byłam pełna energii. A jeśli zdarzały mi się jakieś drobne dolegliwości, byłam w stanie wyleczyć się sama. Teraz chciałam znaleźć jakiś sposób pokazania innym, co mają robić, żeby poczuć się równie dobrze jak ja….”

 

– „ZASŁUGUJĘ NA MIŁOŚĆ”  – fragment wstępu

 

Każda myśl to energia. Ale energia nie popłynie bez nadania jej kierunku.  Wszystkie swoje myśli możemy wykorzystać w kreatywny sposób dla swojego dobra i dobra innych. 

 

Afirmacja to  w działaniu potęga ale…. 

Pewien młody człowiek popadł w wielki kłopot. Pożyczył 10 tyś. dolarów i przegrał je na wyścigach konnych. Ludzie mafii (od których pożyczył pieniądze ) dali mu 24 godziny na ich oddanie.  Rodzina, przyjaciele odmówili pomocy. Zrozpaczony, wstąpił do kościoła i błagał w modlitwie o pomoc. Powtarzał wielokrotnie: „Panie Boże, zrób coś   bym spłacił te 10 tyś „.

Gdy młody człowiek wyszedł z kościoła uderzył go przejeżdżający samochód. W szpitalu okazało się, że ma złamana rękę i nogę. Z ubezpieczenia otrzymał równo 10 tyś. dolarów.

Nie wiedział, że warto dodawać w afirmacji (modlitwie) by rozwiązanie problemu było takie, które jest najlepszym dla wszystkich zainteresowanych ale co bardzo ważne –  także dla SIEBIE.

 

 

 Jeżeli chodzi o mnie: w kilka minut znalazłem taką kobietkę w internecie: Ech.. jak Ona tańczy

https://www.youtube.com/watch?v=lp-EO5I60KA

 a pomógł mi też z internetu taki Aniołek:

A ta trzecia jak tchórz …

A ta trzecia jak tchórz…
Spokój, samokontrola, wyrzeczenie, czystość, tolerancja, uczciwość, wiedza, mądrość i religijność – to naturalne cechy, według których warto postępować….. Często jednak zdarza się, że mając ….. wszystko co „dusza” zapragnie jesteśmy nieszczęśliwi…
Pierwsza miłość z wiatrem gna, z niepokoju drży
Druga miłość życie zna i z tej pierwszej drwi
A ta trzecia jak tchórz w drzwiach przekręca klucz
I walizkę ma spakowaną już.

Pierwsza wojna – pal ją sześć, to już tyle lat
Druga wojna – jeszcze dziś, winnych szuka świat
A tej trzeciej co che przerwać nasze dni winny będziesz ty,
winna będziesz ty.

Pierwsze kłamstwo, myślisz: Ech, zażartował ktoś
Drugie kłamstwo – gorzki śmiech, śmiechu nigdy dość.
A to trzecie, gdy już przejdzie przez twój próg
Bardziej rani cię, niż na wojnie wróg.

Bułat Okudżawa (tłumaczenie W. Młynarski)
Widzenie Prawdy wyzwala, a nie wola i wysiłek.

„Zauważyłam że gdy grozi mi usłyszenie czegoś przykrego, chronię się, to mi pomaga wymknąć się w mój świat. Ale jakże uwolnić się od stłumień i zahamowań trwających lata?

Nie jest to kwestii czasu ani grzebania się w przeszłości czy drobiazgowej analizy; chodzi o to abyśmy zrozumieli czym jest samo stłumienie. Widzimy od razu jego prawdę gdy patrzymy „jasno” – bez wyboru ani wartościowania – na cały proces stłumień i zahamowań Ale nie da się zrozumieć czym jest w istocie stłumienie, jeśli będziemy myśleć w kategoriach „wczoraj” i „jutra”.

Prawdy nie ogarnie się stopniowo, z biegiem czasu. Prawdy się w ogóle nie osiąga, nie można jej odsłaniać po trochu; albo się ją widzi, albo nie. Postanowienie oswobodzenia się od zahamowań jest tylko przeszkodą w uchwyceniu prawdy o nich, bo wola jest odmianą pragnienia, w obu jego postaciach – przyciągania i odpychania.

Czujność nie idzie z pragnieniem w parze. Stłumienie było wszak wywołane przez pragnienie, przez żądzę, jakże więc wola – czyli to samo pragnienie choć innym nazwane mianem – mogłoby się od własnego tworu uwolnić? Musimy ujrzeć wolę w całej jej prawdzie w chwili cichej, odbiorczej czujności, i przyjąć to, co ujrzymy, bez najmniejszego oporu. Analizą nie uwolnimy się od tego co analizujemy, bo analizujący nie jest oddzielny od przedmiotu który analizuje, odwrotnie, sam jest jego częścią.

Dopóki czynem rządzi pragnienie, pamięć, strach, rozkosz, lub cierpienie – czyli „ja” – stwarza ono walki, tarcia, zamęt i nienawiść. Czyn nasz jest wynikiem naszych ograniczeń, bez względu na to na jakiej płaszczyźnie działa, a że odpowiedzi nasze na wyzwania życia są zazwyczaj nieodpowiednie i niecałkowite, z konieczności rodzą tarcie i to staje się zagadnieniem. Nasze „ja” jest utkane ze sprzeciwów i tarć.

Ale jest rzeczą zupełnie możliwą żyć bez zatargów i konfliktów powodowanych przez strach, powodzenie czy klęski; Oczywiście dopóki nie odkryjemy tego własnym bezpośrednim doznaniem pozostanie to dla nas tylko teorią. Ale nie możemy uwolnić się od lęków i pragnień dopóki nie zrozumieliśmy naszego „ja”.

Jakże niecierpliwi jesteśmy, jak od razu chcemy na wszystko mieć gotową odpowiedź!

Tak nam pilno by znaleźć rozwiązanie że nie mamy czasu by samemu zagadnieniu uważnie się przyjrzeć i spokojnie je zbadać. Pośpiech uniemożliwia cichą obserwację; a przecie właśnie problem jest ważny, a nie odpowiedź. Oczywiście znajdziemy jakąkolwiek odpowiedź jeśli nam o nią tak chodzi, ale ona nie wpłynie na sam problem. Nasza chęć znalezienia od razu rozwiązania jest jeno ucieczką od zagadnienia które nas męczy, więc znajdywane odpowiedzi są powierzchowne i samego problemu nie rozjaśniają.

Wszystkie nasze trudności i problemy pochodzą z jednego źródła, i dopóki nie poznamy i nie zrozumiemy tego źródła, każdy wysiłek by jakiś poszczególny problem rozwiązać, będzie daremny, sprowadzi tylko dalszy zamęt i udrękę.

Nie osiągniemy spokoju dopóki nie uwolnimy się od wszystkich problemów; spokój zaś – ta prawdziwa cisza wewnętrzna – jest warunkiem szczęścia, które wszakże nie jest samo w sobie celem.

Jak powierzchnia jeziora jest cicha gdy ustaną wichry, tak umysł jest cichy gdy wszystkie zagadnienia znikną. Ale nie można myśli do spokoju przymusić, a jeśli to robimy umysł wiotczeje, zmienia się w martwe stojące wody. Gdy wszystko to stanie się nam jasne, wówczas możemy zacząć obserwować i badać samego twórcę problemów i trudności. Badanie musi być ciche, bezstronne, nie zamącone pragnieniem radości, ani obawą bólu.

Mój Skarbie

 

Mój Skarbie

Obrazek z zasobów internetu

„Gdybyś wiedział coś, w co nikt by nie uwierzył, to czy próbowałbyś to powiedzieć innym?” 

Powiem…

Fizycy teoretyczni, mistycy i jasnowidzący w swoich poglądach na Wszechświat mają dużo wspólnego. Interesują ich inne światy w innych wymiarach. Fizycy umieścili te światy w Hiperprzestrzeni i podali prawa matematycznie panujące w wielowymiarowości. Mistycy przeczuwają, że światy te zamieszkują myślące istoty. Jasnowidzący – te istoty po prostu widzą.

Może się okazać, że nikt z nas nie umiera, że każdy koniec życia na Ziemi jest równocześnie początkiem życia w innym wymiarze. Inne wszechświaty przenikające nasz wszechświat i zaludnione są prawdopodobnie tak jak nasz, bo też są w relacji ze Stwórcą – jak każdy promyk ze Słońcem. Opuszczając kolejne ciała: fizyczne, astralne, mentalne, rodzimy się mniej lub bardziej świadomie w coraz wyższych wymiarach. Podróżujemy w wielowymiarowości, w innych światach? A tam spotykamy swoich najbliższych a także naszych Opiekunów i Nauczycieli. I nie tylko, bo i Anioły, Elfy, Gnomy, Rusałki i całą plejadę wszelakich Istot. Przejawiają tam się też Istoty  z górnej, niebiańskiej półki – prorocy, i mniej przyjemne duchy …te inne… ale o nich lepiej nie wspominać. Nie wywołuje się wilka z lasu.

A jednak.. mój Przyjaciel Janusz (Seta -Braciszek) wywołał wilka:

Otóż, gdy bolał mnie ząb, zastanawiałem się czy istnieje taki przypadek, ze mężczyzna urodzi. Milion dolarów?! To niezła gratka, to wielka zachęta do takiego czynu. A więc ma zaistnieć: cel prokreacja i rodzenie przez mężczyznę? Zapytacie: jak to możliwe? Mam odpowiedz : YES,YES, YES ! Doświadczam „rozwiązania” na własnej skórze, we własnym ciele. A rozum co na to? – nie dotyczy go (to prawnicze określenie)  – więc milczy.

Sny w Snach

Opowiadanie. „Wstęp do rodzenia”

Po co żyjemy? – Pewien jasnowidz tak to ujrzał w błysku światłości prokreacji …. i wlał to opowiadanie do mojej biednej głowy bez pytania czy chcę. Ciało przyjęło, rozum zgłupiał.
Stwórca jako Najpotężniejszy i Najmądrzejszy, krótko mówiąc – Absolut, był też bardzo Najsamotniejszy. Więc oddzielił z siebie cząstki – Iskierki, duszyczki nasze – i posłał je do materii stworzonej zawczasu. Do trudnej do życia materii – grubej, fizycznej. Do takiej z jakiej zbudowany jest nasz Wszechświat. „Idźcie dzieci moje na Planetę Ziemia. Daje wam… i to i tamto” – ogłosił Wyższym Jaźniom.
Wszyscy wiemy co nam dał. Nasze duszyczki, rzecz jasna nieśmiertelne, bo stanowiące cząsteczki Stwórcy, wylądowały na planecie Ziemia. Z celem? – by przetrwać, by przeżyć, i doskonalić się przez własne doświadczenia uzyskane w kontakcie z przyroda Ziemi i innymi istotami.

Ale też w celu cierpienia (poczucie winy) za „zejścia” z drogi rozwoju – powrotnej drogi do Stwórcy. Duszyczki zaczęły stopniowo „ubierać się” w szaty: materialną, uczuciową, mentalną – w ten sposób dopasowując się do ewolucyjnych zmian na Planecie Ziemia. Te szaty, jak wiemy, nie są i jeszcze dzisiaj doskonałe. W ich tkaninie mocno szwankuje uczuciowość i myślenie. Przewodzą w tym: pycha, zazdrość, nienawiść i inne paskudztwa. Ale wszystko co Dobrem się zwie jest przed duszyczkami – coraz wyższe poziomy świadomości, coraz lepsze panowanie nad uczuciami – emocjami i coraz mądrzejsze myślenie.

Nasuwają się pytania:

Po co tak Stwórca uczynił? Po co oddzielił z siebie nas – cząstki – duszyczki – i wrzucił w kłopoty? Otóż, jak twierdzi Jasnowidz: “Uczynił to żeby mieć kogo kochać – bo był Najsamotniejszy a to, jak się domysłami, nie daje poczucia i satysfakcji – z Jam Najszczęśliwszy.

I cóż ?

Na podobieństwo Stwórcy?! Kobiety rodzą dzieci i mogą tak jak Stwórca –  kochać swoje nowo narodzone bobaski, duszyczki, dzieciaczki. Bo tylko wtedy nie są już tak naprawdę same. Mężczyźni w takich sytuacjach są „poza marginesem” zainteresowania kobiet – chodzą do pracy i mają służbowe częste wyjazdy. I słusznie – w miłowaniu boskich Iskierek nie należy przeszkadzać.

Ale?

Czy Stwórca mógłby faworyzować tylko jedną płeć? Czy mogło tak być, że same t kobiety dawno już temu odczytały Jego pomysł na szczęśliwe życie? Może szybciej się rozwinęły niż mężczyźni? A Stwórca to docenił i dał im przywilej rodzenia ? Oj, przewrotne to myślenie w dobie zamieszek z aborcją…
I tu właśnie wkraczam ja „Eksperymentator” w Sprawiedliwość Globalną Stwórcy. On jest Najsprawiedliwszy, wszak Absolut! Rodzą obie płcie  pospołu. … moje Drogie Panie. Udowodnię to… a niech mię… zaryzykuję.

Ale o tym będzie w następnym art – chcę – cię. A teraz „uchylę rąbka tajemnicy”…

Od tego wyzwania  proces rodzenia się uaktywnił:

https://www.youtube.com/watch?v=vhtneQQ7q5Q

Potem Ona zaprosiła do tańca… mocno wyczerpującego:

https://www.youtube.com/watch?v=lp-EO5I60KA

A potem spoceni  padli sobie w objęcia i… Ech ta fizyczna miłość… gdy inni kibicują. bo jest to starodawny rytuał.

Różnie może się potoczyć… Buziaki

„…Skarbie zamknij oczy i podaj mi dłoń
Czujesz jak bije moje serce, rozumiesz?
Czy czujesz to samo, a może jedynie śnię?
Może to płonie wieczny płomień?…”

https://www.youtube.com/watch?v=9cUnz75swRY&feature=youtu.be  Fragment piosenki